Partita No.2 in D Minor, BWV 1004: V. Ciaccona
Johann Sebastian Bach
Było wcześnie na magnolie.
Na ich delikatne, żywo-zielone liście, zwinięte jeszcze same w sobie w pozycji na wzór embrionalnej, od wierzchu pokryte delikatnym meszkiem mającym chyba chronić je przed nagłością ostatnich przymrozków. Na ich stożkowate pąki w odcieniach różu i bieli, od wewnątrz z każdym dniem coraz bardziej rozdęte obfitością soku. Na pierwsze rozchylenie się zaskakująco mięsistych w dotyku, choć jednocześnie aksamitnych płatków, lada chwila mających ujawnić przed światem żółcienie i amaranty wnętrza.
Najczęściej kwitły dopiero w kwietniu, należycie wylizane cieplejszymi promieniami słońca, obudzone z zimowego snu śpiewem nadgorliwych ptaków. Było zatem tak, że najpierw zwykle zieleniła się trawa, potem spomiędzy jej źdźbeł wyglądać zaczynały ciekawskie, żółte i fioletowe łebki krokusów, i dopiero ostatecznie do kwitnienia zbierały się trzy majestatyczne, rozłożyste drzewa swoją obecnością upiększające teren dzisiejszej posiadłości Morinów już na wiele lat przed tym, jak ojciec Montgomery'ego wszedł w jej pochodzenie. Były starsze od Monty'ego, starsze od jego rodziców i, kto wie, może i od jego - nieżyjących już - dziadków. Każdego roku zdawały się stoicko czekać na swoją kolej, dopiero potem pozwoliwszy sobie na eksplozję zapachu i barwy, dwa tygodnie niewysłowionego piękna ukróconego rychłym przekwitem.
Ale bieżącego roku ledwie co rozpoczął się marzec, a Montgomery już zaczął - o ironio, w kościach - przeczuwać tegoroczną nadgorliwość magnolii. Jakby gdzieś im się spieszyło. Jakby bały się, że nie zdążą. Monty nie wiedział z czym, ani na co. Może drzewa domyślały się nadciągającego końca świata, o którym głośno ostatnio pokrzykiwano w mediach. Może wpłynęła na nie zmiana klimatu. A może - o tym Morin rozmyślał tylko w chwilach wyjątkowego dramatyzmu - to on miał nie dożyć lata, więc postanowiły łaskawie zrobić mu tę jedną, ostatnią przysługę...
Głupstwo. Musiał sobie coś wyobrażać. Z nudów, albo z bólu. Lub z kombinacji jednego, i drugiego.
Teraz wybiła czwarta pięćdziesiąt rano, i, zawinięty w kosztowne frotte ręcznika oraz zupełnie bosy, Montgomery Morin stał przy strzelistym wykuszu okna wychodzącego na ogród, i na pierwsze kwiaty rozchylające się na gałęziach. Było jeszcze ciemno, ale nocny mrok zaczynał rzednąć z wolna, rozmywany pierwszymi zwiastunami świtu, więc niebo miało barwę lapis lazuli. Gwiazdy nie tyle gasły, co zdawały się znikać z wolna, mówiąc Monty'emu ciche "do zobaczenia". Szatyn odpowiadał im tylko w myślach, z wargami muskającymi krawędź trzymanego w dłoni, ceramicznego kubka pełnego parującej, czarnej kawy.
Nie był pewien, czy jest na kofeinę tak naprawdę za wcześnie, czy za późno; wiedział jedynie tyle, że nie przespał nocy - nie po tym, jak zaburzył rytm własnego snu zbyt długą, zbyt głęboką drzemką, która zmogła go wczorajszego popołudnia. Powiedział sobie wtedy, że to tylko na pięć minut, i nawet jeśli nie obudzi się sam z siebie, to z pewnością zrobi to Romy, gdy już wróci z pracy.
Kiedy jednak rozchylił powieki cztery godziny później - nadal ułożony niewygodnie w tym samym fotelu, z książką porzuconą na podołku i okularami do czytania zsuniętymi na pierś - dom nadal był tak cichy i pusty jak wcześniej, a ich
Teraz jej powrót do domu przeczuwał mniej więcej tak, jak przedwczesne kwitnienie magnolii. Nie musiał jej słyszeć- na teren domostwa wchodzącej nie przez bramę, lecz uchyliwszy tylko boczną furtkę, ani widzieć - z włosami targanymi wiatrem i koniuszkami palców oraz samym czubeczkiem nosa podrażnionymi pozimowym chłodem, żeby wiedzieć, że była blisko. Może wynikiem jakiejś intuicji albo ponadnaturalnego instynktu. A może po prostu w sposób, w jaki wyczuleni na siebie nawzajem stawali się ludzie dzielący między siebie nie tylko dom, ale i życie.
Nie był pewien, czy ma jeszcze w sobie na tyle ciekawości by dopytywać, gdzie była. Znał odpowiedź, którą miał otrzymać, i naprawdę chciał wierzyć w jej prawdziwość - może z dobrych chęci, a może dla świętego spokoju. Bardziej zaangażowany narzeczony pewnie zrobiłby jej scenę - i może tak byłoby lepiej, dając im okazję do wymiecenia spod metaforycznego dywanu wszystkich sekretów, które pod nim notorycznie ukrywali - ale Monty był zbyt zmęczony, i zbyt otumaniony
- Wiesz... - powiedział więc tylko w stronę okna, ale jednocześnie do Romy, gdy ta otworzyła już drzwi, i pewnie nie spodziewając się jego obecności w salonie, przekroczyła próg pomieszczenia - ...że Bach miał dwadzieścioro dzieci? Przynajmniej.
Żadnego gdzieś Ty się podziewała!?, i czekam na Ciebie od wczoraj, Romy! Żadnego jak wyobrażasz sobie, że wieczorem będziemy mieli siłę na Twoje
Tylko tyle. Bach miał dwadzieścioro dzieci. Wzmocnione zaraz wyłącznie subtelnym ziewnięciem, i sennym pytaniem: - Zaparzyłem właśnie kawę. Nalać ci trochę? - zadanym brunetce przez ramię.
Romy Rilke