33 y/o
For good luck!
188 cm
rezydent psychiatrii Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
Możesz powierzyć mi swój sekret.
Trust me. I'm a doctor.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjityp narracji
czas narracji3-cio osobowy
postać
autor

Erin St. Clair
Nowy Orlean miał być w jego życiorysie tylko przypisem – krótkim oddechem po morderczym egzaminie lekarskim - hałaśliwym, dusznym i krótkim przystankiem przed powrotem do sterylnej, zaplanowanej rzeczywistości Toronto. Nie szukał miłości, szukał oderwania od styranej codzienności i dobrego jazzu.
To był jeden z tych wieczorów, kiedy Nowy Orlean nie prosił o pozwolenie, by zawładnąć twoimi zmysłami — on po prostu brał je szturmem. Wilgotne, lepkie powietrze niosło ze sobą zapach rzeki, smażonych beignetów i obietnicę, której Joshua Rhodes desperacko potrzebował. Zdał. Pierwsze poważne egzaminy na medycynie były już tylko wspomnieniem zapisanym na zmiętych arkuszach papieru, a on czuł się, jakby po miesiącach sprintu w ciasnym tunelu w końcu wyszedł na otwartą przestrzeń. Wszystko tutaj — od ciężkiej wilgoci wiszącej nad rzeką, po słodki, niemal duszący aromat jaśminu i starego, przesiąkniętego tytoniem drewna — drażniło jego zmysły. Było to tak drastycznie inne od sterylnego, chłodnego Toronto i zapachu antyseptyków w klinice, do których przywykły jego nozdrza, że przez chwilę czuł się, jakby oddychał zupełnie innym składem pierwiastków. Dokonało się. Godziny spędzone nad atlasami i podręcznikami. Nieprzespane noce. Litry melisy. Skończyło się. Kropka. Czas na oddech przed kolejnym akapitem. Był zmęczony tą morderczą gonitwą, ale to było dobre zmęczenie. Takie, które najlepiej leczy się śmiechem kumpli i szklanką porządnej whisky.

- Jeszcze jedną kolejkę, panowie! Za to, że nasze mózgi jeszcze nie wyparowały! - zawołał, przekrzykując gwar panujący w małym, przesiąkniętym dymem i historią klubie na French Quarter. Jednym z wielu. Wybranym przypadkiem, przez George'a, a on zazwyczaj miał nosa do dobrych trunków i dobrej muzyki. Pili whisky, żartowali z profesorów i snuli wielkie plany o byciu najlepszymi lekarzami w Kanadzie, choć tej nocy Kanada wydawała się odległą galaktyką. Josh śmiał się głośno, czując, jak napięcie ostatnich tygodni powoli puszcza. Nowy Orlean tętnił życiem tuż za progiem, a on celebrował swoją małą wolność.

Nagle nastrój w pomieszczeniu drgnął. Subtelnie. Jakby ktoś nagle zmienił częstotliwość, na której nadawał świat. Światła przygasły, a gwar przy barze zamienił się w wyczekujące mruknięcie. Coś się zmieniło. Ktoś wszedł na scenę. Ktoś stukał w mikrofon. Ktoś dostrajał instrumenty. Na małą, oświetloną jednym, bursztynowym reflektorem scenę weszła ona. Wieczór, jakich wiele.

A potem wszedł wokal. Spokojny. Melodyjny. Z innej rzeczywistości. Josh odwrócił się z niedopitą szklanką w dłoni, gotów rzucić kolejną anegdotę, ale słowa zamarły mu na ustach. Wokalistka zaczęła od jakiegoś starego bluesowego standardu, ale zrobiła to w sposób tak surowy i odarty z upiększeń, że Josh poczuł dreszcz na karku. Śpiewała o tęsknocie i wyczerpaniu, a on miał wrażenie, że każda nuta dotyka jego własnego zmęczenia po miesiącach nauki, rozpuszczając je w tym dymnym, gęstym dźwięku. Musiał zobaczyć, kto tak porusza struny dusz. „Mój Boże...” — pomyślał tylko, a szklanka w jego dłoni stała się nagle dziwnie ciężka.

To nie był tylko śpiew. To była gęsta, emocjonalna mgła, która objęła go i przeniosła w zupełnie nowy wymiar, skuteczniej niż jakikolwiek alkohol. Głos wibrował w powietrzu, wdzierając się pod skórę, prosto do miejsc, o których istnieniu Josh — przyszły psychiatra — nie miał pojęcia, że wymagają uleczenia. Stał nieruchomo, ignorując szturchnięcie kolegi i lód topniejący w whisky. Jako przyszły psychiatra powinien był teraz zdiagnozować u siebie gwałtowny wyrzut dopaminy i adrenaliny, może nawet lekką tachykardię wywołaną nieznanym bodźcem. Ale po co? Żadna medyczna definicja nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego jego ciało zareagowało tak pierwotnie, ignorując lata logicznego treningu. Głowa mówiła: to tylko piosenka, serce jednak przestało słuchać racjonalnych argumentów.

Patrzył na nią, na to, jak oddaje się muzyce, i poczuł to dziwne, irracjonalne ukłucie w klatce piersiowej. Jakby cały ten wysiłek, te wszystkie nieprzespane noce nad atlasami anatomii, prowadziły go właśnie tutaj. Do tego dusznego klubu, by usłyszeć tę jedną piosenkę. Chłonął chwilę całym sobą. Wśród oparów tytoniu i zapachu starego drewna, Joshua Rhodes po raz pierwszy poczuł, że jego serce zaczyna bić w rytmie, którego nie nauczyli go na żadnym wykładzie.
MysticsDream
28 y/o
For good luck!
159 cm
śpiewam i gram na nerwach pewnego doktora
Awatar użytkownika
„Zgubiłam równowagę na scenie — i nagle wszystko zaczęło mieć sens.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Światła w lokalu lekko przygasły tworząc jeszcze bardziej ciepłą atmosferę. W powietrzu mieszały się nuty tytoniu i rumu, ale też wanilii. Pomarańczowe światło skupiło uwagę wszystkich na jednym stołku fortepianowym, stojącym koło instrumentu. Ale w przydymionym świetle najpierw pojawiły się jej włosy. Burza szalonych loków, falujących w rytm każdego kroku, podkreślanego stuknięciem obcasa. Nie działo się nic nadzwyczajnego, na scenie nie pojawiła się diva. Tylko śmiech, przy wymienionych z muzykami żartach. A potem drobna sylwetka w jedwabnej sukience, pojawiająca się w świetle, by usiąść za klawiaturą fortepianu.
Na jej twarzy pojawił się delikatny, rozmarzony uśmiech, kiedy dłonie dotknęły poprzecieranych klawiszy instrumentu. Chwilę potem na jej twarzy pojawiło się rozbawione zaskoczenie, kiedy jeden z techników prawie uderzył ją mikrofonem w nos, poprawiając go dla niej. Wymieniła spojrzenia z kimś z zespołu i wtedy popłynęły pierwsze nuty, by za chwilę pojawił się jej głos.
- At last... - klawisze naciśnięte przez palce zmusiły fortepian, żeby zawtórował jej spokojnym tłem - my love has come along
Miała mocny, lekko przydymiony głos, który nie miał prawa zmieścić się w tak małej, wydekoltowanej piersi. Ale miała też coś jeszcze - emocję, która płynęła z każdą nutą zagraną i każdym dźwiękiem, który wydobywał się z jej płuc.
- My lonely days are over
And life is like a song

Przez chwilę wyglądała tak, jakby zapomniała, że ktoś w ogóle jej słucha. Delikatność przeplatała z mocą, która na moment wyciągała powietrze z płuc słuchaczy. Półprzymknięte powieki otworzyły się, kiedy światło rozjaśniło mocniej scenę, pokazując też innych muzyków, a jej spojrzenie omiotło gości klubu. Szklanki odstawione na stoły, żeby nie stukały. Ktoś uciszał kogoś, kto koniecznie chciał skomentować występ. Dym unoszący się z zapomnianego papierosa w czyimś ręku. Ale wśród nich był jeden widz, który wpatrywał się tylko w nią, mimo szturchania kolegi.
- At last the skies above are blue
My heart was wrapped in clover

Ich spojrzenia skrzyżowały się, kiedy dostrzegła Josha ze sceny. Stał z pół otwartymi ustami, nie pamiętając o kolegach, ani o drinku. Wyraz jego twarzy rozbawił ją na tyle, że prawie straciła dźwięk, który starała się utrzymać.
- The night I looked at you - dośpiewała i puściła mu oczko ze sceny, po czym z rozczulonym wyrazem twarzy wróciła do swoich klawiszy i występu.
- I found a dream that I can speak to
A dream that I can call my own
I found a thrill to press my cheek to
I found a thrill I have never known

Tutaj znów spojrzała przelotnie w kierunku tego przystojniaka, który tak się na nią zapatrzył. Jakby chciała sprawdzić, czy kolejny wers piosenki będzie prawdziwy.
- You smiled and then the spell was cast - w jej oczach błysnęły iskierki, kiedy rzeczywiście uśmiechnął się do niej, ale zaraz przymknęła powieki wchodząc w końcówkę refrenu:
- And here we are, here we are in Heaven
For you are mine at last


catch me if you can

Etta James - At last!
Żejmi/Maxio
33 y/o
For good luck!
188 cm
rezydent psychiatrii Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
Możesz powierzyć mi swój sekret.
Trust me. I'm a doctor.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjityp narracji
czas narracji3-cio osobowy
postać
autor

Erin St. Clair

To była ta chwila, w której czas w nowoorleańskim klubie przestał płynąć linearnie. Pojawiła się nowa rzeczywistość. Joshua czuł, jak między nim a kobietą przy fortepianie nawiązuje się jakaś niewidzialna nić porozumienia, subtelna jak dym unoszący się nad stolikami. Pomiędzy unosiła się mgła, zasłaniając nieistotne obrazy. Kiedy ich spojrzenia skrzyżowały się po raz pierwszy, a ona posłała mu ten przelotny, zawadiacki uśmiech prosto ze sceny, Josh uniósł szklankę z upitym nieznacznie trunkiem w niemym toaście. Był to gest uznania, ale i swoiste poddanie się magii tej chwili. Sam nie wiedział, dlaczego to zrobił. Po prostu. Zrobił. Co nie uszło, oczywiście, uwadze wesołego towarzystwa przy stoliku. Wokół niego wciąż trwało kumpelskie przekomarzanie, przypominające, że dla reszty świata nie działo się nic nadzwyczajnego. Ot, wieczór jak każdy inny w mieście, które nigdy nie kładzie się spać.

A może to tylko on, oszołomiony whisky i zmęczeniem po egzaminach, uległ iluzji? Może tylko zdawało mu się, że ta eteryczna istotka śpiewa tylko dla niego? Może to tylko złudzenie, że ich spojrzenia krzyżowały się tak niecałkiem przypadkiem? A może jednak ta niewidzialna nić porozumienia była obustronna? A może to klimat i światła w lokalu sprzyjały budowaniu tej intymnej atmosfery aby zapewnić przeżywanie jazzu w indywidualny sposób? Dużo pytań. Za dużo niepotrzebnych pytań, próbujących zracjonalizować nachodzące Josha rzuty endorfin i oksytocyny.

Ale ich spojrzenia krzyżowały się regularnie, a Erin, choć wydawała się zatopiona w muzyce, co jakiś czas rzucała w stronę jego stolika uśmiech, który nie pasował do zwykłej, zawodowej uprzejmości. Kiedy śpiewała o odnalezieniu kogoś, do kogo może się odezwać, Josh niemal czuł fizyczne przyciąganie, które sprawiało, że szklanka w jego dłoni wydawała się lżejsza, a cały świat wokół nich – cichszy. Czyli to nie było złudzenie. Erin dostrzegła go zza klawiatury fortepianu; widziała gościa, który wpatrywał się w nią niczym w boginię sztuki. To puszczenie oka ze sceny było sygnałem, który w tamtym momencie zrozumieli tylko oni dwoje – poza kumpelskimi żartami i gwarem nowoorleańskiej nocy. Sygnałem, że widzą.

- Niezła jest - skomentował Gorge, wyrywając Josha z chwilowego transu. Oderwał wzrok od sceny, na której Erin właśnie kończyła frazę o tym, że jej samotne dni dobiegły końca, a życie stało się piosenką i odpowiedział jedynie krótkim, szczerze rozbawionym uśmiechem. - A myślałem, że tylko ja mam dobry gust muzyczny w tej hordzie dzikusów a jego głos brzmiał teraz inaczej, jakby myślami był już zupełnie gdzie indziej.

Słowa piosenki wciąż wibrowały mu gdzieś pod czaszką, a on szybko wrócił spojrzeniem do eterycznej postaci przy fortepianie, ignorując dalsze żarty towarzyszy. Kiedy Erin śpiewała o odnalezieniu marzenia, do którego może przemówić, Josh poczuł, że ta piosenka jest dziwnie prorocza. Czekał na kolejny utwór, niemal modląc się w duchu, by ta chwila trwała jak najdłużej. Bo przecież musiał być kolejny; noc była jeszcze młoda, a zaklęcie, które rzuciła na niego ze sceny, dopiero zaczynało działać.
MysticsDream
28 y/o
For good luck!
159 cm
śpiewam i gram na nerwach pewnego doktora
Awatar użytkownika
„Zgubiłam równowagę na scenie — i nagle wszystko zaczęło mieć sens.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Koncert trwał, a piosenkarka czarowała ludzi kolejnymi nutami wypływającymi spod jej palców i z ust. Od czasu do czasu pozwalała sobie na jakieś komentarze ze sceny i drobne żarty, które rozbawiały ludzi w klubie. Godzina minęła w kilka chwil, a Josh sam nie zauważył kiedy siedział przy jednym ze stolików tuż koło niewysokiej sceny.
- 'scuse me folks! Muszę trochę spłukać gardło. - rzuciła ze sceny ze śmiechem, kiedy zespół skończył swój pierwszy tego wieczora set.
W jej głosie wyraźnie było słychać południowy akcent, szczególnie kiedy urwała pierwszą zgłoskę słowa.
W klubie zapanowało rozluźnienie, jakby goście wyrwali się spod jakiegoś czaru. Intymność sceny zmieniła się momentalnie w mały chaos, w którym ktoś dostrajał instrument. Jakaś struna jęknęła, kiedy inny odstawiał gitarę na stojak. Dziewczyna podeszła do swoich muzyków, by zamienić z nimi kilka słów, pozornie tylko ignorując zapatrzonego w nią faceta. Takie sytuacje czasem jej się zdarzały, ale nigdy nie czuła się tym tak mile połechtana. Kątem oka od czasu do czasu zezowała w jego kierunku, sprawdzając czy jeszcze jest. Czy może już się poddał?
Wreszcie kiwnięcie głową zakończyło rozmowę z muzykami, więc nadszedł czas na show. Jej włosy zafalowały, kiedy odwróciła się w stronę zejścia ze sceny. Zbliżając się do schodów wyciągnęła rękę w stronę Josha, domagając się tego, by ją asekurował przy zejściu. Na jej twarzy błąkał się już tajemniczy uśmiech. Dobrze wiedziała, jak jej spojrzenie i zapach na niego podziałają, już za chwilę.
- Hej Rae! Weź też coś dla mnie! - rzucił jeden z muzyków, akurat, kiedy zaczynała schodzić po schodach.
Dłonie jeszcze się nie spotkały, burza loków zafalowała, kiedy dziewczyna odwróciła się trochę zbyt gwałtownie. Obcas uskoczył w bok, pozbawiając ją równowagi. Palce dłoni minęły się o milimetry. Jej oczy zrobiły się wielkie z przestrachu i zaskoczenia. Dwóch muzyków rzuciło się na ratunek, ale to on uratował ją. Wpadła prosto w jego ramiona, mało go nie przewracając. Była lżejsza niż można było przypuszczać.
Pierwsze, co poczuł, poza jej ciężarem i ciepłem jej skóry, to zapach. Wanilia, liście tytoniu, pieprz, żywica. Burza loków zasłaniała jej twarz, więc kiedy poczuła się pewniej, obejmując smukłą ręką jego ramiona, drugą dłonią odgarnęła włosy, odsłaniając roześmianą bardzo delikatnie piegowatą buzię. Nerwowy chichot był chyba reakcją na stres, ale ustał, kiedy ich spojrzenia się skrzyżowały. I tym razem to dla niej świat na chwilę zwolnił...
- Oh... - bąknęła, po czym odzyskała rezon w jednym mrugnięciu powiek. - Przysięgam, normalnie ląduję na własnych nogach
To się nazywa kontakt z publicznością, Mała!
Jej usta złożyły się w mały dzióbek, skierowany lekko w bok. Oblizała wargi, by rozciągnąć je w uśmiechu, kiedy jej druga dłoń dołączyła do pierwszej w objęciu jego szyi, by łatwiej utrzymać się na rękach. Poruszyła nieco nogą, próbując się wygodniej ułożyć, ale efekt był taki, że mało mu się nie wyślizgnęła, więc musiał ją mocniej przycisnąć do piersi.
- Hej, wolnego... - wyszeptała, tą samą dłonią lekko zapierając się o jego pierś. - Odstawisz mnie bohaterze? Jakkolwiek nie jest miło, to trudno będzie mi występować w Twoich ramionach.
Uśmiech się poszerzył podkreślając żart razem z łukiem brwi, uniesionych w rozbawieniu.

will you catch me agian?
Żejmi/Maxio
33 y/o
For good luck!
188 cm
rezydent psychiatrii Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
Możesz powierzyć mi swój sekret.
Trust me. I'm a doctor.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjityp narracji
czas narracji3-cio osobowy
postać
autor

Erin St. Clair

To był moment. Joshua nawet nie zauważył, kiedy zbliżył się o krok do sceny. Miał tylko podejść do baru po wypełnienie do szklanki, zniknął więc na kilka chwil ze stałego miejsca, a potem znalazł się tuż pod sceną. Całkowicie przypadkiem, jakby wiedzony zaczarowanymi dźwiękami fortepianu, które zdawały się wyznaczać mu jedyną słuszną drogę przez dymny labirynt.

Dlaczego tam był? Jego umysł wyłączył analizowanie, skupiając się tylko i wyłącznie na odbiorze bodźców, czuciu i przeżywaniu. Lub po prostu brakowało mu wystarczająco prostych i logicznych argumentów. Poddał się magii chwili. Z każdą piosenką wydawało mu się, że ten jazzowy świat jest mu bliższy niż kiedykolwiek wcześniej. Jednak gdy eteryczna postać dziewczyny zbliżyła się do krawędzi sceny, nie wyciągnął dłoni. Nie narzucał swojej obecności. Wstał jedynie, by zrobić jej swobodne miejsce do przejścia. Nie spodziewał się nawet, by mógł spotkać go zaszczyt dotknięcia bogini tejże sztuki. Najpierw poczuł jej zapach, który delikatnie połaskotał jego nozdrza. Wanilia i pieprz tworzyły niezwykle intrygującą mieszankę. Potem poczuł ciężar jej ciała i ciepło, które biło od niej nie tylko w ten metaforyczny sposób.

Zareagował instynktownie.

- Mam Cię - wyrzucił z siebie tylko w przelocie, gdy obcas jej buta uskoczył w bok. Złapał ją w pasie, niemal natychmiast wsuwając drugą rękę pod jej zgięcia kolanowe, nie pozwalając, by choćby dotknęła ziemi. Była niesamowicie lekka. Z tej bliskości mógł wreszcie dostrzec delikatne piegi zdobiące jej policzki i poczuć, jak jej dłonie pewnie oplotły jego szyję. Josh obrócił się łagodnie wokół własnej osi, amortyzując impet upadku i celowo opóźniając moment, w którym musiałby ją wypuścić.

- Jesteś pewna? - dodał bez przekonania, gdy poprosiła o powrót do pionu. Czuł dziwną suchość w gardle i nie był w stanie budować złożonych zdań. Mimo drobnej budowy, była bardzo zwinna i omal nie wyślizgnęła mu się z uścisku, więc odruchowo przycisnął ją mocniej do piersi, unikając kolejnego wypadku przy pracy. - Ale dlaczego? Mógłbym spróbować zrobić chórki - zażartował, choć modlił się w duchu, by nie wzięła tego na poważnie; jego muzyczny talent byłby tu katastrofą. Posłał jej swój zawadiacki, nieco szczenięcy uśmiech, po czym powoli pochylił się, by odstawić ją na podłogę. Pozwolił jednak, by wciąż się na nim wspierała. Wolną ręką machnął uspokajająco w stronę muzyków na scenie by dać znać, że sytuacja, choć felerna, jest pod kontrolą.

- O Boże! Czy jest na sali lekarz?! - spanikował jeden z członków zespołu, odkładając instrument.
- Spokojnie, jest w dobrych rękach - odpowiedział Josh z uśmiechem godnym tej gry słów, a potem zwrócił się z wyuczoną, profesjonalną uprzejmością do swojej damy w opresji: - Bez pośpiechu. Sprawdź proszę, czy możesz poruszać kostką. W porządku?

W tamtej sekundzie nieważne było, że jest dopiero po pierwszych egzaminach z psychiatrii. Był lekarzem. Był profesjonalistą. Ale przede wszystkim — był tam dla niej. I znowu, mimo zgiełku Nowego Orleanu, byli tylko we dwoje na całym świecie.
MysticsDream
28 y/o
For good luck!
159 cm
śpiewam i gram na nerwach pewnego doktora
Awatar użytkownika
„Zgubiłam równowagę na scenie — i nagle wszystko zaczęło mieć sens.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Mam Cię! Sprawiło, że po jej plecach przebiegł dreszcz, który, miała nadzieję, nie był wyczuwalny dla niego. Zrobiło jej się trochę gorąco, a serce lekko zatrzepotało się w piersi. Na szczęście rumieńce idealnie pasowały do podkreślonych różem policzków. I pewnie chętnie zostałaby w tych ramionach jeszcze chwilę, ale też jedwabna sukienka z głębokim dekoltem miała nieprzyjemny zwyczaj odkrywać za dużo w takiej sytuacji.
Czując się niezręcznie wylądowała wreszcie na nogach, opierając się dłonią na jego ramieniu. Pochyliła się nieco, by poprawić but, tym samym nieświadomie nagradzając Josha widokiem zgrabnej pupy.
Zachichotała na wspomnienie o chórkach i zaraz przeniosła spojrzenie na panikującego muzyka. Przewróciła oczami z westchnieniem i powoli, łapiąc swojego wybawcę pod ramię, oparła ciężar ciała na skręconej nodze. Nie było źle, ale mimo wszystko kostka była za bardzo obciążona.
Uśmiechnęła się subtelnie słysząc słowa o tym, że jest w dobrych rękach.
- Najlepszych... - mruknęła cicho pod nosem i wróciła spojrzeniem do Josha, by dodać już głośniej. - Jutro jak nic spuchnie i pewnie wolałabym już dzisiaj nie chodzić w obcasach.
Rozejrzała się po okolicy, w zamieszaniu wychwytując wolne krzesło. Opierając się na tym przystojniaku doszła do miejsca i siadła na nim, by teraz móc na spokojnie zrzucić buty ze stóp. Tak będzie znacznie bardziej stabilnie.
- W garderobie mam płaskie obuwie. Niestety nie jestem typem dziewczyny biegającej w szpilkach po ruchomych schodach. - spojrzała ciekawie na swojego bohatera, uważniej przyglądając się jego ramionom i barkom rysującym się pod ładną koszulą.
Miał duże dłonie, całkiem miłe w dotyku i bardzo przyjemnie pachniał. Nawet ten szczeniacki uśmiech jej się podobał. Ach, gdyby nie miała tutaj darmowych drinków, to nawet pozwoliłaby mu postawić sobie napój.

my hero
Żejmi/Maxio
33 y/o
For good luck!
188 cm
rezydent psychiatrii Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
Możesz powierzyć mi swój sekret.
Trust me. I'm a doctor.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjityp narracji
czas narracji3-cio osobowy
postać
autor

Erin St. Clair

To był ten moment, w którym medyczny pragmatyzm Josha stoczył brutalną walkę z jego męskim instynktem. Kiedy Erin pochyliła się, by poprawić but, a on – zupełnie nieprofesjonalnie – zatrzymał wzrok na jej sylwetce nieco dłużej, niż wymagałaby tego jakakolwiek diagnostyka, poczuł, że temperatura w klubie nagle skoczyła o kilka stopni. Nagle okazało się bowiem, że kobieta w jego ramionach miała nie tylko boski głos, ale i ciało prawdziwej bogini.

„Rhodes, skup się. Jesteś lekarzem, a nie napalonym turystą” - skarcił się w myślach, choć uśmiech, który błąkał się na jego ustach, mógłby sugerować zupełnie innego.

Gdy tylko usiadła na krześle, Josh bez wahania przykucnął przy niej. Nie dbał o to, że jego spodnie brudzą się o podłogę klubu, w którym przetoczyły się dziś setki ludzi. Ani o to, czy pozostałe kilkadziesiąt par oczu mieszczących się w tym klubie właśnie ich obserwuje ich każdy krok. Liczyło się tylko to, co działo się tutaj, między nimi, w tym małym kręgu światła, który zdawał się ich odcinać od reszty świata.

- Najlepszych, mówisz?- powtórzył cicho, mrużąc oczy, gdy ich spojrzenia znów się spotkały. Ten szept był jak rzucone wyzwanie. - Skoro tak, to jako twój lekarz, zabraniam ci dzisiaj jakichkolwiek akrobacji. A już na pewno nie w tych narzędziach tortur - wskazał na zrzucone szpilki.

Delikatnie ujął jej stopę, by sprawdzić, czy faktycznie nie zaczyna puchnąć. Jego dłonie, choć duże, były zaskakująco ostrożne. Czuł pod palcami ciepło jej skóry i puls, który - ku jego satysfakcji - wydawał się równie przyspieszony co jego własny. Ciepło zaś, było lekko niepokojące.
- Garderoba, płaskie buty... Przyjęto. Ale skoro nie jesteś typem biegającym po schodach, to chyba jasne, że nie pozwolę ci tam teraz samej kuśtykać - uniósł brew, patrząc na nią z dołu z tą mieszanką pewności siebie i szczenięcego uroku. - Gdzie dokładnie jest ta garderoba? I czy twoi muzycy nie będą zazdrośni, jeśli ich gwiazda zniknie na chwilę w towarzystwie faceta, który właśnie uratował jej wieczór?

Poczuł zapach jej perfum - wanilię i pieprz – i już wiedział, że ten zapach zostanie z nim już na zawsze.

- Możemy pójść tam razem. Albo... - zawiesił głos, a jego palce na moment mocniej, ale wciąż czule, zacisnęły się na jej kostce. - Mogę cię tam po prostu zanieść. W ramach pełnej opieki medycznej, rzecz jasna.
MysticsDream
28 y/o
For good luck!
159 cm
śpiewam i gram na nerwach pewnego doktora
Awatar użytkownika
„Zgubiłam równowagę na scenie — i nagle wszystko zaczęło mieć sens.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

O Boże... On to jednak usłyszał! Serce Rae momentalnie przyspieszyło, co było widoczne w tym, jak wzmocniły się kolorki na jej policzkach i szyi. W duchu dziękowała za to, że miała sceniczny makijaż, który choć trochę ukrywał jej zażenowanie teraz.
- Naprawdę lekarz? - zapytała lekko zaskoczona. - Najwyraźniej mam więcej szczęścia, niż rozumu.
Uśmiechnęła się do niego, lekko przygryzając dolną wargę, kiedy jego dłonie dotykały jej kostki, szukając urazów, nieco wyżej niż rzeczywiste zagrożenie tego wymagało. Dreszczyk przyjemności przebiegł w dole jej pleców, wędrując w górę aż na kark. Zakaz ją rozbawił, bo gdyby Josh wiedział, że nie tak dawno temu była cheerleaderką i robiła znacznie poważniejsze akrobacje, niż te teraz...
Uniosła brwi słuchając kolejnych zaleceń i nie była już w stanie powstrzymać uśmiechu rozbawienia, który odsłonił jej ząbki.
- Wiesz ile kosztowały? Poza tym bez nich nie byłoby mnie widać zza fortepianu! - zaprotestowała, a jej spojrzenie powędrowało na jego dłonie, dalej trzymające jej stopę.
Nie żeby jej to przeszkadzało. Było przyjemnie ekscytujące, a nawet podniecające, ale koledzy z zespołu już zaczęli ze sobą po cichu żartować i chichotać na ich widok.
- Panie doktorze, nie jestem też typem dziewczyny, która zaprasza obcych mężczyzn do swojej garderoby. Nawet tak przystojnych i dobrych w łapaniu. - zauważyła, a chwilę potem zrobiło jej się naprawdę gorąco, kiedy wspomniał o tym, że może ją zanieść do garderoby.
Przez moment wszystko w jej ciele, każdy pieg na buzi i pieprzyk na skórze krzyczał "TAK!" Aż się jej samej zrobiło głupio.
- Wieczór był do tej pory całkiem udany... Ale kto wie... Może po koncercie? - wreszcie cofnęła stopę z jego rąk niechętnie.
Opierając dłoń na jego ramieniu podniosła się z krzesła.
- Muszę zaraz wracać na scenę, a naprawdę potrzebuję tego drinka. - wyjaśniła, teraz samej przedłużając niepotrzebnie dotyk.
A może właśnie potrzebnie? Wreszcie ruszyła spokojnym krokiem boso w kierunku baru, zostawiając szpilki pod opieką Josha. Najwyraźniej wcale nie potrzebując takiego podtrzymywania. Kostka była lekko skręcona, nic poważnego.

Pan Doktor
Żejmi/Maxio
33 y/o
For good luck!
188 cm
rezydent psychiatrii Centre for Addiction and Mental Health
Awatar użytkownika
Możesz powierzyć mi swój sekret.
Trust me. I'm a doctor.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjityp narracji
czas narracji3-cio osobowy
postać
autor

Erin St. Clair

Nastał moment, kiedy Joshua Rhodes oficjalnie przestał być tylko widzem, a stał się częścią spektaklu. Patrzył, jak Erin oddala się w stronę baru - boso, z tą naturalną gracją, która sprawiała, że każdy jej krok wydawał się zaplanowaną choreografią. Serce, które jeszcze przed chwilą mu waliło, ustąpiło miejsca rozumowi, który za wszelką cenę chciał zatroszczyć się o nową pacjentkę. I mógłby powtarzać sobie w myślach:„Pacjentka. To tylko pacjentka” , ale pieczenie skóry w miejscach, gdzie przed chwilą go dotykała, mówiło coś zupełnie innego. To nie był fantomowy ból, to był ślad po zderzeniu dwóch światów.

Zgarnął jej szpilki z podłogi, trzymając te „narzędzia tortur” tak ostrożnie, jakby były wykonane z najcieńszego szkła, i ruszył za nią. Przy barze panował gwar, ale on widział tylko jej plecy i burzę loków. Nie przeszkadzał, poczekał, aż złoży swoje zamówienie, po czym dodał... - I szklankę samej kruszonki lodu. Dużo lodu, poproszę.

Kiedy drink i lód się pojawiły, Josh nie bawił się w subtelności. Chwycił garść serwetek, namoczył je zimną wodą, wsypał nieco lodu do środka i stworzył prowizoryczny, ale fachowy okład i wyciągnął go w stronę poszkodowanej.
- Proszę, schłódź to przynajmniej teraz. Jeśli wejdzie obrzęk, pedały fortepianu będą rano twoim największym wrogiem, a obiecuję ci, że nie chcesz jutro kuśtykać do apteki. Mogę? - dodał kierując wymownie okład w stronę jej kostki. Nie zrobi niczego, na co nie wyraziłaby zgody. Uniósł jedynie wzrok, napotykając jej rozbawione spojrzenie. - Joshua. Joshua Rhodes. Ale dla pacjentek, które spadają mi prosto w ramiona, po prostu Josh.
Zawiesił głos na sekundę, pozwalając, by hałas klubu wypełnił przestrzeń między nimi, po czym dodał z tym swoim szczeniackim, niezmiennie pewnym siebie uśmiechem:
- A skoro już przy tym jesteśmy... Jak mam się zwracać do mojej ulubionej wokalistki, zanim oficjalnie przejmę obowiązki jej osobistego tragarza? Bo moja propozycja pomocy w dostaniu się do garderoby, baru, czy gdziekolwiek sobie zażyczysz, jest po koncercie jak najbardziej aktualna. Słowo lekarza.

Buzia mu się nie zamykała. Z nerwów. Z lekarskiego wyuczenia. Za nic jednak nie chciał stracić szansy, by poznać muzę, dla której stracił piątą klepkę. To był pierwszy raz, kiedy „profesjonalna uprzejmość” tak bardzo mieszała mu się z czystą, ludzką fascynacją.
MysticsDream
28 y/o
For good luck!
159 cm
śpiewam i gram na nerwach pewnego doktora
Awatar użytkownika
„Zgubiłam równowagę na scenie — i nagle wszystko zaczęło mieć sens.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Rzeczywiście była rozbawiona, ale nie było w tym ani krzty prześmiewczości. Jej oczy błyszczały ciepłem, śledząc każdy drobiazg w jego mimice i ruchach, jakby chciała się nacieszyć każdym elementem jego zainteresowania. Nawet mimo tego, że miała świadomość swojej atrakcyjności, to jednak to jak on na nią patrzył...
- Lubisz rządzić, co? - zapytała ciepło, po czym zwinnie wskoczyła na stołek barowy i uniosła nogę, dając tym samym przyzwolenie.
Jedwab sukienki zsunął się odsłaniając także jej kolano i część uda, chociaż tutaj powstrzymała materiał, bo przecież dookoła byli ludzie. Nie to, że Pan Doktor mógł coś zobaczyć.
- Zdecydowanie łatwiej jest podwijać sukienkę przed kimś kogo się zna z imienia i nazwiska Joshua Rhodes. - zażartowała, by zaraz przygryźć obie wargi, kiedy chłód lodu rozlał się po jej skórze.
Lekko się spięła, chcąc uciekać, ale ulga była na tyle znacząca, by jednak nie robić więcej gwałtownych ruchów. Tym bardziej, że jego dłoń znów znalazła się wyżej, niż musiała. Miała ładne, zadbane stopy z paznokciami pomalowanymi na neutralny kolor, podobnie zresztą jak te na dłoniach.
- Ulubionej? Jesteś fanem jazzu? - zapytała, wspierając się na łokciu, opartym o ladę baru.
Dłonią bawiła się swoją szklanką. Lekko przekrzywiona głowa, sprawiła że niesforne loki przelały się z jednego ramienia na drugie, odsłaniając obojczyk i szyję.
- Myślę, że gdybyś był moim fanem, to przynajmniej przeczytałbyś plakat... - puściła mu oczko, nie zwracając uwagi na spojrzenia rzucane przez jego i jej kolegów.
Ta chwila była zbyt przyjemna by sobie jej odmawiać. Tym bardziej, że przecież jutro już się nie zobaczą.
- Nie sądziłam, że mogę kogoś tak oczarować. - o tak, powiedz mi jeszcze jeden komplement...
Nawet miło się słuchało jego paplania.
Czyjeś chrząknięcie wyrwało ją z bańki, w której tylko oni się znajdowali. Odwróciła głowę w kierunku swojego gitarzysty, który z trudem utrzymywał powagę.
- Bardzo miło jest uczestniczyć w Waszej randce... Ale mamy jeszcze do zagrania koncert.
Westchnęła z niezadowoleniem, po czym spojrzała przepraszająco na Josha.
- Rae, po prostu! - powiedziała i położywszy dłonie na jego ramionach, jakby potrzebowała oparcia zeskoczyła ze swojego stołka. - Przypilnuj mi butów.
Poprosiła i ruszyła na scenę by dać kolejny koncert pełen czarów, wdzięku i głosu, który jakimś cudem mieścił się w tym małym ciałku. Tyle, że teraz już śpiewała tylko dla niego.

my biggest fan!
Żejmi/Maxio
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”