- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
Jego dłoń wciąż spoczywała na jej biodrze, druga przesunęła się wyżej, zatrzymując na karku. Kciukiem zatoczył tam leniwe półkole, nim przysunął lekko jej głowę do siebie, składając na jej czole pocałunek o zupełnie innym charakterze niż wszystkie te, którymi obdarował ją przedtem.
- Chyba pomyliła ci się kolejność - mruknął w odpowiedzi, ale jego usta rozchyliły się w lekkim uśmiechu gdy czuł, jak kobiece ciało nadal tkwi obok, nadal poszukuje w nim bliskości. Jego dłoń sięgnęła w bok, do baterii prysznica, wyłączając całkowicie ruch wody. - Faktycznie robisz się łatwiejsza, Mercer.
Gdy ich oddechy się uspokajały, a ciała ogarniał poziom odprężenia nieporównywalny z niczym innym, do wnętrza prysznica zaczynał wkradać się chłód. Poświęcił się, heroicznie, występując o pół kroku na zewnątrz. Sięgnął do puchowego, grubego ręcznika zawieszonego obok i chwycił go, wracając z powrotem do tkwiącej pod prysznicem kobiety. Objął ją mocno, otaczając grubym materiałem.
Do wnętrza łazienki, przez małe okienko w rogu wpadały złote promienie zachodzącego słońca.
- Mamy jeden wieczór - przypomniał jej cicho, jakimś pierwotnym, troskliwym odruchem trąc lekko jej ramiona trzymanym ręcznikiem, jakby nie mogła sama się osuszyć. Kropelki wody nieustannie spadały z jego mokrych włosów, których kosmyki opadały mu na czoło. - Na co masz ochotę?
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Pozwoliła mu otulić się ręcznikiem, ale zaraz potem sama sięgnęła po drugi, pomagając mu odgarnąć mokre kosmyki włosów z czoła w zupełnie odruchowym geście, będącym bardziej czułym niż wszystko inne. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, patrząc na niego, chcąc coś powiedzieć, ale jeszcze nie teraz; jeszcze nie w tej przestrzeni.
Nie spiesząc się, owinęła się miękkim szlafrokiem, ale zaraz potem znów znalazła się blisko niego, odruchowo, bo to było już czymś zupełnie naturalnym. Jej dłoń odnalazła jego, splatając palce bez zastanowienia i po prostu ruszyła, prowadząc go z powrotem do salonu, gdzie ciepło kominka zdążyło już wypełnić przestrzeń, a pomarańczowe światło ognia miękko tańczyło po ścianach.
Zatrzymała się tylko na moment, żeby sięgnąć po butelkę i dwie szklanki. Nalała im tego samego bourbonu, który wcześniej wydawał się tylko dodatkiem, teraz jednak pasował do tej chwili znacznie bardziej niż cokolwiek innego. Podała mu jedną z nich, a drugą zatrzymała dla siebie, zanim usiadła na kanapie i niemal od razu wsunęła się bliżej, wtulając się w jego bok tak, jakby to było najprostsze i najbardziej oczywiste miejsce na świecie.
Jej palce zaczęły powoli sunąć po jego ramieniu, w górę i w dół bez konkretnego celu i dla samego kontaktu fizycznego jakiego zadziwiająco mocno w c i ą ż pragnęła. Oparła głowę o jego ramię, przymykając na moment oczy, pozwalając sobie naprawdę być w tym momencie bez pośpiechu i ciągłej potrzeby przesuwania granic. - Zaczęliśmy ten wieczór dokładnie od końca - uniosła lekko wzrok, zerkając na niego z ukosa z wyraźnym rozbawieniem malującym się na ustach.
- Właśnie na to mam ochotę - dodała ciszej, odkładając szklankę na stolik tylko po to, żeby móc objąć go mocniej. - Na to wszystko, co jest po - jej palce przesunęły się wyżej, wzdłuż jego karku, zatrzymując się tam na chwilę dłużej. - Kiedy zamykam oczy… - zaczęła, znowu przywołując to samo, co robiła jeszcze w samochodzie; mówiła ciszej, jakby te słowa miały dla niej większe znaczenie niż wszystkie wcześniejsze. - Widzę właśnie to. Widzę nas, takich jak tutaj - jej głos był spokojny, ale miękki, a spojrzenie, które zatrzymało się na jego twarzy, nie pozostawiało żadnych wątpliwości.
Przesunęła dłonią po jego policzku, uważnie, jakby ten gest sam w sobie był odpowiedzią na wszystko, czego nie potrafiła ubrać w słowa. Naprawdę tego chciała, jak niczego wcześniej. Przy nim po raz pierwszy w życiu nie czuła potrzeby kurczowego trzymania się własnej niezależności, nie budowała wokół siebie murów ani nie pilnowała każdego kroku, jakby od tego zależało jej przetrwanie. Wręcz przeciwnie - chciała oddać mu tę przestrzeń, pozwolić mu prowadzić, zaufać bez zastrzeżeń, bez planu awaryjnego, bez wycofywania się w ostatniej chwili. Nie dlatego, że traciła siebie, ale dlatego, że właśnie przy nim była sobą najbardziej.
Wiedziała, że on nie odbierze jej niczego, co do niej należało; że nie spróbuje jej zmienić, zamknąć w ramach, które nie były jej własnymi. I może właśnie dlatego mogła pozwolić sobie na coś, co zawsze wydawało się tak ryzykowne - na pełne oddanie, na bycie jego w sposób, który nie miał nic wspólnego ze słabością, a wszystko z wyborem.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ten prosty gest go t k n ą ł.
Zapisał się w jego głowie i sercu, sprawiając, że przez chwilę wyłącznie stał, przyglądając jej się gdy wyciągała dla siebie szlafrok, zapominając o własnym doprowadzeniu się do porządku. Obudził głęboko zaszyte uczucie, którego podrygi wyczuwał w losowych momentach od niemal początku ich znajomości - więź, która ich łączyła, z początku powierzchowna, szybko jednak zmieniająca się w coś trwałego i głębokiego.
Coś o poważnych konsekwencjach.
Wciągnął na siebie spodnie, bardziej bezmyślnie i odruchowo niż z męskiej potrzeby zignorowania miękkiego szlafroka, jakby był stworzony wyłącznie do kobiecego użytku. Z tym zamyśleniem ujął jej dłoń, jakby potrzebowali tego kontaktu by przejść przez korytarz - choć wcześniej jedno uciekało przed drugim, unikając go za wszelką cenę. Gdy tama runęła, gdy płomienie zostały wypuszczone na zewnątrz, nagle obnażyły wszystko, co chowało się pod powierzchnią.
To uczucie towarzyszyło mu gdy wraz z nią wchodził do salonu. Jego wzrok mechanicznie przeniósł się w stronę kominka, sprawdzając, czy nie potrzeba dołożyć do niego drewna. Pozwolił jej poprowadzić się na kanapę, podczas gdy nienazwana emocja coraz mocniej osadzała się na jego trzewiach.
Zagnieżdżała w miejscu, które wydawało się zarezerwowane wyłącznie dla niej. Miejscu, w którym zwykle pojawiały się inne, intensywne emocje skierowane w jej stronę - od złości po troskę, od potrzeby dystansu aż po oślepiające pragnienie bliskości. Był mistrzem w odsuwaniu od siebie rzeczy, trzymaniu ich z dala i w ten sam sposób traktował te wszystkie uczucia, które względem niej żywił. Skupiał się na złości, gdy miał ochotę zamknąć jej usta pocałunkiem. Pozwalał kierować sobą pożądaniu, gdy potrzeba złapania jej w swoje ramiona doprowadzała go na skraj obłędu.
Wszystko, byle nie patrzeć na źródło, stojące u podstawy ich wszystkich.
Nie wiedział, kiedy w jego dłoni znalazła się szklanka z alkoholem. Był zbyt zajęty jej głową układającą się na jego ramieniu, wyciągniętym w jej stronę. Mokrymi włosami łaskoczącymi jego nagą skórę, ciepłym policzkiem poruszającym się lekko, gdy wypowiadała kolejne słowa. Nie uniósł szklanki, nawet by zwilżyć usta, zbyt spetryfikowany prawdą, obnażoną przez ustępujące płomienie.
Przyglądał się profilowi jej twarzy gdy skierowała ją w stronę sufitu. Patrzył na jej długie rzęsy gdy zamknęła powieki, wyobrażając sobie świat, którego pragnęła - który powinien móc jej dać, jak każdy mężczyzna, który byłby jej warty. Obserwował jej czerwone wargi, spierzchnięte od składanych na nich pocałunków, patrzył jak wyginają się w szerokim uśmiechu pozbawionym zaczepki, prowokacji. Pełnym szczęścia.
Patrzył, gdy bolesna świadomość zaciskała szpony na jego sercu, miażdżąc miękkie tkanki, wydzierając powietrze z jego płuc w tej chwili, która miała być szczęśliwa dla ich obojga.
Świadomość, że ją k o c h a ł.
Nagle wszystkie jego starania trzymania się z boku, trzymania jej na dystans, zachowania kontroli wydawały mu się skrajnie naiwne. Własna głupota docierała do niego ze zdwojoną siłą, dłoń zacisnęła się na szklance trzymanej na podłokietniku kanapy, w barkach pojawiło napięcie, którego nie powinno być. Ponieważ ta chwila, chwila po, powinna być dokładnie taka, jaką sobie ją wyobrażała - teraz, z zamkniętymi oczami, nim niechybnie wyczuje zmianę, która w nim zaszła. Tymczasem jego reakcja była skrajnie temu przeciwna, układając jego ciało w sposób pełny pewnego rodzaju niewygody.
N i e m ó g ł kochać Margo Mercer. Nie o n. - Nie mogę ci tego dać, Margo - wyrwało się z jego ust, wytłumaczenie dla jego stanu, dla nagłej paniki w jego oczach, poczucia winy, które wpełzło do jego mimiki choć przecież nic jeszcze nie z r o b i ł. Choć zrobił tak wiele. Przełknął ślinę, odruchowo - osoba, która zawsze posiadała odpowiedź, wymówkę, wyjście z sytuacji, nagle natrafiła na ścianę i desperacko szukała wytłumaczenia, dla którego coś, co powinno być szczęściem, zamiast tego absolutnie go p r z e r a ż a ł o. - Wiem, że to spieprzę. Prędzej czy później.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie było w tym żadnego nagłego olśnienia, żadnego jednego momentu, który mogłaby wskazać jako początek. To nie wydarzyło się dziś, ani wczoraj, ani nawet tydzień temu. To rosło w niej powoli, uparcie, niemal niezauważalnie, aż w końcu stało się czymś oczywistym. Pierwszy raz poczuła to na parkingu przed domem ojca, jeszcze niepewne, niesprecyzowane, ale już wtedy inne niż wszystko, co znała wcześniej. Później wróciło ze zdwojoną siłą w jego mieszkaniu, gdy zamiast rozmowy siedziała nad nim z igłą i nicią, zszywając jego skórę zbyt drżącymi dłońmi, żeby móc to nazwać wyłącznie obowiązkiem. A potem było już tylko więcej - każda kolejna chwila, każda sprzeczka, każdy gest, każde spojrzenie.
To nie znikało. Nie poddawało się ani złości, ani różnicom, ani temu wszystkiemu, co logicznie powinno było ich od siebie odpychać. Rosło, zapuszczało korzenie głębiej, oplatało ją coraz ciaśniej, aż w końcu przestała z tym walczyć. Pragnęła go w swoim życiu w całości, nie we fragmentach, nie między sprawami, nie tylko w tych momentach, które mogli sobie ukraść. Chciała, żeby był obecny w każdym dniu, w każdej decyzji, w każdej ciszy i każdej rozmowie; żeby to, co między nimi było, przestało być czymś, co trzeba było chować między wierszami.
I była niemal pewna, że on czuł to samo. Widziała to w jego spojrzeniu, w sposobie w jaki na nią patrzył, kiedy myślał, że tego nie zauważa. Czuła to w jego dotyku, w tym jak ją przyciągał, jak nie potrafił jej od siebie odsunąć na dłużej niż kilka chwil. To nie było powierzchowne, nie było chwilowe i nie było tylko fizyczne. Wiedziała i widziała zbyt dużo, żeby móc w to zwątpić.
Dlatego właśnie nie rozumiała.
Dlaczego za każdym razem, gdy zbliżali się do czegoś co miało sens, co miało kształt i znaczenie, on stawiał między nimi ścianę. Dlaczego odgradzał się od niej dokładnie w tym momencie, w którym ona przestawała się ukrywać i nazywała to, co i tak już istniało. Bo przecież nic się nie zmieniało - ona tylko wypowiadała na głos to, co od dawna robili w spojrzeniach, gestach i w każdej jednej chwili, którą ze sobą dzielili.
Poczuła tę zmianę, zanim jeszcze się odezwał. Delikatne napięcie pod jego skórą, sposób w jaki jego ciało się usztywniło, minimalne drżenie, zdradzające więcej niż jakiekolwiek słowa. Wiedziała też co zaraz nastąpi i mimo to nie próbowała tego zatrzymać.
Powoli odsunęła się od niego, ale nie w sposób, który miałby stworzyć dystans, a dający mu przestrzeń. Usiadła wygodniej na kanapie, podciągając nogi pod siebie i szczelniej otulając się szlafrokiem, jakby ten gest miał ją zebrać w całość. Oparła się bokiem, wspierając na zgiętej ręce, drugą zaś wyciągnęła w jego stronę niemal odruchowo, zatrzymując się jednak w połowie ruchu.
Skinęła lekko głową, a na jej ustach pojawił się cień cichego, spokojnego uśmiechu, podszytego czymś znacznie bardziej kruchym. - Już mi to mówiłeś - odezwała się łagodnie, bez pretensji i wyrzutu. Na krótką chwilę uciekła spojrzeniem gdzieś w bok dla uporządkowania własnych myśli zanim wróciła do niego wzrokiem.
- Wiesz już kiedy to się stanie? - zapytała spokojnie. - Masz to zaplanowane? Ten moment, w którym to spieprzysz? - uniosła lekko brew; ton jej głosu nie odznaczał się ironią, ale dało się w nim wyczuć więcej niż jedną nutę niedowierzania. To było irracjonalne, a jednak nie potrafiła zatrzymać tej jednej myśli, która z n o w u wślizgnęła się do jej głowy bez zaproszenia. Sophie. Osoba, która nie powinna się tutaj pojawiać, a jednak tak się stało.
Bo co i n n e g o mogło być powodem? Chociaż wyraźnie zaprzeczył temu już raz, nie ufała mu, nie w tej kwestii; była przekonana, że jego miłość do Sophie była nieśmiertelna.
Poczuła jak coś ściska ją w środku, ale nie pozwoliła, żeby przerodziło się to złość. - To według ciebie jest w porządku? - zapytała ciszej, wracając do niego spojrzeniem. - To, że ze mną jesteś, że ze mną sypiasz, spędzasz czas, robisz ze mną wszystko to… - urwała na moment, jakby szukała właściwych słów. - a jednocześnie z góry zakładasz, że to się skończy?
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dla niego jednak istniała ogromna różnica między czuciem czegoś a tego n a z w a n i e m, zupełnie tak, jakby to były dwie, różne rzeczy. W ten sposób funkcjonował, do pewnego stopnia, całe swoje życie - i to dzięki temu potrafił wciąż zjawiać się w biurze czy w terenie, pełniąc swoje obowiązki.
Nazywając, musiałby przyznać przed sobą, że był brudnym gliną. Że dokonał zdrady stanu i zdrady wszystkich swoich przekonań. Że robił to wielokrotnie i zrobi pewnie wiele innych razy, wyciągając wrażliwe dokumenty z akt, podstawiając fałszywe ślady. Pomagał ludziom, którzy dawno powinni tkwić w więzieniu, wydostać się na zewnątrz. Własnoręcznie przyczyniał się do tego, w jaki sposób wyglądał ten świat - świat, który kiedyś pragnął zmienić.
Nazywając, musiałby nazwać się m o r d e r c ą.
Dlatego nie nazywał. Nie myślał o tym, tak jak nie myślał o konsekwencjach. Parł naprzód, bo wyłącznie w ten sposób był w stanie uchronić swoją psychikę od całkowitego poddania się pod naporem atakującej go frustracji. I w tym parciu naprzód natrafił na coś, na k o g o ś, przy kim pragnął się zatrzymać. Kto obnażał wszystkie jego mroczne sekrety przed nim samym, sprawiając, że musiał ignorować ich jeszcze więcej, choć robiło się to jeszcze trudne.
Patrzył, jak odsuwała się od niego - nieznacznie, ale wystarczająco. Odłożył szklankę z alkoholem na stół, niezainteresowany jej zawartością - choć może teraz przydałaby się bardziej, niż kiedykolwiek. Brak ciepła na jej ramieniu sprawił, że jego kark spiął się jeszcze bardziej, jakby ten chłód zaczął mu doskwierać, pchał go od natychmiastowego przyciągnięcia jej bliżej siebie.
Wszystkie jej słowa godziły go prosto w miejsce, które przez lata zarosło grubą tkanką blizny. Z tego miejsca nie było ucieczki, nie było żartu, którym mógłby załagodzić sytuację, nie było zmiany perspektywy, dzięki której nie czułby tej dziury wewnątrz siebie, która powstała, gdy wreszcie n a z w a ł to uczucie, które towarzyszyło mu każdego dnia.
Miała rację. To, co jej robił, było skrajnie niesprawiedliwe - a ona nie miała nawet pojęcia jak b a r d z o. Nie wiedziała, że nie miał prawa funkcjonować dalej jako policjant, że nie mógł z nią pracować, nie wiedziała jak wiele rzeczy z r o b i ł, które na zawsze skazały go na potępienie. Nie widziała, gdzie kończyła się ich droga i choć nie potrafił wskazać konkretnego miejsca, konkretnego punktu w czasie i przestrzeni, widział przepaść gdzieś daleko przed sobą - jak moloch góry, który mógł znajdować się kilometr dalej, a mógł też stać setki więcej.
- Nie - odparł powoli, miękko, choć uczucie zabarwiło jego głos czymś inny, co kompletnie do niego nie pasowało - smutkiem. - Nie jest.
Westchnął, odwracając na moment wzrok - kierując go w stronę odpalonego kominka. Drewno zmniejszyło swoją objętość, połowa przekształciła się w ciemne prochy zalegające na samym dnie. Bijące od niego ciepło wydawało się niewystarczające, by ogrzać jego nagą skórę, choć siedzieli zaledwie kilka metrów od płomieni.
- Nie potrafię inaczej. Chcę tego wszystkiego - wyrwało się z jego ust, gdy sięgał po szklankę wcześniej porzuconego bourbonu by teraz upić z niej łyka - jakby gorycz alkoholu mogła dać mu odwagi, której potrzebował by choć raz być z nią s z c z e r y m. - Każdego ranka budzę się i szukam cię obok, na drugiej poduszce. Myślę o tobie gdy siedzę w samochodzie i gdy tkwię przy biurku obok. Nie potrafię skupić się na niczym innym. Pochłaniasz moje myśli od samego początku, stałaś się centrum mojego codziennego życia i nie mogę znieść świadomości, że to nie skończy się w ten sposób, który malujesz.
Odstawił szklankę, tracąc nią resztki zainteresowania, które posiadał przed chwilą. Jego wzrok znów sięgnął w jej kierunku, patrząc, jak pomarańczowy blask ognia tańczy na jej sylwetce. Płomienie rozświetlały jej szkliste spojrzenie, niechętne do skierowania się w jego stronę. Uwydatniały powoli schnące włosy, których pierwsze kosmyki już wykręcały się we wszystkie strony, niemożliwe do ujarzmienia. Ich reszta spływała po jej karku i ramionach, w kontraście z bielą szlafroka przypominając atrament.
- Nie chcę tego stracić - wyznał cicho, jego własny wzrok uciekł w innym kierunku, gdzieś między kominkiem a podłogą. Patrzył na refleksy zachodzącego słońca, malujące cieniami ramy okna podłogę. - Nie chcę cię stracić, Margo.
Szczerość paliła go w przełyk, bardziej niż whisky, bardziej niż pieprzony d e n a t u r a t. Zorientował się, że mógł to być pierwszy raz, gdy się na nią zdecydował - na wypowiedzenie słów, które tkwiły gdzieś głęboko schowane, w ostatniej szufladzie kredensu, do którego nigdy nie zaglądał. Wiedział, że powinien powiedzieć jej coś innego - powinien przyznać się, że nie był tak szlachetnym gliną, na którego wyglądał. Wyjawić, dlaczego nie mogła udać się do Mimmo's. Dlaczego to on się w nim znajdował, zdecydowanie zbyt często i nie w celach towarzyskich. Powinien powiedzieć jej to wszystko t e r a z, zanim któreś z nich powie o jedno słowo za dużo, zanim scementuje relację, która, jak wszystko w jego życiu, była oparta na kłamstwie.
Ale nie był nawet pewny na ile to wszystko było jedynym powodem dla jego zawahania. Na ile to Sergio Carbone i jego niewidzialne macki powstrzymywały go zawsze, gdy Margo przesuwała granicę, gdy sięgała ku niemu ręką i próbował ściągnąć go z powrotem. W tej zagmatwanej łamigłówce jego podwójne życie na swój sposób też było ucieczką - powodem, na którym mógłby się skupić, by ją odrzucić, by kazać jej szukać szczęścia w innym miejscu, bo szczęście w jego ramionach było nieodpowiednie.
Ale o n a też gdzieś tam była.
Osoba, która przez chwilę znaczyła dla niego wszystko, a później została mu odebrana. Pamiętał to uczucie, uczucie, które nigdy w pełni nie zniknęło - uczucie wyrwania czegoś z jego piersi, pozostawienia go na posadzce by się wykrwawił. Świadomość kompletnego braku panowania nad swoim losem, braku kontroli, która zawsze utrzymywała go w ryzach. Oślepiający ból, przekształcający kompetentnego policjanta w rozjuszone zwierzę, szukające odpowiedzi - a przede wszystkim szukające z e m s t y.
Sięgnął ręką do siedzącej obok kobiety - myśl, że byłaby tak blisko, a jednocześnie nie w jego ramionach wydawała mu się w tej chwili przytłaczająca. Jego dłoń musnęła jej ramię, zakradła się wyżej, w stronę opadających kotarą włosów. Chwycił ich mokre kosmyki, delikatnie zatykając je za jej ucho. Odsłaniając jej linię szczęki, wydatne policzki i wielkie oczy, którymi obnażała wszystko to, co usiłował schować - przed nią i przed sobą.
- Boję się, że jeśli tak się stanie... - westchnął, usiłując kontynuować swoją myśl, teraz przerwaną chwilami ciszy - a w tej ciszy, szałem jego myśli, obijających się o czaszkę z impetem, od którego zaczynała boleć go głowa. Nawet to wywoływało w nim poczucie winy. Wiedza, że Margo zasługiwała na coś lepszego, na szczerość, na transparentne wyznania uczuć, dzięki którym mogłaby czuć się pewnie - nie musiałaby zgadywać, nie musiała wiecznie grać w kotka i myszkę na poziomie emocjonalnym. Znosić jego odsuwania się, jego milczenia, w którym usiłował ułożyć sobie odpowiednie słowa. - Zrobię coś bardzo głupiego, żeby cię odzyskać.
Czy już teraz tego nie robił? Przychodząc do Mimmo's, prosząc o wyjście i oferując w s z y s t k o w zamian? Czy nie robił tego grzebiąc w sprawie mordercy, który miał znaleźć się za kratkami? Przecież wiedział, w głębi duszy wiedział, że opuszczenie Ventresci będzie wiązało się z kolejnym paktem podpisanym z diabłem. Unikał tego, unikał nazywania swoich ingerencji, ale teraz, w świetle padającym z kominka i złotych promieniach słońca wpadających do domku, c z u ł prawdę.
Czuł, że będzie musiał zrobić coś bardzo, bardzo głupiego, że Carbone będzie wymagał od niego pochylenia karku tak nisko, że znajdzie się na granicy złamania - sprawdzając, jak wiele była w stanie znieść moralność detektywa.
Najgorszym jednak było to, że patrząc na nią, na jej wlepione w niego, czekoladowe tęczówki, wiedział, że to zrobi.
Że nie było rzeczy na tym świecie, której odmówiłby wykonania. Że był już tak zepsuty do samej kości, że jego dłonie były tak splamione szkarłatem, że jego honor pozostał wyłącznie strzępem tego, czym był kiedyś. Że dla zwykłej szansy życia, które wyobrażała sobie dla ich obojga, był w stanie w milczeniu skierować swój wzrok tam, gdzie Carbone kazał mu patrzeć. Zamazać każdy ślad, podstawić każdy dowód, stanąć na drodze sprawiedliwości. Dla n i e j.
Dla tego szarpiącego jego sercem uczucia, dla jego dłoni, wodzącej po kobiecym policzku, był gotów zrobić to wszystko.
A głęboko w kredensie, w samym tyle głowy tkwiła myśl, że byłby w stanie zrobić coś znacznie gorszego - zbyt przerażająca, by był skłonny ją nazwać. Tkwiła tam, obok świadomości tego, że nie był policjantem - dawno temu przestał nim być. Że nadal był tylko wściekłym psem, skłonnym ugryźć każdego, kto spróbuje odebrać mu to, co dla niego było najważniejsze.
- Boję się, że mi tego nie wybaczysz - zakończył wreszcie, kciukiem muskając jej skórę. Ponieważ ją znał.
Ponieważ dla niej b y ł policjantem, był osobą o luźnym podejściu do pracy, być może specyficznych metodach, ale nadal był po j e j stronie. Po stronie sprawiedliwości, dobra, w tej odwiecznej walce ze złem, w której to oni mieli być tarczą dla reszty społeczeństwa. Kłamstwo ich relacji nie polegało wyłącznie na zatajeniu tego, co zrobił wcześniej i tego, co robił obecnie, zmuszony do takich działań. Wiedział, że mogłaby zrozumieć dlaczego teraz pracuje dla Carbone'a, nie przyjmując od niego pieniędzy. Kłamstwo leżało gdzieś indziej.
Tkwiło w świadomości, że gdyby powiedział jej prawdę, nigdy nie zdołałaby mu wybaczyć.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jej imię nie padło, ale było obecne między nimi, ciche i uparte jak cień, którego nie sposób było zignorować. To co po niej zostało, nie było tylko wspomnieniem - było raną, która nigdy się nie zagoiła do końca, miejscem, w którym coś zostało wyrwane i już nigdy nie wróciło na swoje miejsce. Margo widziała to w nim od początku, w tych momentach, kiedy milkł nagle, kiedy jego spojrzenie uciekało gdzieś dalej poza nią. I choć nie rozumiała wszystkiego, rozumiała wystarczająco dużo, by wiedzieć, że to właśnie tam leżała odpowiedź. Była o tym
Dlatego nie walczyła z tym. Nie próbowała tego rozbijać ani podważać; mogła obiecać mu wszystko i wiedziała, że nie byłyby to słowa rzucone na wiatr. Dla niego byłaby w stanie zrobić więcej niż kiedykolwiek przypuszczała, że zrobi dla kogokolwiek. Oddałaby mu każdą część siebie bez zawahania, swoją dumę, swoją potrzebę kontroli, swoją niezależność, którą zawsze nosiła jak zbroję. Przy nim nie była potrzebna, chciała ją zdjąć. Chciała mu zaufać w sposób absolutny, pozwolić mu prowadzić, nie dlatego, że była słabsza, ale dlatego, że wiedziała, że on nigdy nie spróbuje jej tego odebrać.
Spojrzała na niego inaczej niż wcześniej, spokojniej i ciszej; westchnęła lekko, jakby to wszystko było jednocześnie oczywiste i niewyobrażalnie trudne. Wyciągnęła do niego dłoń i tym razem nie zatrzymała się w połowie drogi. Jej palce odnalazły jego przedramię, przesuwając się po nim powoli, miękko, niemal uspokajająco, tym jednym gestem ściągając z niego cały ciężar, który sam na siebie nakładał. - Nic nie stoi nam na przeszkodzie - powiedziała z tą samą pewnością, którą niosła w sobie od dawna. - Mówiłam ci to już. Chcę dokładnie tego - ciebie, takiego jaki jesteś - nie było w tym ani cienia wahania. Ani jednego miejsca, w którym mogłoby się to zachwiać. A jednak pod tą pewnością kryło się coś jeszcze - delikatne zmęczenie, ledwie zauważalna nuta rezygnacji, bo czuła, że choćby powiedziała to jeszcze sto razy, choćby oddała mu wszystko, co miała, to wciąż mogło nie wystarczyć.
Widząc jak coś w nim mięknie, znika ta charakterystyczna pewność, jak zostaje tylko człowiek - bez maski, bez codziennej buty, poczuła jak jej własne serce ściska się jeszcze mocniej. Przysunęła się bliżej, skracając dystans, który pojawił się między nimi tylko na chwilę. Jej dłoń przesunęła się wyżej, a potem pochyliła się i pocałowała go delikatnie i przelotnie, ale wystarczająco, by w tym geście zapisana była jej obecność, pewność i obietnica, że nigdzie się nie wybiera.
- Nie możesz mnie stracić - szepnęła cicho, opierając czoło o jego skroń na ułamek sekundy. - Nie wiem, dlaczego tak uważasz, ale n i e m o ż e s z - nie była to deklaracja rzucona w emocjach. Jej słowa wynikały z przekonania, które nosiła w sobie od dawna.
Przymknęła oczy na chwilę, zatrzymując się w tym jednym, cichym momencie, w którym jego dotyk był jedyną rzeczą, na której potrafiła się skupić. Analizowała każde jego słowo, próbowała znaleźć w nich sens, który by ją uspokoił, ale nie potrafiła. Im bardziej się nad tym zastanawiała, tym mniej rozumiała.
Otworzyła oczy i spojrzała na niego znowu, uważnie, jakby szukała odpowiedzi w jego twarzy. - Czego miałabym ci nie wybaczyć? - zapytała cicho, szczerze, bez żadnej obrony. - Co takiego miałoby się wydarzyć, że już teraz zakładasz najgorsze? - jej palce znowu odnalazły jego dłoń, splatając się z nią naturalnie, jakby robiła to od zawsze. Uniosła ją lekko i musnęła ustami nadgarstek dokładnie w tym miejscu, gdzie pod skórą wyraźnie wyczuwała rytm jego serca - szybki, żywy i p r a w d z i w y.
Była tylko jedna rzecz, która mogłaby ich naprawdę zniszczyć - zdrada. Nie spodziewała się jak blisko prawdy była, jak bardzo Rhys zdradzał ją każdego dnia otwierając oczy rano, choć nie fizycznie, to prawdopodobnie jeszcze bardziej boleśnie, niszcząc każdy fundament na którym zbudowali tę relacje..
- Łamiesz mi teraz serce i nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy - jej głos był spokojny i miękki kiedy uśmiechnęła się smutno. Na moment zamilkła, bo kolejna myśl była trudniejsza do powiedzenia niż wszystko inne. - Kocham cię, a ty bardzo nie chcesz mi na to pozwolić - nie uciekła spojrzeniem. Pozostawiła je na nim, spokojne i otwarte, bo dla niej to, co właśnie powiedziała, było czymś oczywistym, czymś, co istniało między nimi od dawna, tylko teraz w końcu zostało nazwane.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dla każdego mogła znaczyć coś zupełnie innego. Dla jednych liczyła się wyłącznie intencja - dla innych, dopiero dokonanie aktu, wylądowanie w pierzynie z inną osobą, gdy obiecało się komuś wierność. Jej definicja zmieniała się wraz z człowiekiem wygłaszającym osąd, jednak wiedział, czuł pod skórą, że definicja Margo wcale nie sięgała do aspektu fizycznego.
Wiedział, ponieważ miał taką samą.
Zdradą dla niego było każde kłamstwo, jak i każde niedopowiedzenie. Każdy fundament, na którym budowali swoją relację, który podszyty był fałszem. Od samego początku była z nim wyłącznie szczera - podczas gdy on nie odzywał się, gdy powinien, nie przyznawał do sedna trapiących go myśli. Milczał, licząc na to, że prawda wyleci oknem, opuści strefę między nimi i nigdy nie będzie musiał jej wypowiadać.
Każdy miał również różną tolerancję na zdradę.
Niektórzy przyjmowali swoich partnerów z powrotem niezależnie od tego, jak daleko się posunęli. Obejmowali ich ramionami i próbowali nie myśleć o tym, czyje ręce sięgały ku nim wcześniej, pod osłoną nocy. Nie wiedział, jak zachowałby się posadzony w tym miejscu - nikt nie dopuścił się jeszcze na nim zdrady, oszustwa tak głębokiego, tak ostrego, że cięło bezpośrednio w jego postrzeganie drugiej osoby.
Wiedział jednak, że Margo zdrady nie w y b a c z a ł a.
Co więc powinien zrobić, gdy wyciągnęła ku niemu swoją rękę? Gdy gładziła jego ramię, jakby to o n wymagał w tej chwili pocieszenia i troski? Co miał zrobić, jeśli wszystko, co robił, skazało ich relację na zagładę, choć jeszcze nie miała o tym żadnego pojęcia?
Znał odpowiedź na to pytanie. Wiedział, że powinien to uciąć - nie teraz, dużo wcześniej. Odsunąć się nim było za późno. Udać swój brak zainteresowania kobietą, zagrać rolę bardziej przekonująco. Uderzyć, słabo, lecz celnie, byle w przyszłości nie być powodem ich obopólnego cierpienia. Ale nie był w stanie się do tego zmusić. Zawsze miał się za osobę o wysokiej odporności psychicznej, podczas gdy Margo obnażyła fakt tego, że był człowiekiem s ł a b y m.
Łaknącym jej bliskości i jej dotyku. Łaknącym badawczego spojrzenia, którym potrafiła odszyfrować wszystkie jego emocje. Odpowiednich słów, trafiających we właściwe miejsca. Nie była zwyczajnie kobietą, do której towarzystwa przywykł, a ich relacja przekształciła się z czasem w coś głębszego. Całą esencją swojego jestestwa czuł, że był dla niej s t w o r z o n y, że była osobą, której nigdy nie szukał, a która zawsze czekała wyłącznie na n i e g o.
I znów powinien odpowiedzieć, powinien się przyznać, ale szczerość nie chciała opuścić jego ust, utykała gdzieś w gardle, niezdolna do wyjścia na zewnątrz. Przeniósł wzrok na ich splecione ze sobą dłonie, nie potrafiąc znaleźć słów, którymi mógłby wyjaśnić, a które nie ujawniłyby paskudnego oblicza, które tak pieczołowicie chował przed nią, jak i przed całym światem.
I gdy padło to słowo, które nigdy nie powinno być wypowiedziane, coś w jego wnętrzu złamało się ostatecznie, popadło w ruinę z łoskotem szaleńczo bijącego serca. Ostatni wzniesiony przez niego mur, bariera, za którą desperacko się trzymał, która dawała mu poczucie bezpieczeństwa i tę iluzję, że w każdej chwili mógł się wycofać, że nie zabrnęli zbyt daleko - padł, obnażając brzydką prawdę po drugiej stronie.
- Nie chcę, ponieważ nie powinnaś mnie kochać - odpowiedział z początku, cicho, przenosząc swój wzrok z ich splecionych dłoni, którym pozwolił opaść w dół. Odwrócił się lekko, sięgając drugim ramieniem do jej ciepłego ciała, do świata pełnego zapachu jej perfum i słodyczy jej ust. - Starałem się za wszelką cenę, żeby tak się nie stało. Najwyraźniej niewystarczająco.
Ujął jej podbródek dłonią, kciuk przesunął się po gładkiej skórze, natrafiając na kącik jej ust - zwieszony, niski, choć przywykł do tego, że jej wargi zawsze rozchylały się w uśmiechu w jego towarzystwie. Nie chciał być źródłem jej cierpienia, a jednak sam wsadził się do tej roli - a teraz było zbyt późno, by się wycofać. Skazał ich dwoje na prawdę, która rozerwie ich serca na pół.
- Nie byłem z tobą szczery, Margo - wyrwało się z jego ust, jakby na próbę, jakby sprawdzając, czy byłby w stanie powiedzieć to, co naprawdę powinien - ale niektóre słowa nadal tkwiły gulą w jego gardle, nie potrafiły wyjść na zewnątrz. Została tylko jedna, inna prawda do obdarzenia. - Nie chciałem, żebyś się we mnie zakochała bo sam tego próbowałem. Próbowałem cię nie kochać. Próbowałem ignorować to, jaki miałaś na mnie wpływ od samego początku. Trzymać się na dystans, trzymać cię na dystans. - westchnął, patrząc, jak jego kciuk wyznacza ścieżkę po kobiecym policzku w drobnym, czułym geście. - Ale od samego początku byłem t w ó j. - zatrzymał się, unosząc wzrok na spotkanie z jej intensywnym, ciemnym spojrzeniem. - Nie masz pojęcia, jak moja miłość do ciebie mnie przeraża - dodał cicho, ciszej niż jakiekolwiek inne słowa, które wypowiedział wcześniej. - Jak przeraża mnie to, co mógłbym dla ciebie zrobić.
margo mercer