-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W ostatnich tygodniach niemal zawsze kończyli razem. Mogłaby policzyć na palcach jednej ręki noce, które spędzili osobno - te kilka dni ciszy po kłótniach, gdy uparcie trzymali się na dystans, ograniczając kontakt do minimum, karząc się wzajemnie milczeniem. Poza tym z a w s z e wracali do siebie. Niezależnie od tego kto pojawiał się u kogo, jak późno było i jak bardzo powinni byli wrócić do własnych mieszkań, żadne z nich nie wychodziło po wszystkim. Od początku nie chodziło wyłącznie o seks. Chodziło o bliskość, o tę trudną do nazwania potrzebę bycia obok, silniejszą niż rozsądek i wszystkie inne sprawy, które domagały się ich uwagi.
Przywykła do jego obecności szybciej niż powinna. Do ciężaru jego ciała obok, ciepła, do rytmu oddechu, który w nocy stawał się jej własnym. Do tego stopnia, że gdy nie było go obok, budziła się odruchowo, przesuwając dłonią po drugiej stronie łóżka, jakby szukała czegoś, co powinno tam być. I choć nigdy nie była typem osoby, która potrzebowała nieustannego kontaktu, oblepiając drugiego człowieka, przy nim ignorowała to całkowicie. Przekraczała kolejne granice powoli, centymetr po centymetrze, aż w końcu nie zostało między nimi nic czego nie mogłaby dotknąć.
Tej nocy, nawet przez sen, nie przestawała go szukać. Ramiona obejmowały go mocniej, ciało przesuwało się bliżej za każdym razem, gdy tylko poczuła najmniejszy dystans. Instynktownie, bez świadomości, dążyła do tego jednego punktu styku, który pozwalał jej czuć go całą sobą.
I to właśnie jego brak ją obudził.
Nie dźwięk, nie ruch, nie zapach, tylko nagła, wyraźna pustka, która wyrwała ją ze snu szybciej niż cokolwiek innego. Otworzyła oczy, jeszcze przez chwilę pozostając w półśnie zanim uniosła się lekko i rozejrzała po pomieszczeniu. Sięgnęła po telefon, mrużąc oczy na jasny ekran. 6:01.
Po krótkiej chwili była już na nogach, narzucając na siebie tylko bieliznę i jego koszulę, niedbale zapiętą na kilka guzików, wystarczającą, by odgrodzić się od chłodu, który powoli ustępował miejsca ciepłu rozchodzącemu się od kominka. Materiał był za duży, opadał luźno na jej ramiona, a zapach, który w nim został, skutecznie działał na jej zmysły.
Zatrzymała się przy kuchennej wyspie, próbując palcami ujarzmić splątane, ciemne włosy, które pozostawały w nieładzie po nocy i przetarła oczy, wciąż jeszcze nie do końca przytomna. - Jest p i e p r z o n a szósta rano - mruknęła z lekkim niedowierzaniem, choć uśmiech już czaił się w kącikach jej ust. - To nawet nie jest ranek. To środek nocy, gdy mamy wolny dzień - nie powiedziała nic więcej, gdy do niej podszedł. Zamiast tego wspięła się lekko na palce, odpowiadając na jego pocałunek bez wahania. Przymknęła oczy, przeciągając tę krótką chwilę, gdy pozwalała sobie na ciche, zadowolone westchnienie, wyrywające się spomiędzy ust bez żadnej kontroli.
- Wiesz, co robisz? - zapytała po chwili ciszej, zerkając w stronę patelni, która zaczynała domagać się uwagi. Nie ruszyła się jednak ani o krok, jakby to w ogóle nie był jej problem. Zamiast tego obeszła wyspę i bez większego wysiłku wskoczyła na blat - ten sam, który jeszcze kilka godzin wcześniej miał zupełnie inne przeznaczenie. Usiadła wygodnie, podciągając jedną nogę i oparła dłonie za sobą, obserwując go bez skrępowania.
- Możemy tu zostać jeszcze jeden dzień? - zapytała nagle, tonem zbyt lekkim, by brzmiał poważnie; wiedziała, że n i e mogli, że świat na zewnątrz zaraz się o nich upomni, że sprawa nie zniknie, że obowiązki nie pozwolą im udawać, że to miejsce istnieje poza czasem.
Przechyliła lekko głowę i po prostu patrzyła na niego, jakby próbowała zapamiętać wszystko, co wydawało jej się tak oczywiste, tak naturalne, jakby n a p r a w d ę mogło stać się jej codziennością.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie mogła teraz bardziej się od niej różnić.
Jego usta same rozchyliły się w uśmiechu na ten widok - burzy ciemnych włosów, wykręconych w każdym kierunku świata. Zbyt dużej koszuli, która należała do niego, odsłaniających jej nagie ramiona. Resztki makijażu, roztartego wokół wciąż zaspanych oczu.
Przez myśl przeszło mu, że mógłby się do tego przyzwyczaić.
- Agresywna z samego rana - westchnął ostentacyjnie, jakby przekleństwo wypowiedziane w odpowiedzi na jego powitanie w jakikolwiek sposób mu przeszkadzało. Jego dłoń zsunęła się po kobiecej talii, docierając do przykrytych koszulą pośladków na jedną, krótką chwilę. - Dobrze ci w mojej koszuli - mruknął, wiedziony tym samym instynktem, który sprawiał, że jego ręce błądziły w miejscach, w których ich być nie powinno.
Odwrócił się do aneksu kuchennego, wyswabadzając ją z ramion i pozwalając przejść dalej gdy przypomniała mu o istnieniu patelni. Jego umiejętności gotowania ograniczały się do dwóch lub trzech potraw, które potrafił przyrządzić - ale szczerze wątpił, by w przyrządzeniu śniadania tkwiła wielka filozofia.
- Jajecznicę - oznajmił, z trudem odrywając od niej wzrok by przerzucić na patelnię rozbite wcześniej do miski jajka. - Nie będzie to jakość szefa kuchni Margo Mercer, ale będziesz musiała się z tym pogodzić.
Odwrócił się, sięgając do szafki by wyjąć z niej dwa kubki. Przygotowała mu obiad, więc mógł jej się odwdzięczyć - szczególnie, że w przeciwieństwie do niej, chwilowo nie był poszkodowany przytomnością. Wsadził naczynie pod dyszę ekspresu i włączył urządzenie, a chwilę później do zapachu smażonej jajecznicy w kuchni dołączył też aromat przygotowywanej kawy.
- Możemy zostać nawet miesiąc - odparł z nutką rozbawienia, choć spędził na tyle czasu przytomny i obudzony, że zdążył pogodzić się z zakradającą do ich domku rzeczywistością. - Ale Rinaldi może na nas nie zaczekać.
Stanął przy kuchennej wyspie, wyciągając w jej stronę rękę z kubkiem z zaparzoną świeżo kawą. Jego dłonie oparły się po obu stronach jej ciała gdy nachylił się, nie mogąc oprzeć jeszcze chwili bliskości, chwili n o r m a l n o ś c i, jakby to, co mieli tutaj, było dla nich codziennością - a nie to, do czego wracali.
- Jaki jest plan? - zapytał, gdy już wymienił kawę na jeden, dodatkowy pocałunek i odwrócił się, zmuszony do kontrolowania tego, co działo się na patelni. - Sprawdzamy, czy Rinaldi jest w domu i pytamy sąsiadów, jeśli go nie będzie?
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dlatego teraz pozwoliła sobie na tę małą prowokację. Na koszulę niedbale opadającą na ramiona, na kilka guzików zapiętych byle jak, na materiał, który nie należał do niej, a jednak układał się na jej ciele w sposób idealny. - Wiem - rzuciła pod nosem z lekkim rozbawieniem, kiedy skomentował jej wygląd, nie próbując udawać skromności. Jej spojrzenie przesunęło się po nim leniwie, od twarzy w dół, jakby sama oceniałа efekt, który udało jej się osiągnąć. - Postaram się nie przyzwyczaić - dodała jeszcze ciszej, choć w tonie jej głosu nie było ani grama przekonania.
Dopiero później nadeszła r z e c z y w i s t o ś ć.
Wślizgiwała się do wnętrza domku powoli, nieśmiało, jakby sama nie była jeszcze pewna czy ma prawo przerwać to, co wydarzyło się między nimi w nocy. Światło było miękkie, rozproszone, odbijało się od jasnych powierzchni kuchni i osiadało na ich skórze ciepłym, złotym odcieniem, który łagodził jej ostrość. A jednak ta rzeczywistość wracała - cicha, uporczywa, przypominająca o sobie w każdym słowie, które sprowadzało ich z powrotem do pracy, sprawy i ludzi takich jak Rinaldi.
Uniosła kubek do ust, pozwalając, by gorzka, mocna kawa rozlała się po jej podniebieniu, rozgrzewając ją od środka, przywracając powoli do pełnej świadomości. Ciepło było przyjemne, ale nie tak bardzo jak jego obecność t u ż obok. Gdy się zbliżył, nie zawahała się ani na moment - odstawiła kubek gdzieś za siebie, niemal odruchowo, jakby wszystko inne mogło poczekać.
Pochyliła się lekko w jego stronę, skracając dzielącą ich odległość do zera, tak że ich oddechy zmieszały się w jednym, wspólnym rytmie. Jej spojrzenie zatrzymało się na jego z i e l o n y c h oczach, potem przesunęło niżej po linii jego twarzy, jakby wciąż nie mogła się tym widokiem nacieszyć. Uśmiech, delikatny i ledwie zauważalny, poruszył kącikami jej ust, nie będąc żadną prowokacją. - Wiem dokładnie, gdzie go znaleźć - powiedziała w końcu, równie cicho, jakby nie chciała, żeby te słowa zabrzmiały zbyt ostro w tej przestrzeni, którą jeszcze chwilę temu wypełniało wyłącznie coś miękkiego.
Uniosła dłoń niemal bezwiednie, odnajdując drogę do jego włosów. Przesunęła po nich powoli, porządkując niesforne kosmyki w geście tak czułym, jakby robiła to od zawsze. Jej spojrzenie na moment złagodniało zanim znów wróciła do tematu, choć nawet wtedy nie traciła tego subtelnego ciepła.
- Jeśli go tam nie będzie, ktoś na pewno go widział. To mała miejscowość, w której nic nie dzieję się niezauważone - na krótką chwilę zawiesiła głos, jakby układała sobie w głowie kolejne kroki, choć w rzeczywistości bardziej skupiała się na nim niż na samej sprawie. Jej kciuk przesunął się jeszcze raz po jego skroni nim opuściła dłoń, pozwalając jej opaść gdzieś pomiędzy nimi. - Nie będzie chciał z nami rozmawiać - przyznała już bardziej rzeczowo, ale w jej tonie nadal pobrzmiewała ta sama miękkość. - Więc będziemy musieli znaleźć powód, żeby jednak to zrobił - przechyliła lekko głowę, przyglądając mu się uważniej, jakby szukała w nim potwierdzenia własnych myśli.
- Jego rodzina wydaje się być idealną kartą przetargową. Jeśli obiecamy mu, że ich ochronimy, to być może da nam to, czego potrzebujemy - choć mówiła o pracy, którą mieli wykonać, jej ciało wciąż pozostawało blisko jego, a sposób w jaki na niego patrzyła, mówił jednoznacznie, że niezależnie od tego, co czekało ich za drzwiami tego domu jeszcze przez tę jedną chwilę była tu - z n i m.
Rhys Madden