Carlos od zawsze szukał Boga. Jako dziecko, znacznie prościej było go znaleźć – na każdym kroku, w każdej uliczce Meksyku, kolorowych kwiatach i rozpalonych kadzidłach, w uśmiechu matki, która prowadziła go na niedzielną mszę. Od zawsze powtarzała mu, że wszyscy byli stworzeni na podobieństwo Pana, a jego oblicze kryje się w każdym sercu, nawet tym najbardziej zatwardziałym. Wierzył jej, bo Sofía kochała Boga, a on kochał ją i wszystko to, co darzyła szacunkiem. Dla małego chłopca świat jest prosty, ma jasno określone granice, nie wymaga ciężkich wyborów i wyrzeczeń. Świat to rodzice, przyjaciele, piłka kopana na boisku, pies merdający ogonem, płacz z powodu rozbitego kolana, słowa modlitwy wyśpiewywane w chórze.
Później, gdy umarł jego ojciec, było znacznie trudniej. Czerń i biel zlały się w niepokojącą szarość. Nie pozwalała spać, nie odpowiadała na żadne z pytań, jedynie tworzyła ich więcej, powodując głęboki dysonans. Przestrzeganie zasad przestało być proste, bo jak się okazało, światem wcale nie rządziły prawidła, które do głowy wpajała mu matka. Czy to oznaczało, że musiał się przystosować? Naciąć się na ostrych brzegach rzeczywistości i krwawić tak długo, aż nie zrozumie, że każda z dróg prowadzi na Golgotę? Skończyłby znacznie gorzej, gdyby nie miał przy sobie matki. Dzięki niej wciąż znajdował Boga i wierzył, że wszystko miało większy sens, a każdy upadek stanowi próbę, którą należało przejść. Im cięższy krzyż, tym słodsza nagroda; miał nadzieję, że jego matula dostała wszystkie skarby tego świata.
Sofía odeszła, tak jak w końcu odchodzi każdy. Carlos latami obserwował jak Meksyk zmienia się w brudny czyściec – miał stworzyć Raj, ale okazało się, że nawet w nim można czuć się jak w więzieniu. Ręka zawsze sięga po zakazany owoc, bo w naturze człowieka leży pożądanie. Zawsze może być więcej, bardziej, lepiej. Nie ważne jak głęboka jest twoja dusza, światem rządzi materia. By zbudować kościół, potrzeba pieniędzy. By uwierzyć, potrzeba cudów. By zrozumieć, potrzeba doświadczeń. Skoro zbawienie nigdy nie jest pewne, dlaczego nie wykorzystać doczesnego życia w pełni? Dlaczego Bóg miałby nie wybaczyć tym wszystkim, którzy po prostu czerpali przyjemność z istnienia, w pełni wykorzystując wolę, jaką im zaoferował? Przecież gdyby tylko ci cnotliwi i pokorni mieli zapewnione miejsce w niebie, okazałoby się, że ludzkość wcale nie była taka wolna. Wybierając marchewkę, otrzymają bat – samobiczując się, dostaną nagrodę. Czy będzie smakować tak samo słodko? Znał ludzi, którzy wykonywali znak krzyża, a później naciskali na spust. Chyba sam stał się takim człowiekiem. Modlił się o wybaczenie, ale wiedział, że to nie wystarczy. Liczył jednak, że kara będzie łagodniejsza, albo chociaż dostanie trochę więcej czasu – Boże, popatrz na Meksyk, przejdź się jego płonącymi ulicami i zrozum, że ludzie wykuci z ognia nie myślą o Piekle.
Carlos przyzwyczajony był do straty. Ludzie przychodzili i odchodzili, ale świat kręcił się dalej, a on parł na przód, bo taki był jego cel. Kiedy jednak odszedł Martin coś nieodwracalnie w nim pękło. Szukał w jego śmierci boskiej kary albo planu, starał się nadać wszystkiemu nowy sens, ale on nigdy nie nadszedł. I może po raz pierwszy zaczął wątpić, ale nie w istnienie siły wyższej, tylko w to, czy Bóg nadal wierzy w niego.
Nie przychodził do kościoła od tygodni. Kiedy więc pojawił się przed ołtarzem, maczając palce w wodzie święconej i wykonując znak krzyża, poczuł się jak marnotrawny syn. Czuł niewyjaśniony, głęboko zakorzeniony strach, który nie pozwalał mu znaleźć ukojenia. Jeśli świątynie nie będzie miejscem, w którym odetchnie choć na moment, prawdopodobnie został zgubiony już na zawsze. Co miał do stracenia? Dumę? Kogo obchodziło ego, gdy cała tożsamość pękała u podstaw. Jeśli Bóg go nie chciał, mógł zamknąć wejście do domu już dawno temu – tymczasem jego syn patrzył na Carlosa z ołtarza, z rękami rozpostartymi na krzyżu, zupełnie jakby chciał przygarnąć go do siebie. Byłby głupcem, gdyby odrzucił to zaproszenie i obrócił się na pięcie, wracając z powrotem w chłodną noc.
W kościele panowała cisza, przyjemny półmrok oświetlał blask świec, ale nie były podobne do tych, które zapalano dla Santa Muerte. To nie ten sam roztopiony wosk i nie ten sam płomień, który Salazar wytatuował sobie pod żebrami. Ukląkł w jednej z ław, kryjąc głowę w dłoniach. Palce zatopiły się w ciemnych włosach, drapiąc skórę głowy. Nie był pewien co powinien mówić i czy jakakolwiek modlitwa zostałaby wysłuchana. Czuł żal i gniew, czuł się opuszczony i oszukany, ale doskonale wiedział, że to przecież nie Bóg pociągnął za spust broni, która wypaliła do Martina Laytona. Miał mu za złe jedynie to, że wybrał właśnie jego, a nie Carlosa. Przecież to on powinien wykrwawiać się na bruku, nie miał nic do stracenia. To o n powinien zostać sądzony za lata bezwstydnego życia w grzechu i każdy moment zwątpienia. To ON popełniał świętokradztwo, pojawiając się w tym miejscu, jakby wciąż mógł otrzymać jakąkolwiek pokutę.
Opuścił dłoń zaciśniętą w pięść, zbyt wściekle i gwałtownie, by obeszło się to bez echa. Ciało uderzyło w deski ławy, a ich jęk zaburzył świętą ciszę.