-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie pierwsze, nie drugie, ale trzecie co zrobił Riczi kiedy wrócił do Toronto, to pojechał do hotelu w którym spali i mieszkali jego ojcowie. Wiadomo, że pierwsze co chciał zrobić to pojechać do swojego kwiatuszka Rosi, ale Madox i Wiliam mieli dla niego zupełnie inne plany. Kiedy w końcu trafił do domu to siedział z Rosa swoją pod pierzynką chyba cały dzień zanim znów wystawił nos. Okazało się że się trochę pochorował, ale żonka go już wygoniła żeby pojechał do papich.
Chciał wziąć też Roske, ale znów się źle czuła, więc już ją zostawił i jedzie do tego hotelu.
- Siemaneczko - przywitał się z ojcami i wbija do pokoju - O kurdeszka ale macie aparament, full lux - zagwizdał z uznaniem i się tak rozgląda po tym pokoju hotelowym - Nie to co nowo orleańska Casa di Martinez ale chyba okay? Na długo przyjechaliście?- po wyściskaniu się zaczął łazić po pokoju, ale ściągnął jeszcze buty bo nie jest jakimś Amerykaninem (hehe serio jest) , żeby łazić po domu w buciorach. Kładzie taką wielką torbę z którą przyszedł i zaczyna wyciągać z niej wszystkie pamiątki, które dla nich przywiózł - Ale jestem styrany, słuchajcie to przewożenie psów samolotami to jest istne piekło. Dobrze, że podałem im tabsy uspokajające - spojrzał na nich wymownie - Ale jakby Rosa pytała, to jej nie mówcie, bo ona jest przeciwko takim lekom- poprosił, a swoją drogą to uważał że to było ze strony Rosi nienormalne, bo ona jako psychiatra to przepisywała wszystkim tony leków i też Ricza faszerowała, ale jak przyszło do jej bebis piesków to nagle miała opory. - Najpierw jednego trzymałem na kolanach to mi podali jedzenie, nie miałem jak go zjeść, potem jakiś typ obok mnie siedział, chciał do kibla wyjść w tym samym momencie w którym trzymałem Burritosa w jednym ręku a kanapkę w drugim - bo te pieski nazywały się Burrito i Churros - i miałem całe jedzenie rozłożone przed sobą na stoliku. Patrzę na typa takim wzrokiem „Cabron, chyba sobie kpisz i jaja robisz” a ten się narzucił no i kurde zaczynam wstawać. No no oczywiście rozlałem całego browara bo zapomniałem o nim i coś tam do Churrosa skapnelo, a wiesz jaki on jest. Jak mu coś pod nos się podstawi to on to odrazu zżera, no i co? No i wypił ciurkiem to piwsko, a potem bekał kilka godzin - trochę się zaśmiał, ale już wyjął wszystkie cztery wielkie pudła z kawą. I tak patrzy i czeka na info od papich co oni tu robią, bo serio wszystkiego się spodziewa, ale nie tego że jego ojcowie zamienia gorące NO na zimne Toronto. Co z ich opalenizną?!
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Parsknął śmiechem kilka razy, kiedy Rico wyrzucał z siebie opowieść o psach, kanapce, piwie i sikaniu jakiegoś typa. Pokręcił głową i skierował się do aneksu kuchennego po coś do picia.
- Kawy, herbaty? - jego wzrok padł na rzeczone cztery kawy, które chłopak przywiózł ze sobą, a oczy mu się zaświeciły na ich widok. Portorykańska kawa! To, co domowe, zawsze najlepsze - Czyli kawy? - zapytał, wskazując paczki.
Cokolwiek zażyczyli sobie mężczyźni, Sergio przygotował to i przyniósł na stolik kawowy, ustawiony na środku hotelowego pokoju.
- Cóż, my psa jeszcze nie przewoziliśmy, bo nie ma ważnego paszportu. Do tej pory nie ciągaliśmy Pchełki ze sobą, bo nie było sensu brać jej na zagraniczne wyjazdy, ale teraz... będziemy musieli ją ściągnąć - spojrzał na męża, siedząc już na kanapie, z ręka położona na jej oparciu - A co do tego, co tu robimy... hm. Nie wiem, ile mogę ci powiedzieć, na ile Salazar się zgodzi, ale krótko mówiąc: Santiago, młodszy brat Sala, którego - jak wiesz - półtora roku temu opłakiwaliśmy, bo zginął w wypadku... jednak żyje. Objawił się tutaj, zmartwychwstały. Sal chciał się z nim zobaczyć i... chce być bliżej niego. Więc zdaje się, ze właśnie zamieniamy nowoorleański tropik na kanadyjski chłodek, przynajmniej na jakiś czas.
Ricardo Martinez Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Salazar naprawdę cieszył się z odwiedzin syna, choć po ostatnim spotkaniu z bratem i jego partnerem był teraz nieco... rozkojarzony. Często wyglądał, jakby się zawieszał, jego myśli mimowolnie gdzieś uciekały i ogólnie łatwo dało się zauważyć, że coś jest nie tak. Starał się jednak robić dobrą minę do złej gry i zachowywać się normalnie, przynajmniej podczas odwiedzin młodego, chociaż i tak było widać, że po przywitaniu się z Ricardo siedzi na kanapie trochę zbyt sztywno, zbyt wyprostowany i zbyt... nie jak on.
- Rosario jest przeciwko lekom? - uniósł brwi, bo z opowieści syna to wyłapał i akurat to jakoś wyjątkowo mocno go ubodło. Nie personalnie, skąd, po prostu... no, zdziwiło go, może to lepsze słowo. - A to nie jest tak, że ludzie jej płacą właśnie za to, żeby przepisywała im leki? - zapytał nieco retorycznie, wciąż z uniesionymi brwiami, przyglądając się przez chwilę synowi, po czym odprowadził męża wzrokiem do aneksu kuchennego ich apartamentu.
- Mówiłem ci, żebyś nie poił psów piwem, Ricardo - wywrócił oczami, nie mogąc powstrzymać krótkiego chichotu, gdy usłyszał samolotowe przeboje syna. Co do pełnego imienia syna, to raczej rzadko go używał, chyba że chciał - jak w ten chwili - udawać surowego ojca, który karci dziecko; tak poza tym zwykł do niego mówić raczej zdrobnieniami.
Podziękował mężowi uśmiechem, gdy ten przyniósł do stolika kawę (oczywiście, Sal nie odmówiłby sobie kawy z Puerto Rico), po czym założył nogę na nogę i westchnął cicho. Pozwolił mężowi opowiedzieć o powodzie ich przyjazdu do Toronto, bo i tak był pewien, że on to zrobi lepiej, niż sam Salazar, na pewno z mniejszą dawką buzujących emocji i mniejszą ilością przekleństw.
- Maravilloso, verdad? - mruknął i zaśmiał się, choć nie był to raczej wesoły śmiech, nie taki, jaki często dało się słyszeć z jego ust. - No, w każdym razie, skoro już się dowiedziałem, że mój brat żyje i że udawał martwego, żeby jego rodzina nie musiała patrzeć, jak powoli odchodzi z tego świata, to uznałem, że chce być blisko niego. Wsiadłem w samolot praktycznie od razu, napisałem Sergio krótko co się wydarzyło, a on... - skierował wzrok na męża, a jego oczy zalśniły wdzięcznością. Położył mu dłoń na kolanie i ścisnął je lekko, uśmiechając się czule. - No, cóż, on przyleciał tu za mną.
Ricardo Martinez Sergio Martinez
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Riczi wzrusza bezradnie ramionami i oczywiście nie skomentował nic o tym, że Rosi jego kocha jest hipokrytką, bo dla niego Rosi jest ideałem chodzącym, więc w życiu by na głos nie przyznał, ze Sal ma rację… chyba, że Rosi by tu była, no to wtedy napewno by się z niej zaczął nabijać. Ale to wtedy robi tylko dlatego, że bardzo lubi denerwować swoją Rosario, szczególnie jeżeli istnieje taka możliwość, że ta zacznie się tak denerwować że będzie te swoje policzki znów nadymać. Jak laleczka wtedy wyglądała.
- A weź z tymi paszportami, papi- machnął ręką Riczi, dając do zrozumienia że ten temat faktycznie nieźle mu zdążył napsuć życia - Pojechałem do domu i obiecałem mojej Rosi, że nawet l nie zajmie mi to dłużej niż jjeden tydzień. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie kiedy okazało się, że to trwa trzy tygodnie! I też dlatego się pośpieszyła, bo w urzędzie siedziała Carmen z którą chodziłem w liceum, pamiętacie Carmen - pokiwał głową, bo musieli pamiętać jak jakieś dwadzieścia lat temu Riczi przyjeżdżał do nich na wakacje z malinkami na szyji i ciągle siedział na telefonie i gadał do swojej Carmen. Nabił im wtedy taki wielki rachunek za telefon, że pewnie do osiemnastki im go spłacał.
Zaśmiał się również na to, że znów mu Salek mówi, że powinien zaprzestać upijania psów. Spojrzał rozbawiony na tatusia Sergio i ręce unosi jak niewinny chłopiec.
- Kawka wejdzie świetnie, dwa dni w Toronto i już czuje się zapchany - poklepał się po brzuchu i siada zadowolony słuchając niesamowitej historii o bratu Sala. Pokiwał energicznie głową, dobrze kojarzył wypadek brata Sala, przecież tak się przejął że przyjechali z Rosi do nich im obiady gotować w trakcie żałoby. Tzn, Riczi gotował, a Rosi leżała i pachniała. No może jeszcze coś tam pozytywnego też robiła, pewnie im podawała leki uspokajające.
- Zaraz zaraz, trup okazał się nieprawdziwy?!- oczy otwiera ze zdumienia, odrazu ma flashbacki z tego co się wydarzyło ostatnio kiedy Wiliam odkrył trupa i okazało się że ten trup żyje. Takie rzeczy się dzieją na tym świecie?! - Carramba- wzdycha słuchając jednego i drugiego. - Ale jak to, dlaczego musiał upozorować śmierć?! Miał coś związanego z gangiem?- dopytuje i nagle dociera do niego jeszcze jedna wiadomość którą mówi daddy, że „chciał uchronić rodzinę przed powolnym odchodzeniem ze świata”. Bardzo możliwe, że zapaliła się wtedy nad głowa Ricza wielka żarówka, bo chyba skumał coś więcej. - On jest chory?
Ech gdyby Rosi matka z Francji też umierała i Rosi by tam pojechała, to Ricz też by na pewno za nią pojechał. Martinezy jednak tak mają.
-
-
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion//ono/jegotyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Zaraz, jak to? - zapytał zaskoczony, teraz rzeczywiście uświadamiając sobie, że coś na ten temat dotarło do jego uszu, tylko po prostu nie dało rady zagnieździć się w mózgu. Czasami niestety tak miał - Rosi nie lubi leków uspokajających? Ale przecież jest psychiatrą, więc przepisuje je ludziom! A pieski, to mają jakieś inne mózgi? Emocje mają takie same, więc jeśli przepisywanie uspokajaczy człowiekowi jest cacy, to dlaczego dla pieska to jest już nie cacy? Przecież weterynarze normalnie podają takie leki zwierzakom, które denerwują się podróżą...
Uruchomił się, ale chyba nie było w tym nic dziwnego, skoro był psychologiem, więc również pracował z emocjami i próbował je uspokajać. On co prawda, jako nie-lekarz nie miał prawa przepisywać żadnych medykamentów, ale nieraz wysyłał swoich pacjentów do psychiatry, jeśli widział, że sama terapia nie bardzo pomaga i trzeba ją wzmocnić farmakologią.
- No, wiem, że to trzy tygodnie, zanim papierek nabierze mocy urzędowej - kiwnął głową - W dodatku nie każdy lekarz może takie paszport wystawić, co dodatkowo komplikuje sprawę.
Chwilę później zaciął się z nieco szerzej otwartymi oczami, wstrzymując na moment oddech, gdy usłyszał o Carmen pracującej w urzędzie. Tak, pamiętał ją doskonale - był taki moment kiedy nawet myślał, że jego synek ożeni się z tą dziewczyną, skoro nabija takie rachunki i nie może się z nią rozstać choćby na chwilę, musi być z nią w stałym kontakcie.
- Carmensita... - wymamrotał, wypuszczając wreszcie powietrze z płuc - Tak, pamiętam. To ciekawe, że akurat w urzędzie się spotkaliście. I co - przyspieszyła jakimś cudem tę procedurę?
Trochę ciężko było mu w to uwierzyć, bo wiedział, że tu nie chodzi o rozpatrywanie pozwolenia, tylko o to, żeby sprawdzić czy na pewno zwierz nie przewiezie jakiejś choroby przez granicę: to było coś w rodzaju kwarantanny domowej.
- No... tak - kiwnął głową, gdy Ricardo zapytał o nieprawdziwego trupa. Jego twarz stężała, a mięśnie na ramionach mimowolnie mu się napięły - Santiago żyje i chętnie powiedziałbym, że ma się świetnie, ale niestety nie. Jest śmiertelnie chory i mówił, że udawał martwego, żebyśmy nie patrzyli, jak powoli umiera. Chociaż wypadek był prawdziwy, z tą różnicą tylko, że on go przeżył.
Kącik ust drgnął mu lekko, gdy usłyszał pytanie, czy Tiago należy do jakiegoś gangu. Cóż, jak by to powiedzieć - chłopak trafił w sedno, choć ojciec nie zamierzał tego potwierdzać, bo podejrzewał, że de la Serna nie byłby zachwycony, gdyby nagle wszyscy się o tym dowiedzieli.
Spojrzał na męża z pełnym miłości uśmiechem, gdy ten ścisnął jego kolano.
- No, dla mnie to oczywiste, że przyjechałem za tobą, tym bardziej, jeśli zamierzasz tu zostać na stałe. Raczej nie mam ochoty więcej na rozłąkę z tobą i związek na odległość już mam tego dość po tych latach, kiedy udawaliśmy, że wcale nic nas nie łączy i jesteśmy rywalami w basenie.
Pokręcił głową, wspominając wcale nie tak dawne dzieje, kiedy ukrywali nie tylko swój związek, ale w ogóle swoją orientację, bo czasy były dość nieciekawe i bycie niehetero było jeszcze bardziej piętnowane, niż dzisiaj. Nawet teraz zresztą nie było łatwo, mimo tych wszystkich praw, które w wielu krajach już wywalczono - ogólne nastawienie społeczeństwa jednak nie było tak bardzo różowe, jak wielu by chciało myśleć. Ale teraz przynajmniej było mniejsze zagrożenie, że dostanie się w pysk, kiedy po prostu szło się z mężem po ulicy. No i - można było mieć męża! To dużo. Tym niemniej - w ich młodości nie było to takie proste... co w efekcie poskutkowało narodzinami Ricardo, bo managerowie zmusili Sergio i Sala do rozstania.
Ricardo Martinez Salazar Martinez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkidowolnetyp narracji3 os. l.p.czas narracjiprzeszłypostaćautor
- Shh, calma, cariño. - zachichotał pod nosem, masując jego kolano spokojnymi, okrężnymi ruchami dłoni. Nie chciał przecież, żeby jego mąż dostał tu jakiegoś zawału albo ataku serca, a że nie był już najmłodszy, to trzeba było o niego dbać, prawda? Chociaż Sal zawsze dbał o męża, nawet jak nie byli jeszcze małżeństwem i nawet jak mieli po kilkanaście lat, więc tym bardziej robił to jako małżonek, wiadomo.
Przygasł nieco, gdy Sergio zaczął opowiadać o chorobie jego brata. Czasem Sal zdawał się negować chorobę, a na pewno negować to, że Santiago umiera, bo naprawdę trudno było mu przyjąć to do wiadomości. Myśl o tym, że już opłakał śmierć swojego brata, że Sergio dosłownie zbierał go z kolan, gdy Salazar nie miał siły na nic, nawet na codzienną egzystencję, a potem nagle powrócił jako żywy... tylko po to, żeby okazać się umierającym na jakąś nieuleczalną chorobę... No, nie było to dla niego łatwe i chyba ciężko się dziwić, że Sal coraz śmielej rozważał udanie się do specjalisty po jakieś leki uspokajające. Swoją drogą, przydałyby się chyba też i Santiago i Alvaro. I normalnie poprosiłby o nie swoją synową, ale w treści tego, co wyszło na dzisiejszym spotkaniu z synkiem, trochę się tego obawiał.
Parsknął krótko, słysząc pytanie o przynależność jego brata do gangu. Dla dobra ogółu wolał na to pytanie nie odpowiadać, chociaż wyraz jego twarzy zdradzał odpowiedź w stylu: "no, w sumie...".
Choroby brata już nie komentował dalej, bo uznał, że jest to dla niego zbyt trudne, natomiast nie miał nic przeciwko temu, żeby Sergio opowiadał o tym Ricardo, jeśli tylko chciał. Po prostu Sal wolał tego nie artykułować na głos, bo wtedy bardziej do niego docierało to, że dni jego brata prawdopodobnie są policzone, a ta świadomość sprawiała, że nie byłby w stanie myśleć ani rozmawiać o niczym innym. Uciekał więc, podobnie jak robił to jego brat - z tymże Santiago uciekał od swoich emocji i uczuć, a Salazar od jego choroby.
- Jesteś najlepszym co mnie spotkało w życiu, wiesz o tym? - popatrzył na męża czule, gdy ten powiedział, że to dla niego oczywiste, że przyjechał tu za nim i że nie chce już oddzielnego życia,. Sal również nie chciał wracać do czasów, kiedy musieli ukrywać swoją relację, zdecydowanie bardziej wolał gdy szmatławce pisały o "niesamowitej relacji dwóch światowej sławy pływaków" czy "ślubie jak z bajki", niż o tym, jak to rzekomo się nienawidzili. Albo gdy pokazywali na okładce zestawienie, z jednej strony zdeprawowanego, nie do końca ubranego Salazara w klubach gejowskich, a z drugiej idącego za rękę z ówczesną dziewczyną Sergio. Brrr. Uśmiechnął się pod nosem i na moment oparł czoło o jego ramię, po czym podniósł wzrok na Ricziego i poruszył lekko głową, jakby na niego wskazując. - No, dobra, ty jesteś drugim najlepszym, co mnie spotkało w życiu, mały gnojku.
Ricardo Martinez Sergio Martinez
-
No, no te puedo olvidar. No, no te puedo borrar. Tú me enseñaste a querer. Me enseñaste a bailar.nieobecnośćniewątki 18+niezaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Ciekawe ciekawe, też byłem zdziwiony, mama to mówiła, że ona jest zdziwiona, że Carmen trafiła do urzedu a nie pod latarnie, ale to dlatego, że ona nigdy jej nie lubiła. Kiedyś przecież nas goniła przez pół miasta z klapkiem - przypomina sobie ze śmiechem krótkim, jak mama ich przyłapała jak się obściskiwali pod sklepem i biegła tak na prawdę tylko za nim, ale zakochana Carmen nie chciała puszczać jego ręki i tak biegli i tylko za plecami słyszeli wyzwiska. Mamasita też po prostu tak zareagowała, bo Carmen była pierwszą dziewczyną Ricziego i do tego miała wielkie cycki, które jej urosły po drugim miesiącu ich spotykania się (Riczi to jednak ma szczęście w życiu), więc bardzo się denerowała już od początku, że pewnie Riczi zajdzie z nią w jakąś ciążę nastoletnią i całe jego życie nie będzie miało sensu. Często robiła wszystko, żeby tylko Ricz i Carmen nie zostawali sami w pokoju (żeby nie zdażyli się do siebie dobrać), ale wiadomo że nic nie mogła poradzić na buzujące hormony nastolatków i wiadomo że mieli raz, dwa i trzy jakiś wypadek. Dwa razy bezkonsekwencji, ale za trzecim trzeba było iść na zabieg.
Ech no stare dzieje. Jak Riczi ją spotkał teraz w urzędzie, to nie mógł przestawać się do niej uśmiechać, wszak była jego prawdziwą pierwszą miłościa.
- Ooona to kręci całym tym interesem, mówię wam. Gdyby nie to, że mnie rozpoznała, to jeszcze bym siedział w Portorico - pokiwał głową smutno na potwierdzenie.
Słucha następnie o sytuacji z Santiago i rękę przykłada do piersi i patrzy na Sala.
- Bardzo mi przykro papi - a jak to powiedział, to Sal się zrobił smutniejszy. Riczi trochę jednak wciąż jest przy tym temacie, że wujek Santiago upozorował swoją śmierć. Inspirujące. Jak widać, wszyscy wciąż go kochają... chyba że... - A jak zareagowaliście na te wieści? Pewnie musieliście być wkurwieni... to znaczy, nie tylko na to, że wuj Santiago jest chory... przecież nie wyglądał tak źle przed wypadkiem - chociaż może nie widział go Riczi dawno, bo pewnie pamięta go sprzed kilkunastu miesięcy sprzed wypadku. Spogląda po ojcach i uśmiecha się szeroko słuchając ich wymianę zdań. No właśnie dlatego chciał z Rosą być, bo on jej też takie rzeczy mógłby mówić. Co prawda częściej to się kłócą, ale w idealnym świecie właśnie mógłby jej mówić że ją docenia i że bez niej każdy dzień jest cięższy. Przykłada znów rękę do serca a potem wstaie i jednego i drugiego ściska, bo wiadomo, latynosi są bardziej fizyczni.
- Daddies, tak sie cieszę że tu jesteście. Oczywiście chujowy powód - siada spowrotm, pociąga nosem i łezkę z oka sobie ociera - Ale w końcu jesteśmy wszyscy w jednym mieście. No dobra, too kiedy się przeprowadzacie? I co z mieszkaniem w NO?