-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Isla nie mówiła o tym głośno, ale przez całą drogę zastanawiała się nad tym jak wygląda kolekcja maskotek Salvy i chciała go o nią jeszcze dopytać, ale przypomniała sobie w porę, że miała nie mówić o niej tacie, a skoro obiecała mężczyźnie, że nic nie powie, to nie zamierzała mówić. Chyba że niechcący coś palnie, bo brała też to pod uwagę, ale na pewno nie zamierzała specjalnie wsypać Salvadora, bo wydawał się fajny, a nie chciała, żeby tata śmiał się z niego, że ma maskotki. Bo przecież był duży i nie powinien mieć maskotek, prawda?
Gdy przyjechali już do domu Saula Isla łaskawie pozwoliła tacie zanieść swojego misia do środka, ale tylko dlatego, że uznała, że miś jest na tyle duży, że będzie jej zasłaniał drogę, a nie chciała się potknąć na schodkach.
- Bendem mogła wybrać sobie meble? - popatrzyła na Saula z nadzieją, a po chwili na jej twarzyczce pojawił się szeroki, szczery uśmiech. Przyskoczyła do niego i przytuliła się, podskakując. - Tak, chcę! Kupimy też dywan? Ciałabym mnieć dywan. - zadarła główkę w górę, patrząc na tatę z uśmiechem i błyszczącymi oczkami.
Salva z kolei przyjrzał się im z uśmiechem, opierając się ramieniem o futrynę w drzwiach prowadzących do pokoiku małej.
- Pójdę zrobić herbatę, o ile nie obrazisz się, że rozporządzam się w twojej kuchni - uśmiechnął się ciepło do ukochanego i faktycznie zniknął w kuchni, żeby zrobić dzbanek gorącej herbaty. Przy okazji też chciał dać Saulowi moment z małą sam na sam, uznając, że może będą tego potrzebować.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Pomóc ci się rozpakować, czy wolisz sama to zrobić? - zapytał w końcu. Mała pokręciła głową i zabrała się za wyjmowanie rzeczy z torby.
- Jestem już duża, umiem się rozpakować - oświadczyła stanowczo i zaczęła nosić swoje ubrania do szafki, w której zwykle trzymała rzeczy, kiedy przyjeżdżała do Saula na tych kilka dni. Póki co, wszystko się pomieściło ale na klocki Lego już miejsca nie starczyło. Isla rozejrzała się, gdzie mogłaby je położyć, ale nie miała żadnego dobrego pomysłu.
- A może damy je tam, na podłogę w rogu pod oknem? - zaproponował Saul, który rzeczywiście nie pomagał w rozpakowywaniu, skoro Isla tego nie chciała. Obserwował ją tylko i patrzył, jak upycha ubrania w szafce. Musiał przyznać, że faktycznie umiała się rozpakować, bo nie wepchnęła ubrań kolanem, tylko ładnie je poukładała, uważając, żeby się nie pogniotły.
Dziewczynka popatrzyła na wskazane przez niego miejsce na klocki, zastanowiła się i w końcu kiwnęła głową.
- Ale muszem mieć jakieś miejsce na nie, to jest tylko na teraz - powiedziała.
- Pewnie, kupimy coś również na klocki i inne twoje zabawki. W końcu one nie są jedyne, prawda?
- Prawda - mała kiwnęła głową i spojrzała na ojca, zastanawiając się nad czymś. Ostatecznie jednak chyba podjęła decyzję, o czymkolwiek myślała i wpakowała mu się na kolana, wtulając się w niego. Saul objął ją ramionami i przyjrzał się, mając wrażenie, że nagle posmutniała.
- Cos się stało? - zapytał z troską.
- Boję się o mamę - wymamrotała cicho - I już za nią tęsknię.
Saul westchnął ciężko i pogłaskał ją po plecach, zaczynając lekko kołysać.
- Rozumiem - powiedział smutno - Ale będziemy ją odwiedzać. No i mam nadzieję, że będzie ci u nas dobrze. Teraz masz dwie głowy do czytania, dwie do wyciągania z nich łakoci czy zabawek, dwie do chodzenia z tobą na spacery... Obaj się postaramy, żebyś miała tu jak najlepiej, wiesz?
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Będziemy? - upewnia się jeszcze, słysząc słowa o tym, że będą odwiedzać mamę. Po chwili uśmiecha się nieco szerzej, pociera zwiniętą w pięść dłonią swój nosek, po czym patrzy w stronę drzwi, za którymi jakiś czas temu zniknął Salvador. - Czyli Sally też będzie się mną opiekował? - powierciła się chwilę na kolanach ojca, moszcząc się na nich wygodniej, po czym owinęła rączki wokół jego szyi i popatrzyła mu w oczy, nagle trochę poważniejsza. - On mówi, że cię kocha, wies? - zastanowiła się nad tym chwilę, znów spoglądając w stronę drzwi.
Chwilę wcześniej słychać było dźwięk wyłączającego się czajnika, czyli woda już się ugotowała i Salvador powinien wrócić lada chwila; póki co, nieświadomy rozmowy między nimi, dając im po prostu czas sam na sam, nie spieszył się przesadnie i zalewał wrzątkiem dzbanek z herbatą, do tego jeszcze dwa kubki z kawą (rozpuszczalną z mlekiem dla siebie i czarną, ale ze sporą dawką cukru dla Saula).
- Myślę, że to dobrze - oświadczyła po chwili, z mądrą miną i lekko zmarszczonym noskiem. - Mama też miała nowego chłopaka, ale on nie był fajny, bo ją oszukał i dlatego mama teraz poszła do więzienia. - wykrzywiła lekko usta, ewidentnie nie pałając zbyt wielką sympatią do rzeczonego mężczyzny, którego jak widać nie zamierzała nawet nazywać wujkiem. - On jej raczej nie kochał. A jeśli Sally cię kocha, to znaczy, że cię nie oszuka - pokiwała głową, jakby zgadzała się sama z tym, co mówiła. - i że będziecie mogli się mną opiekować razem.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Uśmiechnął się szeroko do swoich myśli, do wspomnień z wczorajszego wieczoru (który wydawał mu się teraz niesamowicie odległy w czasie, bo dużo się wydarzyło, a poza tym od dawna chciał być bliżej Salvy) i do myśli o tym, jak teraz może być pięknie. Tak, nadal bał się tego, że coś im nie wyjdzie, że on coś spieprzy i Menendez będzie miał go dość, że może to lub tamto mu nie odpowiada, a mężczyzna nic nie mówi, bo... bo nie. Ale Saul miał jednak nadzieję, że może to są tylko jego głupie lęki i w rzeczywistości wszystko im się jakoś ułoży.
Po chwili jego uśmiech jeszcze bardziej się poszerzył, kiedy dziewczynka objęła go za szyję i oświadczyła, że Salva mówił, że go kocha. Serce Saula zabiło szybciej, a jego oddech nieco przyspieszył z radości i czułości. Pogłaskał córkę po głowie, kiedy ta z mądrą miną mówiła o tym, jak to dobrze, że Meksykanin mówi takie rzeczy, bo partner jej matki nie był dobry dla mamy.
- Tak, też myślę, że skoro mnie kocha, to nie oszuka. Ja jego też kocham, wiesz? I też nie zamierzam go oszukiwać, za to chciałbym, żebyście się zaprzyjaźnili i żebyśmy opiekowali się tobą we dwóch, żebyś nam obu na to pozwoliła.
Odgarnął jej kosmyk włosków z czoła i przytulił ją czule.
- Zobaczymy, co on tam robi w tej kuchni? - zaproponował po chwili - Czuję kawę. Może dla ciebie zrobił na przykład gorąca czekoladę?
Oczy małej zaświeciły się radośnie, kiedy usłyszała o czekoladzie, a ciało wyprężyło się jak struna. Moment później była już w kuchni, wbiegłszy tam z tupotem i wpadła w nogi Salvadora.
- Zrobiłeś mi cekoladem? - zapytała głośno, obejmując go w pasie i patrząc w górę z nadzieją - Tata mówi, że może tak!
Saul pojawił się w drzwiach kuchni chwilę później, opierając się ramieniem o futrynę i przyglądając tej scence z czułością. Rozpływał się na widok tego, jaki kontakt Isla złapała z Menendezem.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W pewnym momencie doleciało do niego coś o gorącej czekoladzie, więc skarcił się w myślach za to, ze sam na to nie wpadł, wstawił wodę w czajniku jeszcze raz i szybko nasypał czekolady do pękatego kubka, tuż przed tym, jak Isla wpadła biegiem do kuchni i... przytuliła się do niego. Zamarł w pierwszym momencie, zaskoczony i popatrzył na dziewczynkę z góry, po czym zerknął na uśmiechniętego Saula w progu.
- Zabrakło wody, bo wybrałem dla ciebie duży kubek - wskazał stuknięciem palca w wielki kubas, w którym sam Salva często lubił pić herbatę lub kawę, gdy akurat był u Saula. - więc wstawiłem czajnik jeszcze raz i jak tylko woda się zagotuje, to będziesz miała swoją czekoladę. - uśmiechnął się do dziewczynki i pogłaskał ją po głowie, nieco niepewnie, ale z mocniej galopującym sercem. Cieszył się, że Isla najwyraźniej go polubiła, bo on też zapałał do niej miłością od pierwszego wejrzenia i chciał, żeby im się układało, żeby on i Saul byli szczęśliwi i żeby mogli zajmować się wspólnie małą. Żeby byli szczęśliwą rodziną, po prostu. Znów przeniósł wzrok na Saula i uśmiechnął się do niego szeroko, z błyskiem w swoich ciemnych ślepiach.
- Rozpakowaliście już rzeczy?
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Meksykaninowi jednak nie miał jeszcze odwagi tego powiedzieć i trochę tez się obawiał, że jest za wcześnie na podobne wyznania wobec siebie. Po tym, jak usłyszał od Isli, że Menendez jej wyznał miłość do niego, pomyślał, że taki moment kiedyś nastąpi, stał się on bardziej realny - ale jeszcze chwilkę. Jeszcze moment, zanim Devlin uwierzy, że może naprawdę być pokochany.
Teraz jednak, kiedy przyszedł za małą do kuchni, on również czuł się znacznie lżejszy, szczęśliwszy, kiedy miał tę świadomość, co chłopak powiedział Isli; Saul czuł się, jakby mógł latać. Zakaszlał kilka razy, patrząc na nich i zakrywając usta dłonią, ale - jak zwykle - zignorował to. Ot: kaszel się zdarzał, nic nadzwyczajnego. Uśmiechał się szeroko widząc, jak dziewczynka zachowuje się w stosunku do Meksykanina: najwyraźniej go polubiła, co bardzo ucieszyło Devlina.
- Prawie - odpowiedział na jego pytanie - Jeszcze trochę zostało, ale tak czy inaczej musimy pojechać po jakieś meble do pokoju Isli, żeby miała gdzie trzymać swój dobytek. Zaproponowałem jutro, ale właściwie moglibyśmy nawet dzisiaj, jeśli nie masz nic przeciw temu...
Oboje z małą popatrzyli na Salvę w ten sam wyczekujący sposób, robiąc wielkie oczy i czekając w napięciu na jego werdykt. Isla wstrzymała oddech, wlepiając w niego swoje wielkie, niebieskie - jak u ojca - oczy.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Menendez zmarszczył lekko brwi, słysząc już po raz kolejny ten kaszel i popatrzył na przyjaciela nieco niepewnie, ale z troską.
- Nie podoba mi się jak kaszlesz - oświadczył stanowczo, gładząc dziewczynkę po włosach. - Jesteś przeziębiony? Może coś złapałeś? Powinieneś umówić się na jakąś wizytę do lekarza - wycelował w niego palec wskazujący, niemal oskarżycielsko, po czym sięgnął po czajnik, który pstryknął cicho, sygnalizując, że woda się już zagotowała. Nalał wody do trzech kubków, uważając przy tym, żeby przypadkiem nie zachlapać tulącej się do jego nóg Isli i gdy napoje były już gotowe obrócił się bardziej przodem do Saula, opierając biodra o szafkę i spoglądając to na jedno, to na drugi.
- I co, mam wam odmówić, gdy oboje robicie oczka Kota ze Shreka? - pokręcił głową, przyznając się tym samym do porażki i uśmiechnął się do dziewczynki, a potem ten sam, ciepły uśmiech posyłając też Saulowi. - Dobrze, możemy pojechać na zakupy dzisiaj, ale najpierw wypijemy kakao i kawę, si? - uniósł brew do góry, patrząc na oboje niby to stanowczo, ale z błyskiem w oczach, który świadczył o tym, że pomysł mu się podoba i teraz tylko udaje takiego stanowczego, a tak naprawdę został już kupiony tymi słodkimi, niebieskimi oczkami Devlinów.
- A w ogóle, to lekcje masz odrobione? - znów przeniósł spojrzenie na Islę, wciąż głaszcząc ją po włosach; nagle go olśniło, że dzieci w tym wieku już mają pewnie zadawane jakieś prace domowe i jeśli wybędą z domu na jakieś zakupy, zwłaszcza meblowe i zwłaszcza w towarzystwie dziecka, które będzie ich ciągało po wszystkich alejkach i zatrzymywało się pod każdym meblem z osobna, to wrócą raczej dopiero pod wieczór, a jednak lepiej, żeby lekcje były odrobione wcześniej, niż żeby młoda siedziała przy nich po nocy.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- Nic mi nie jest - odpowiedział, choć to nie była do końca prawda. Miewał coraz częstsze problemy żołądkowe, a kilka razy miał wrażenie, że jego skóra jest nieco za ciepła. Nie mierzył jednak temperatury uznając, że skoro nie czuje się umierający, to nic mu nie jest. Okresowe osłabienie zwalał raczej na zmęczenie pracą albo na prochy, które brał (choć teraz miał mocne postanowienie ograniczenia zażywania, skoro miał małą pod opieką - był tylko ciekaw, na ile mu się to uda. Nie ufał sobie w tej kwestii) - Tak, najpierw wypijemy kawę i czekoladę.
Kiedy Isla usłyszała, że po meble pojadą dzisiaj, zaczęła podskakiwać i popiskiwać radośnie.
- Mam - odpowiedziała na pytanie Salvadora - Nie byłam dziś w szkole, a na dziś odrobiłam lekcje. A na jutro nie muszem, bo mnie dziś nie było. Nikt mnie nie zabije, jak raz nie bendem nic miała.
Wzruszyła ramionami, robiąc minę niewiniątka. Saul miał ochotę protestować i nakazać jej zadzwonienie do kogoś z klasy, żeby dowiedziała się, co było dziś zadane, ale po chwili zrezygnował z tego pomysłu.
- Dobrze, myślę, że dzisiaj możemy ci odpuścić - zerknął niepewnie na Salvę, nie wiedząc, czy ten podzieli jego zdanie - ale od jutra wracasz do szkoły i będziesz grzecznie odrabiać wszystkie lekcje, tak?
Isla przyjrzała mu się, zastanawiając się nad tą propozycją, wydymając usta i marszcząc brwi. Wyglądała, jakby rozważała za i przeciw ewentualnego walczenia o to, żeby nie iść jutro do szkoły.
- Jeśli kupicie mi najładniejsy dywan w sklepie - odpowiedziała w końcu - Taki z Krainą Lodu. Albo ze Zwierzogrodem. Albo taki, żeby były na nim ulice i żebym mogła po nim jeździć samochodzikami. Albo jeden taki i jeden taki, o.
Saul parsknął śmiechem i pogładził małą po włosach.
- Widzę, że umiesz się targować. Zobaczymy, co będzie w sklepie i w jakich cenach, bo musisz pamiętać, że twoi tatusiowie nie są milionerami, wiesz? Nie możemy wydać wszystkich naszych pieniędzy.
Salvador Menendez
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkimieszanetyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nic ci nie jest i kaszlesz sobie rekreacyjnie? - popatrzył na niego ostrzegawczo, ale zaraz uznał, że może przesadza i faktycznie Saulowi nic nie jest, a on się niepotrzebnie czepia. - No dobrze, już dobrze - podszedł do niego i zanim Saul zdążył się na niego oburzyć objął go w pasie, przyciągając do siebie i całując czule w czoło. Isla, podskoczyła lekko, patrząc na nich z zachwytem, a potem przyskoczyła do nich obu i przytuliła się do ich nóg.
Salva pogłaskał dziewczynkę po włosach, jednocześnie wciąż obejmując Devlina i z rozczuleniem obserwował ich dyskusję na temat pójścia do szkoły i kupna dywanu z Krainą Lodu; również stwierdził w myślach, że młoda ma zdolności negocjacyjne i poradziłaby sobie nawet w trudnych warunkach meksykańskich ulic, ale tego wolał nie mówić na głos. Czasem jednak wiedział kiedy się zamknąć i czego lepiej nie mówić głośno. I przy kim. Prawdopodobnie przy samym Saulu mógłby rzucić takim tekstem, zwłaszcza że zwykle mieli jednak zbliżone poczucie humoru, wolał jednak nie mówić takich rzeczy przy małej dziewczynce.
W pewnym momencie Salvador popatrzył na Devlina zaskoczony, słysząc słowa "twoi tatusiowie", a potem przeniósł spojrzenie na dziewczynkę, ciekaw, czy jej będzie odpowiadało to, że właśnie awansował na jej tatusia. Nie wiedział jak się z tym poczuł, ale sam wyglądał na jednocześnie wystraszonego - głównie jej reakcji - i przeszczęśliwego. Jego palce na biodrze Saula zacisnęły się odruchowo mocniej.
- Dobra, bierzcie kubki, chodźmy coś obejrzeć, a potem jedziemy na te zakupy - rzucił w końcu, trochę zawstydzony.
Saul Devlin
-
Zalękniony, niepewny siebie mały ćpun
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiOn/onotyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
- A jak mam do ciebie mówić? - zapytała, wpatrując się w Meksykanina i zadzierając główkę do góry - Mogę Sally? A do ciebie też po imieniu?
Saul zastanowił się nad tym, robiąc teraz podobną minę, jak ona przed chwilą, choć nie był tego świadomy. W tym momencie jednak było wyraźnie widać, że mała jest jego córką.
- Hm... no, dla odróżnienia, którego z nas akurat wołasz - możesz, chociaż wolałbym "tato" - odpowiedział w końcu ostrożnie - Ale tak, kiedy chcesz czegoś od któregoś z nas konkretnie, to możesz mówić po imieniu.
Starał się dobierać słowa tak, żeby nie było jasnej odpowiedzi, jak ma mówić do Salvy, bo wolał, żeby to on sam o tym zdecydował. Ucieszył się jednak, że ani on, ani młoda nie protestowali przeciw temu, żeby Menendez był drugim tatusiem - mocno mu ulżyło w tym momencie, bo obawiał sie,że któreś z nich może nie zaakceptować takiego stanu rzeczy; i kiedy już wypowiedział te słowa, pomyślał, że to źle, że to zrobił, bo lepiej było najpierw omówić to porządnie z Salvadorem. Co prawda chłopak mówił, że chciałby wychowywać małą z Saulem, ale być może nie aż do tego stopnia, żeby robić za jej ojca...? Zdecydowanie za szybko to wszystko poszło z jego strony w tym momencie, nie powinien aż tak wybiegać, nie powinien tego mówić. Dopiero wczoraj weszli w związek, a on tu już robił z Meksykanina ojca. Skarcił się za to i zamierzał później porozmawiać z nim, przeprosić, wytłumaczyć się... Bał się, że jeszcze dostanie od niego za to burę.
Isla jednak zdawała się nie zauważać obaw ojca, bo tylko chwyciła swój kubek i pomaszerowała do salonu, odsunęła zwały ciuchów, zalegające na kanapie i usadowiła się na jej środku, patrząc na obu mężczyzn i machając nogami.
- No? - ponagliła ich - Co oglądamy? Jakąś krótką bajkę, żeby zaraz jechać po meble i dywan?
Salvador Menendez