Przykro mi, Rin. Dorosłość wymaga poświęceń, a ty już dawno powinnaś się ustatkować — rzuciła przez telefon Evelyn tonem tak chłodnym, jakby rozmawiała z kimś obcym, nie z własną córką. Shereen wywróciła oczami, zerkając przez ramię na kuchenny wyświetlacz. Godzina połyskująca na sprzęcie wprawiła ją w lekki niepokój. Zbliżała się czwarta po południu. Była umówiona z przyjaciółką i zupełnie nieprzygotowana na jej przyjście. Z trudem rozmawiała z matką przez telefon, sugerując jej między wierszami, że nie miała ani chęci, ani czasu na pogaduszki. Wysłuchiwanie kazań na temat swojego wieku, odpowiedzialności, jaka nad nią zawisła po przepisaniu sali bankietowej, przyprawiało ją o złość. Pamiętała rok swojego urodzenia, matka nie musiała jej o tym notorycznie przypominać. Podobnie jak powtarzać, że była skrajnie nieodpowiedzialna. To również wiedziała. Jeszcze kilka miesięcy temu nie brała pod uwagę czegoś takiego jak przejęcie dobytku rodziców. Zaledwie w listopadzie lekarze postawili ojcu diagnozę — teraz, gdy marzec zbliżał się ku końcowi, Charles coraz bardziej opadał z sił. Przerażała ją nadmierna ilość obowiązków, a ślęczenie nad papierami w gabinecie, przytłaczała. Chciała cofnąć się do studenckich czasów, które niedawno za sobą zostawiła. Naprawdę odpowiadała jej rola wiecznego studenta, wyjścia z przyjaciółkami i poczucie, że nic jej nie ograniczało. Może poza matką wydzwaniającą czasem rano, czasem wieczorem, a czasem kilka razy dziennie. Evelyn nie miała zaufania do swojej córki, o czym przypominała jej za każdym razem, gdy tylko napataczała się ku temu okazja. Mieszkając poza Toronto, nie musiała obawiać się nagłego nalotu matki, ani wyrzygiwania pod tytułem: wszystkodlaciebiezrobiłam. A ty się nie odwdzięczasz. Znajome. Podczas rozmowy z matką, starała się ogarnąć w mieszkaniu i przy okazji nie zabić się o kabel od rozciągniętego odkurzacza. Włosy wybitnie ją denerwowały, bo ostatnią gumkę zapodziała gdzieś między umywalką a szafką łazienkową, a spinkę połamała, gdy zostawiła ją na kanapie i później przypadkiem na niej usiadła. Musiała więc je poprawiać i starać się trzymać rezon. Gdzieś między pierwszym a drugim słowem dało się usłyszeć brzdęk rury od odkurzacza i przesuniętego krzesła. Nie ukrywała, że była zabiegana — a Evelyn nie ukrywała, że szczerze nie była tym zainteresowana. Po rozmowie z matką Shereen odłożyła telefon na szklany stoliczek, klnąc soczyście niczym szewc podczas naprawy butów, bo smartfon zsunął się na podłogę. Złapała jeden wdech. Później drugi i pochyliła głowę, przykładając dłoń do twarzy w akcie desperacji. Naprawdę była zirytowana.
Udało jej się w końcu posprzątać, co było niemałym wyczynem. Jamie miała pojawić się mniej więcej za pół godziny, więc miała wystarczająco dużo czasu, żeby usiąść na kanapie w dresowych spodniach i zjeść cholernie kaloryczną przekąskę, jaką były chipsy. O smaku słodkiej papryki, bo te lubiła najbardziej. Drzwi zostawiła otwarte, więc Jamie mogła śmiało wejść do środka. Siedząc na kanapie i zajadając się cienkimi, wysuszonymi chipsami obsypanymi chemiczną przyprawą, zastanawiała się, od czego powinna zacząć. Miała naprawdę dużo do opowiedzenia panience Park i coś czuła, że świeżo zaparzona matcha latte na niewiele się tutaj zda. W dodatku będą musiały porozmawiać na temat nadchodzącego wesela tutejszego strażaka. Wraz z narzeczoną doszli do wniosku, że idealnym tortem weselnym byłby ten zbliżony kolorami do wozu strażackiego. Na stole weselnym miały się również znaleźć kolorowe makaroniki i najlepiej coś ładnego — tylko co do cholery ładnego? Będą musiały dogadać to z Jamie. Nawet jeśli Sher była właścicielką tego przybytku, to wciąż nie miała pojęcia o zarządzaniu. Uczyła się na szybko, zbyt intensywnie, bo następnego dnia niczego nie pamiętała, a ojciec załamywał nad nią ręce i ewidentnie zaczynał zastanawiać się nad tym, czy powierzenie koncernu mniej dojrzałemu dziecku było dobrym pomysłem. Na pewno było. Wierzyła, że wszystkiego się kiedyś nauczy.
Słysząc dźwięk otwieranych drzwi, oparła rękę o tył kanapy i odwróciła się w ich stronę, wychylając się zza oparcia. Najpierw przywitała Jamie ciepłym uśmiechem. Chwilę później podniosła się z miejsca, by podejść do Azjatki i przywitać ją w sposób należyty — czyli buziakiem w policzek i mocnym przytuleniem. Współpracowników ojciec miał wielu, podobnie jak przyjaciół, ale tylko z niektórymi Winfield miała naprawdę dobre relacje.
— Mam ci proponować coś do picia, czy możemy ominąć ten etap i po prostu sama sobie to ogarniesz? — zerknęła na nią wymownie, odsuwając się na tak zwaną bezpieczną odległość. Czyli na taką, dzięki której mogła przyjrzeć się z bliska twarzy Jamie i wyłapać malujące się na niej emocje. — Mamy trochę do nadrobienia. Ale to zaraz, najpierw złap oddech — dodała z uśmiechem, poklepując ciemnowłosą po ramieniu.
Jamie Park