ODPOWIEDZ
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Our Father, who art in heaven
A time to kill, and a time to heal; a time to break down, and a time to build up.

Carlos od zawsze szukał Boga. Jako dziecko, znacznie prościej było go znaleźć – na każdym kroku, w każdej uliczce Meksyku, kolorowych kwiatach i rozpalonych kadzidłach, w uśmiechu matki, która prowadziła go na niedzielną mszę. Od zawsze powtarzała mu, że wszyscy byli stworzeni na podobieństwo Pana, a jego oblicze kryje się w każdym sercu, nawet tym najbardziej zatwardziałym. Wierzył jej, bo Sofía kochała Boga, a on kochał ją i wszystko to, co darzyła szacunkiem. Dla małego chłopca świat jest prosty, ma jasno określone granice, nie wymaga ciężkich wyborów i wyrzeczeń. Świat to rodzice, przyjaciele, piłka kopana na boisku, pies merdający ogonem, płacz z powodu rozbitego kolana, słowa modlitwy wyśpiewywane w chórze.
Później, gdy umarł jego ojciec, było znacznie trudniej. Czerń i biel zlały się w niepokojącą szarość. Nie pozwalała spać, nie odpowiadała na żadne z pytań, jedynie tworzyła ich więcej, powodując głęboki dysonans. Przestrzeganie zasad przestało być proste, bo jak się okazało, światem wcale nie rządziły prawidła, które do głowy wpajała mu matka. Czy to oznaczało, że musiał się przystosować? Naciąć się na ostrych brzegach rzeczywistości i krwawić tak długo, aż nie zrozumie, że każda z dróg prowadzi na Golgotę? Skończyłby znacznie gorzej, gdyby nie miał przy sobie matki. Dzięki niej wciąż znajdował Boga i wierzył, że wszystko miało większy sens, a każdy upadek stanowi próbę, którą należało przejść. Im cięższy krzyż, tym słodsza nagroda; miał nadzieję, że jego matula dostała wszystkie skarby tego świata.
Sofía odeszła, tak jak w końcu odchodzi każdy. Carlos latami obserwował jak Meksyk zmienia się w brudny czyściec – miał stworzyć Raj, ale okazało się, że nawet w nim można czuć się jak w więzieniu. Ręka zawsze sięga po zakazany owoc, bo w naturze człowieka leży pożądanie. Zawsze może być więcej, bardziej, lepiej. Nie ważne jak głęboka jest twoja dusza, światem rządzi materia. By zbudować kościół, potrzeba pieniędzy. By uwierzyć, potrzeba cudów. By zrozumieć, potrzeba doświadczeń. Skoro zbawienie nigdy nie jest pewne, dlaczego nie wykorzystać doczesnego życia w pełni? Dlaczego Bóg miałby nie wybaczyć tym wszystkim, którzy po prostu czerpali przyjemność z istnienia, w pełni wykorzystując wolę, jaką im zaoferował? Przecież gdyby tylko ci cnotliwi i pokorni mieli zapewnione miejsce w niebie, okazałoby się, że ludzkość wcale nie była taka wolna. Wybierając marchewkę, otrzymają bat – samobiczując się, dostaną nagrodę. Czy będzie smakować tak samo słodko? Znał ludzi, którzy wykonywali znak krzyża, a później naciskali na spust. Chyba sam stał się takim człowiekiem. Modlił się o wybaczenie, ale wiedział, że to nie wystarczy. Liczył jednak, że kara będzie łagodniejsza, albo chociaż dostanie trochę więcej czasu – Boże, popatrz na Meksyk, przejdź się jego płonącymi ulicami i zrozum, że ludzie wykuci z ognia nie myślą o Piekle.
Carlos przyzwyczajony był do straty. Ludzie przychodzili i odchodzili, ale świat kręcił się dalej, a on parł na przód, bo taki był jego cel. Kiedy jednak odszedł Martin coś nieodwracalnie w nim pękło. Szukał w jego śmierci boskiej kary albo planu, starał się nadać wszystkiemu nowy sens, ale on nigdy nie nadszedł. I może po raz pierwszy zaczął wątpić, ale nie w istnienie siły wyższej, tylko w to, czy Bóg nadal wierzy w niego.

Nie przychodził do kościoła od tygodni. Kiedy więc pojawił się przed ołtarzem, maczając palce w wodzie święconej i wykonując znak krzyża, poczuł się jak marnotrawny syn. Czuł niewyjaśniony, głęboko zakorzeniony strach, który nie pozwalał mu znaleźć ukojenia. Jeśli świątynie nie będzie miejscem, w którym odetchnie choć na moment, prawdopodobnie został zgubiony już na zawsze. Co miał do stracenia? Dumę? Kogo obchodziło ego, gdy cała tożsamość pękała u podstaw. Jeśli Bóg go nie chciał, mógł zamknąć wejście do domu już dawno temu – tymczasem jego syn patrzył na Carlosa z ołtarza, z rękami rozpostartymi na krzyżu, zupełnie jakby chciał przygarnąć go do siebie. Byłby głupcem, gdyby odrzucił to zaproszenie i obrócił się na pięcie, wracając z powrotem w chłodną noc.
W kościele panowała cisza, przyjemny półmrok oświetlał blask świec, ale nie były podobne do tych, które zapalano dla Santa Muerte. To nie ten sam roztopiony wosk i nie ten sam płomień, który Salazar wytatuował sobie pod żebrami. Ukląkł w jednej z ław, kryjąc głowę w dłoniach. Palce zatopiły się w ciemnych włosach, drapiąc skórę głowy. Nie był pewien co powinien mówić i czy jakakolwiek modlitwa zostałaby wysłuchana. Czuł żal i gniew, czuł się opuszczony i oszukany, ale doskonale wiedział, że to przecież nie Bóg pociągnął za spust broni, która wypaliła do Martina Laytona. Miał mu za złe jedynie to, że wybrał właśnie jego, a nie Carlosa. Przecież to on powinien wykrwawiać się na bruku, nie miał nic do stracenia. To o n powinien zostać sądzony za lata bezwstydnego życia w grzechu i każdy moment zwątpienia. To ON popełniał świętokradztwo, pojawiając się w tym miejscu, jakby wciąż mógł otrzymać jakąkolwiek pokutę.
Opuścił dłoń zaciśniętą w pięść, zbyt wściekle i gwałtownie, by obeszło się to bez echa. Ciało uderzyło w deski ławy, a ich jęk zaburzył świętą ciszę.


marcella rinaldi
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
29 y/o
For good luck!
175 cm
dziennikarka / freelancerka
Awatar użytkownika
when I'm down on my knees, you're how I pray.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

due


Wnętrze kościoła było chłodne – zwłaszcza nocą, gdy ogrzewanie nie działało. Ktokolwiek sprawował pieczę nad budynkiem, zdawał się nie dbać o komfort wiernych przychodzących do Domu Ojca po zmroku, chociaż wrota zostawiał otwarte. W odczuciu Rinaldi miejsce to było zimne również ze względu na wystrój. Północnoamerykańska skromność była odwrotnością tego, w czym dorastała. Surowość pustych ścian, choć w teorii bliższa ideom głoszonym przez Jezusa, wzbudzała we Włoszce dyskomfort. Brakowało jej duszących kadzideł, dziesiątek pozłacanych elementów, okazałych żyrandoli i starych fresków, w które mogła wlepić wzrok podczas nużącego kazania. W tej świątyni nie było niczego, co zdołałoby wybawić ją od własnych myśli.

A jednak wciąż nie potrafiła zmusić się do spojrzenia na ukrzyżowanego Chrystusa. Do Toronto przyjechała ledwie kilka nocy temu, lecz każda z nich kończyła się identycznie. Bezsenność wywołana kołataniną wrogich myśli, kościół, powrót do mieszkania, dopiero gdy palce skostnieją.

Wchodziła jak do siebie. Odważnie stukała obcasami, jakby w celu uzyskania pełnej intymności chciała przegonić nawet najlepiej ukrytą mysz. Ostentacyjnie omijała naczynie z wodą święconą – choćby kapłan odnawiał obrzęd święcenia każdego dnia, brudne palce grzeszników zdołałyby ją zbrukać, nim Marcella zwlokłaby się z łóżka.

Pod ołtarz podeszła tylko raz; chciała dobrze przyjrzeć się umęczonej twarzy, lekko liliowej skórze konającego. Nigdy nie siadała w ławie naprzeciw Boga – w końcu nie odwiedzała jego domu dla modlitwy i próśb. Konfesjonał, do którego światło praktycznie nie docierało, okazał się jej stałym punktem. Co jakiś czas, jakby się zapominając, zerkała w bok, by następnie, jak porażona widokiem i wzrokiem Pana, znów powrócić do niewielkiej czcionki w Biblii.

Kolana dokuczały jej mocniej niż wtedy, gdy matka w ramach kary za nieposłuszeństwo nakazywała jej odmawiać różaniec z ziarnami grochu wbijającymi się w rzepkę. Od tamtego czasu wiele się zmieniło, jednak kojarzenie pokuty duchowej z fizyczną dolegliwością pozostało bez zmian.

Smukłe palce sunęły po czarnym druku. Stan szeleszczących kartek świętej księgi wskazywał na częstotliwość i intensywność jej użytkowania – kilka sklejonych kawą stron, lekkie podarcia czy świecący film pozostawiony przez krem do rąk. Brunetka zaglądała do niej kilka, czasami kilkanaście razy dziennie, nigdy jednak nie zdecydowała się na zapoznanie się z pełną treścią. Ograniczała się do tych samych wersów, które zaznaczył jej były kochanek. Była jak mrówka, która nie umiała wyjść poza atrament jego wiecznego pióra. Uwięził ją w nie tak licznych wersetach między Księgą Rodzaju a Apokalipsą Świętego Jana. Jakie szanse na ucieczkę miała ona, zwyczajna kobieta, jeśli nawet Boży Syn nie był w stanie zmienić swego przeznaczenia?

Ciężkie, najpewniej należące do mężczyzny, kroki przerwały conocne rozważania brunetki. Na krótki moment wstrzymała oddech, jakby świst wydychanego powietrza mógł zdradzić jej obecność. Nie chciała, by ją zauważył. Nie chciała, by się rozsiadł. Chciała być sama. Potrzebowała być sama. Świątynia była za mała, aby pomieścić w sobie jeszcze jedną, choćby najlżejszą duszę. Ciekawość jednak leżała w naturze Rinaldi. Zanim wychyliła się z miejsca dla wyznających grzechy, raz jeszcze skupiła się na leżącej przed sobą lekturze.


Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę.


Słowa Listu do Hebrajczyków raziły jej oczy jak neon. W kontekście nagłej wizyty innej owieczki i niemal dziecięcej irytacji Marcelli ów cytat zdawał się kiepskim żartem. Wyjrzała zza drewnianej przesłony zapewniającej złudne poczucie prywatności. Mężczyzna zajął już miejsce w jednej z ławek i nic nie zapowiadało, by wkrótce miał opuścić kościół. Marcella natomiast podniosła się z kolan, wciąż usiłując zachowywać się jak najciszej. Wydawało jej się, iż dalej nie był świadomy jej towarzystwa – a w tym przekonaniu utwierdził ją jego następny ruch. Uderzenie było tak gwałtowne, że Rinaldi na chwilę wstrzymała swe zamiary, pozostając w bezruchu.

Pozwoliła, żeby echo ustało i ruszyła naprzód – w dalszym ciągu ostrożnie i bez zbędnych odgłosów. Zawahała się, gdy jej bliższe położenie odsłoniło profil mężczyzny. Odchrząknęła, niezręcznie przekładając Pismo Święte z jednej dłoni do drugiej.

Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę — wymamrotała, siadając na skraju ławy. Nie była pewna czy chciała w ten sposób wytłumaczyć naruszenie jego przestrzeni, czy musiała sobie samej przypomnieć, że w tym miejscu każdy był mile widziany.

Odważyła się na podniesienie spojrzenia. Rzeźba wydawała się bardziej udręczona niż wtedy, gdy Marcella oglądała ją po raz pierwszy. Jezus wisiał podwieszony pod sufitem, a kobieta nie mogła uwierzyć w to, jak jego twarz przypominała oblicze jej zmarłego brata. Właśnie tak wyobrażała sobie jego ostatnie momenty, gdy lata wcześniej nie potrafiła połączyć w spójną całość leżącej na podłodze liny i sinego śladu, wystającego spod kołnierza białej koszuli, w której miał spędzić całą wieczność. Niewiele się myliła – co prawda zamiast krzyża był sznur, ale powód był ten sam. Śmierć za cudze winy. Za grzechy niemoralnych duchownych, za grzechy rodziców. Za grzechy Marcelli.

Wziąwszy głęboki wdech, skupiła wzrok na wygiętych rogach okładki księgi, która spoczęła na jej kolanach. Spotkała w końcu to znajome uczucie, które zapewniały jej złocenia, wonne kadzidła i dziesiątki par oczu, spoglądających na nią z obrazów. Ta przygniatająca obecność człowieka, który przynajmniej z pozoru ciągnął za sobą długi ogon własnych demonów. Przyjrzała mu się krótko – w ciepłym świetle świec każdy wyglądał miękko.


Nie wiem, dlaczego się dosiadłam, przepraszam.
Wybacz, pójdę już.
Pan jest blisko wszystkich, którzy go wzywają.


W głowie Rinaldi potencjalne wypowiedzi kiełkowały jedna po drugiej, jednak długo nie mogła zdecydować się na jedną. Wszystkie wydawały się nieodpowiednie, a mijające sekundy potęgowały niezręczność milczenia.

Wszystko w porządku? — w jej głosie wybrzmiewała nuta szczerego zainteresowania.



Carlos Salazar
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marcella
45 y/o
For good luck!
185 cm
Przemytnik, właściciel The Painted Lady The Painted Lady
Awatar użytkownika
God save us everyone, will we burn inside the fires of a thousand suns?
For the sins of our hand, the sins of our tongue, the sins of our father, the sins of our young.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nagły wybuch gniewu był niepoprawny. Jeśli jednak nie pozwoli, by złość znalazła ujście, zakorzeni się w nim głęboko. Tak wyrasta grzech – w pęknięciach duszy, naruszonych szczelinach umysłu, potknięciach serca. Kiełkuje szybciej niż powinien, a zanim człowiek wyrwie chwast, zdąży on już rozbić podłoże i przygotować je pod kolejne fale nieurodzaju. Gniew, który nie ucieka, w końcu imploduje. Wolał krzyczeć i przeklinać świat aniżeli pozwolić smutkowi przykuć się do łóżka. Nie był kimś, kto potrafił płakać, by poradzić sobie z emocjami. Jego ojciec nigdy nie uronił łzy, z pewnością zrozumiałby więc wściekłość Carlosa. Czy Bóg też mógł zrozumieć? Miał ochotę podjeść do ołtarza, chwycić za rozpostarte ramiona Chrystusa i potrząsnąć nim jak jakiś szaleniec. Jego twarz – oczy wzniesione ku niebu, usta wykrzywione w bólu, skroń obleczona w cierniową koronę – wydawała się tak spokojna. Dlaczego nie był z ł y? Dlaczego przyjmował cierpienie z taką godnością, choć nie było w nim nic szlachetnego? Dlaczego pozwalał Carlosowi myśleć o nim w ten sposób? Nie zadawał pytań i nie odpowiadał na nie. Ta cisza doprowadzała Salzara do szału. To zawsze był tylko monolog, który zamieniał się w żałosny skowyt.
Gdyby była tu jego matka, skarciłaby go wymownym spojrzeniem i wetknęła w dłoń różaniec. Kazałaby się modlić, we wszystkich językach świata, tak długo aż nie zaleje go fala spokoju. W młodości robił to bardzo często, nosząc w kieszeni sznur paciorków, jakby był jego osobistym amuletem. Z czasem jednak palce stały się śliskie od krwi, a pacierz wymykał się z uścisku. Drewniane koraliki zabarwiły się na brudną czerwień; każde spojrzenie na sznur przypominało o grzechu. Wciąż nosił jednak krzyżyk z tamtego różańca na szyi, choć zazwyczaj pozostawał ukryty pod warstwami ubrań. Nie osłonił Carlosa przed żadną z kul, zamknął więcej drzwi niż otworzył, czasami palił skórę nieznośnie, przypominając o łamanych przykazaniach, a mimo to nie mógł się go pozbyć, jakby dawno wrósł w ciało. Chyba po prostu chodziło o to, że był tym fragmentem jego życia, który dawno pozostawił za sobą, w Meksyku, zakopując go wraz z trumną matki. Nie chciał zapominać skąd pochodził i kim był, jeszcze nie.

Nie zareagował na obecność kobiety. Nawet wtedy, gdy zacytowała Pismo Święte i usiadła na skraju ławki, jakby nie do końca była przekonana czy powinna zajmować tę przestrzeń. W słowach, które wybrzmiały i ucichły, była jednak prawda, której nie mógł zaprzeczyć. Nie powinien zapominać o gościnności, tym bardziej w tym miejscu. Żadne spotkanie nie tylko przypadkowym zdarzeniem; wszystkie twarze niosą ze sobą historię, naukę, a czasami i zgubę. Nie zamierzał więc odesłać nieznajomej w inne miejsce, ale równocześnie nie przeprosił za swój wybuch – trwał, z twarzą skrytą w dłoniach, jakby był kolejną kościelną rzeźbą przedstawiającą skruszonego człowieka. W ciepłym świetle świec faktycznie wyglądał miękko, niemal żałośnie, gdy zaciskał palce na kręconych włosach. Zapewne właśnie to wrażenie popchnęło kobietę do otwarcia ust po raz kolejny i zadania tego jednego, jakże niepoprawnego pytania – wszystko w porządku? Oczywiście, że nie, ludzie z natury nie czują się w porządku. Porządek to ład, spokój i przyjęta kolejność, to stałość – człowiek natomiast stworzony jest z chaosu i sprzeczności, choć nieustannie walczy, by utrzymać własne popędy w ryzach.
Oczywiście, przecież chroni nas Bóg. — Odsunął dłonie od twarzy i uniósł spojrzenie, światło pogłębiło cienie zbierające się pod zaszklonymi oczami. Wrażenie miękkości zniknęło całkowicie – był twardy i chłodny, podobnie jak jego słowa. Nie wyznawał wiary. Wylewał gorycz, a cyniczny uśmiech, który zatańczył na twarzy, przypominał uśmiech dziecka, które złapało rodzica na kłamstwie. Był tworem Boga, kolejnym pokoleniem Adama, nic dziwnego więc, że buntował się przeciwko Ojcu i jego zasadom. Wypominał każdy błąd i wbijał szpilkę głęboko, tak by zabolało – w końcu wróci, z podkulonym ogonem, przepraszając za swoją niepokorność. Kiedyś, nie tym razem, nie tamtego wieczoru. — Nie wodzi nas na pokuszenie. — Obrócił głowę, przyglądając się kobiecie uważniej. Wydawała się szczerze zainteresowana dobrostanem Carlosa. Pismo Święte, które trzymała blisko, wyglądało na wysłużone. Musiała być mocno wierząca, skoro cytowała słowa listu do Hebrajczyków, jeszcze zanim z jej ust padło cokolwiek innego. — I zbawia nas ode złego. Amen. — Kolejna dawka goryczy, po której nastąpiła nieprzyjemna cisza. Powietrze było ciężkie, ale bynajmniej nie chodziło o kadzidlany dym, który unosił się przy ołtarzu. Poczuł się jak bluźnierca, tym bardziej, że osoba siedząca na krańcu tej samej ławki wydawała się dużo bardziej pasująca do miejsca jakim był dom Boga. Prawdopodobnie Salzar nie powinien nawet przekraczać jego progu, a zamiast wypluwać żal w stronę krzyża, mógłby wrócić do domu i odpalić czarną świecę dla Santa Muerte. Czekać aż przyjdzie zemsta, chwila złudnego odkupienia, a później sąd nad zmęczoną duszą. Którą wersję pochwaliłby Martin i czy miało to jakiekolwiek znaczenie, skoro przecież był martwy? — Mogę cię zostawić jeśli chcesz pomodlić się w spokoju — zaproponował, starając się zabrzmieć łagodniej, jakby zrozumiał niepoprawność wcześniejszych stwierdzeń. Nie ruszył się jednak z miejsca, czekając na jej znak. Nie wiedział, którą odpowiedź chciałby usłyszeć bardziej.


marcella rinaldi
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”