Piekło dla ciebie przejdę jeśli będzie trzeba.
Gdzieś głęboko, w jej podświadomości, wiedziała to. Ale była to ta wiedza, której nie chciało się do siebie dopuścić. Prawda, którą się negowało. Taka, która miała solidny fundament, nie do podkopania, a którą ze wszystkich sił chciało się odsunąć jak najdalej. Nie dlatego, że była niewygodna czy uwierała ją świadomość, że Damon mógłby – i w zasadzie: był – tak bardzo za nią, że przeszedłby absolutnie wszystko, włącznie ze wspomnianym piekłem, ale dlatego, że bała się konsekwencji tego, jak miała na niego działać.
Nigdy nie chciała, aby ktokolwiek czymkolwiek dla niej ryzykował; nigdy nawet takiego scenariusza nie rozważała – w końcu niemal od samego początku nauczona była, że zdana była na siebie i jedynie na siebie. A teraz, kiedy w pamięci miała ten mrożący krew w żyłach widok; tę jego namacalną słabość, obawiała się, gdzie to może zaprowadzić.
Mogłaby go stracić i to tylko i wyłącznie przez samą siebie.
Czuwała przy nim przez niemal cały lot, choć raz przejmując jego rolę od niego samego. Niepoproszona, niepytana.
Świadomie odsuwając sen, który mógłby przynieść tylko brutalne wspomnienie rzeczywistości. Powrotu myślami do faktów, do tego co się stało, a czego jeszcze nie była w stanie przeprocesować.
Miejsce na to znalazła dopiero, gdy została sama, za drziwami łazienkowymi.
Nie słyszała pukania, nie słyszała nawet jego słów.
Szum wody był zbyt głośny, zbyt wszechobecny, wypełniał jej uszy i głowę, zagłuszając wszystko inne. Choć nawet gdyby usłyszała, to i tak nie byłaby w stanie zareagować. Była zamknięta gdzieś w środku siebie, w tym jednym punkcie, w którym wszystko się rozpadło i nie potrafiło już wrócić na swoje miejsce.
Nie zareagowała więc też na moment, w którym drzwi się otworzył, a do pomieszczenia wszedł on.
Zdała sobie sprawę z jego obecności, dopiero gdy wszedł w jej przestrzeń. Gdy drzwi kabiny rozchyliły się, wpuszczając chłodny podmuch, który zderzył się z parnym, gorącym powietrzem. Nie podniosła głowy, świadomie ignorując jego obecność. Ba, napięła się jeszcze bardziej w reakcji na to, że po prostu tu był. Blisko niej. Choć tym razem nie z poczucia zagrożenia, a wstydu.
Czuła się brudna. Zużyta. Pozbawiona jakiejkolwiek wartości.
I bała się, że spojrzy na nią w ten sam sposób.
Zesztywniała jeszcze bardziej, kiedy to on przyciągnął ją do siebie. Jeden gest, który wlał do jej umysłu tak wiele myśli, skrajnie pomieszanych. Jak choćby ta, że nie powinien jej nawet dotknąć – nie dlatego, że ona tego nie chciała – a przez to, że przecież była brudna. I ta druga, która podpowiadała, że chciał mieć ją blisko, pomimo tego.
Nie poprosiła o ten gest, ale gdy go zaznała, zrozumiała jak istotny był dla niej.
Spięte mięśnie jej ciała rozluźniły się, a ona wsunęła się w niego bliżej, niemal chowając się w jego ramionach. Łzy dalej płynęły, cały czas nieprzerwanie, mieszając się z wodą spływającą po jej twarzy.
—
Nie mogę — wyrzuciła w końcu z siebie, głosem zdławionym, urywanym, takim jakby każde słowo musiało się przez nią przecisnąć siłą. —
Nie mogę tego z siebie zmyć.
Nie powiedziała tego do niego, nie wprost. Nie była to żadna prośba ani nie oczekiwała odpowiedzi. Bardziej stwierdzenie, bezradne i puste. Takie, po którym stwierdzało się, że nie powinno się tego mówić na głos.
Jej palce na moment zacisnęły się mocniej na jego mokrej od wody koszulce, jakby w obawie, że jeśli puści, to rozsypie się jeszcze bardziej.
Jego bliskość była tak samo kojąca, co i niekomfortowa.
— N
ie umiem tego wyłączyć — przyznała jeszcze ciszej, niemal bezgłośnie, z tą samą bezradnością, co wcześniej. Z tym samym, łamiącym się na sylabach głosem.
Drżała, ale bynajmniej nie z chłodu. Każdy, najmniejszy mięsień jej ciała dygotał. Pod wpływem myśli, które rozlewały się po jej umyśle, zatruwając go swoją treścią. Rosnącej świadomości zepsucia i braku wartości.
W końcu jak można było wierzyć, że miało się jakąkolwiek wartość, kiedy świat wokół traktował cię jak przedmiot. Bez uczuć, bez woli, bez możliwości decyzji. Coś, co można było wziąć, kiedy tylko się chciało.
Bo nawet jeśli próbowała to rozłożyć logicznie, znaleźć jakikolwiek punkt, w którym mogłaby się jeszcze obronić, to kończyło się to w tym samym miejscu. W tym samym, powtarzającym się wniosku, którego nie potrafiła od siebie odsunąć.
—
Nie powinnam… — zaczęła, ale głos jej się załamał na tej jednej sylabie, jakby samo jej wypowiedzenie było już zbyt dużo. Przełknęła ciężko ślinę, czując gulę w zaciśniętym gardle, zanim spróbowała jeszcze raz. —
Nie powinnam mieć cię przy sobie — powiedziała cicho, bez siły, ledwie przebijając się przez ciągły szum wody. —
Nie po tym — dodała po chwili. Oparła czoło o jego obojczyk, pochylając głowę. Jak gdyby miała chować się przed ciężką prawdą, którą chciała mu przekazać. —
Nie zasługuję na to — doprecyzowała w końcu, wypłukana już absolutnie z wszystkiego.
Jej palce drgnęły lekko, jakby przez ułamek sekundy chciała się odsunąć. Ale nie zrobiła tego. Mimo słów dalej egoistycznie się go trzymała – tej jednej stałej, którą miała w życiu.
Damon Tae