-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Panna Harrison
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Oszalała. Zdecydowanie to sobie powtarzała, pakując jedną rzecz za drugą do walizki. Miała w sobie jeszcze więcej wątpliwości. Funkcjonować nie mogła, spać nie mogła, a nawet oddychanie sprawiało jej trudność. Po co pakowała walizkę? Po co pakowała rzeczy do samolotu i kocyk w pokemony? Przecież... to było kompletnie nierealne. Nie wierzyła w to, co się działo, dopóki nie widziała przed sobą czarnej limuzyny. Każdy fragment był dla niej nielogiczny. Z konsternacją oddawała walizkę, którą sama chciała zapakować do bagażnika.
— Dzień dobry, panie Marshall — wydukała z siebie lekko nerwowym tonem, czując gorący oddech Charliego na własnym uchu. To będzie trudny wyjazd, zwłaszcza że... obiecała sobie nieprzekraczanie jednej granicy. Nie będzie kochała się z Charlim Marshallem. To właśnie powtarzała sobie właśnie w głowę.
Faktycznie, cały czas analizowała. Patrzyła na niego i zastanawiała się, jak naprawdę wygląda jego życie. Ile ma dookoła siebie kobiet? Co powiedział narzeczonej? Ile będzie miał dla niej czasu na Teneryfie? Czy naprawdę traktował ją poważnie?
— Skąd? — spytała lekko przerażona z wypiekami na twarzy. Nie wierzyła w to, ale chyba faktycznie wpadł do jej głowy. Spojrzała ukradkiem na ich splecione ze sobą dłonie i jedno pytanie jej wybrzmiewało w głowie, dlaczego... dlaczego ich dłonie do siebie tak bardzo do siebie pasowały — wcale nie analizuję... — wymruczała, by po chwili oprzeć głowę o jego ramię. Przymknęła delikatnie oczy, powoli odpływając. Mogłaby tak zasnąć, ale kiedy podjechali na lotnisko... Poczuła prawdziwy stres. Z limuzyny wychodziła niczym prawdziwy robot. Automatycznie, nerwowo, cała spięta, jak na pierwszym dyżurze w szpitalu. Ledwo wysiedli, a Ivy mocno trzymała się dłoni Charliego. Musiała, nawet ten odrzutowiec ją... odrzucał.
— Wow — mruknęła, wchodząc do kabiny. Wyobrażanie sobie, ile to kosztowało... pewnie więcej niż wszystkie mieszkania jej rodzeństwa i rodziców razem wzięte — a nie powinniśmy najpierw zapiąć pasów? — dopytała, słysząc o spaniu, czy jedzeniu. Co to za pytania? Patrzyła przez okienko samolotu. Jeszcze nie ruszyli, a Harrison próbowała znaleźć pasy. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Nie wiedziała, co bardziej ją przerażało. Luksus, czy fakt lotu samolotem.
— Boję się trochę, Charlie — wydukała bardzo cicho Ivy, mocno ściskając obie swoje dłonie — to mój pierwszy lot — spuściła głowę. Po Kanadzie jeździła autobusami, ewentualnie szczytem luksusu okazywał się samochód — co się dzieje w jego trakcie? — czego miała się spodziewać? Albo gdzie są te pasy? Dalej nie potrafiła ich znaleźć i bała się, że wiceprezes zaraz ją wyśmieje.
— Nie roztrzaska się ten samolot? — kolejne, niesamowicie ważne pytanie, na które musiała znać odpowiedź — przed snem oglądałam katastrofy w przestworzach i cały czas śniłam, że się roztrzaskamy... — a jej wyobraźnia już planowała same najgorsze scenariusze. Widziała okładki magazynów z wielkimi napisami Charles Marshall zmarł w trakcie lotu. Zabrał kochankę na wakację — przecież ja tu nie zasnę — a naprawdę chciała. Przymknąć oczy, odlecieć, ale tu wszystko było po prostu... wow.
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
ㅤ‼ ️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇssㅤᥫ᭡
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Krzątająca się załoga wcale nie dawała jej spokoju. Oprócz lęku o sam lot, obawiała się także ich. Pewnie nie raz, nie dwa lecieli razem z Charlim i jego... narzeczoną. Sama nakręcała cały czas swoje myśli. Roztrzaskanie samolotu, Blair... Jeszcze nie zdążyła nawet powiedzieć Marshallowi, że ona ją sprawdziła. Wyglądała przepięknie, oni razem wyglądali przepięknie, a myśl o pojawiających się informacjach na portalach plotkarskich wręcz powodowała w niej niesamowitą, złożoną niechęć, której nie była w stanie zrozumieć. Bała się lotu. Bała się Teneryfy. Nie powinna zostać powodem rozpadu kolejnego związku, a jednak siedziała przed nim z wystraszonymi, niebieskimi oczami.
— D-dobrze — wydukała z siebie, czując przeogromną gulę w gardle. Mimo to powędrowała za nim wzrokiem, a wystarczyło, by chwycił ją za dłoń, by łapczywie za nią złapała. Splotła ich palce ze sobą i trzymała jak najcenniejszą rzecz na świecie. Jedna z nóg cały czas jej dreptała w miejscu, nie mogąc się zatrzymać. Tylko następująca opowieść o tym, co zaraz miało się zadziać, w ogóle jej nie uspokoiła. Wręcz przeciwnie. Z każdym wypowiadanym słowem coraz bardziej tuptała prawą nogą, coraz mocniej zaciskała uścisk na jego twarzy. W co się ona wpakowała? Po co był jej ten lot? Po co ta Teneryfa? — brzmi odrobinę... strasznie — przyznała całkiem szczerze. Nawet nie lubiła szybkiej jazdy, jedyna adrenalina, którą uwielbiała to ta dostarczana w trakcie długiego dyżuru w szpitalu.
— Dobrze, to chyba naprawdę dobrze... — mruknęła na wieść o statystykach, ale one wcale nie poprawiły jej humoru. W końcu co oni najlepszego wyprawiali? Siedzieli, trzymając się za dłonie. W Toronto miała zostać jego narzeczona, a sama Ivy... jakby przypieczętowała na nowo zerwanie. Przegryzła dolną wargę, a myśli cały czas świrowały. Może wśród obsługi lotu znajdował się paparazzi, a wraz z wyjściem z samolotu cały świat dowie się o nich? Najgorsze czego nie potrafiła zrozumieć to, czy przyniosłoby jej to ulgę, czy wręcz przeciwnie. Gdzieś głęboki chciałaby, żeby Charlie był tylko jej. Cała się wyprostowała, wręcz naprężyła, gdy Marshall postanowił zapiąć jej pasy. Jego perfumy wydały się jej wręcz magnetyczne, mogłaby je wąchać cały czas i aż wręcz chciała schować się w jego ramionach.
— Trochę ciasno... — mruknęła, ruszając delikatnie biodrami — musi być tak mocno? — dopytała, wpatrując się w brąz tęczówek. Wargi instynktownie się jej rozchyliły. Cholera, głupia Ivy, on jest za-ję-ty, przeszło jej przez myśl, ale zaraz cała mimowolnie podskoczyła ze strachu, słysząc warkot silnika. Nienawidziła nagłych dźwięków.
— Dlaczego tu tak wszystko trzeszczy? — spytała, słysząc, niemalże każdą poruszającą się część samolotu. Chyba... już nigdy więcej nie poleci, mogła się jeszcze z tego wypisać? — na pewno tak powinno to wyglądać? — dopytała, przegryzając z nerwów dolną wargę. Puściła ją w momencie, kiedy wyczuła charakterystyczny smak krwi. Aż przez krótki moment się skwasiła. Tyle że po paru sekundach samolot już zaczął jechać na pas startowy. Wręcz czuła, jak mocno serce próbuje uciec z jej klatki piersiowej.
— Jezu, jak szybko... — wymruczała, czując wciskanie w fotel, a jej głowa instynktownie wpadła na ramię Charliego. Przy nim mogła ukryć się przed całym, cholernym światem. Zamknęła oczy, czuła przytykanie uszu, a po kilku minutach spokój — to... po wszystkim? — wydukała, unosząc głowę ze zmarszczonymi brwiami — mam ochotę umrzeć... — niemalże czuła, jak żołądek podchodzi jej wprost do gardła. Przez chwilę chciała puścić pawia, a później bez jakichkolwiek sił w głosie spytała — długo będziemy lecieć?
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Pierwsze trzy godziny, gdy emocje po starcie już opadły, spędzili na lekkiej rozmowie. Miło było nie musieć patrzeć na zegarek ani odpisywać na maile, tylko skupić się na poznawaniu nowej przyjaciółki. Potem pojawił się lunch - po lunchu Ivy zatopiła się w lekturze, a on wrócił do dokumentów, które studiował w samochodzie, mimo że częściej niż na strony umowy zerkał na jej profil. Dwie godziny przed lądowaniem poczuł, jak jej ciało wiotczeje, a głowa ląduje na jego ramieniu. Przykrył ją swoją marynarką - tym razem chociaż miał tę marynarkę, bo w stajni mógł uraczyć ją tylko swoim ramieniem. Zasnęła niemalże w jego ramionach już drugi raz - to chyba oznaczało, że czuła się przy nim bezpiecznie? Tym razem on również się zdrzemnął i ocknął się tuż przed lądowaniem. Ivy... przespała wszystko. Powolne zniżanie się, kołowanie, uderzenie kołami o pas startowy i stopniowe utracanie prędkości. Nie miał serca jej budzić, dlatego gdy przyszedł moment na opuszczenie samolotu, po prostu wziął ją na ręce i przeniósł do limuzyny czekającej tuż przy schodkach. No i... obudziła się dopiero, gdy godzinę później zaparkowali pod jego nową posiadłością, która była prezentem od Cherry. Miała rozmach, cholera. Palmy, ocean, duszne powietrze. I Ivy, którą dalej trzymał w objęciach na tylnej kanapie samochodu. - Hej... Dzień dobry, raz jeszcze - trącił nosem jej włosy. Koniec spania. - Wiesz, że przespałaś całe lądowanie? Witamy w raju, Ivy - dodał i uśmiechnął się lekko, nie mając serca ruszyć się z miejsca.
ㅤ‼ ️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇssㅤᥫ᭡
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Słońce. Aż zamrugała kilka razy oczyma lekko zdezorientowana wypowiedzianymi przez niego słowami. Nie spodziewała się takiego określenia. Przywykła do Ivy, panienki Harrison, ale jak dotąd nie nazwał jej w tak czuły sposób. Właśnie to spowodowało, ze bardziej niż lotem zaczęła przejmować się... Marshallem. Nie chciała być egoistką wchodzącą między dobraną parę. Co by nie powiedzieć to z jakiegoś powodu zaręczyli się ze sobą, a ona nie mogła od niego wymagać niczego. Wiedziała, że ich relacja jest przynajmniej niewłaściwa.
— Słucham? — spytała, słysząc jego pytanie. Wręcz momentalnie na jej twarzy pojawił się delikatny rumieniec. Wstrzymała oddech, kiedy znów się nad nią nachylił. Dlaczego on tak na nią działał? Wręcz czuła, jak po jej ciele przechodzą przyjemne dreszcze, których nie była w stanie w żaden sposób wytłumaczyć, a on jedynie dotknął jej ubrań. To dopiero było chore — tak... zdecydowanie lepiej — wydukała lekko drżącym tonem, ale zaraz w jej głowie pojawiła się inna, niebezpieczna myśl, której nie była w stanie jasno wytłumaczyć. Odgłos samolotu. Był naprawdę straszny. Prawie tak straszny jak hipnotyzujący był głos Charliego. Patrzyła na niego wielkimi oczyma i nawet nie wiedziała, kiedy przegryzła dolną wargę. Cholera, chciałaby, żeby był tylko jej. Tyle że to było wręcz niemożliwe.
— Wiem — wyszeptała — przy Tobie naprawdę jestem bezpieczna — wystarczyło, by ją dotykał, mówił do niej, a pesymistyczne myśli same się od niej odrywały w moment — na pewno? — dopytała, kiedy odpiął jej pasy. Zadziwiająco w nich czuła się dużo bezpieczniejsza. To był jeden z tych bodźców, które miały sprowadzić ją na ziemię.
— Na wymioty? — dopytała, przełykając nerwowo ślinę i patrząc mu prosto w oczy. Nie wiedziała, od czego robiło się jej słabo. Samolot, a może przeklęta chęć pocałowania zajętego faceta? Sama nie wiedziała — Charlie... — wymruczała cicho Harrison, wbijając jeszcze mocniej wzrok błękitnych tęczówek — nie zasnę ze stresu — a o przełknięcie jakiegokolwiek kawałka jedzenia nie wchodziło w grę — ale popatrz, jaki ładny widok za oknem Charlie — zaczęła nagle, kiedy zauważyła piękną, świecącą kulę wznoszącą się na horyzoncie. Wpatrzyła się intensywnie w ten widok i nawet nie wiedziała, kiedy w trakcie lotu zasnęła. Przy Charlim czuła się zwyczajnie bezpieczniej, potrzebowała czuć jego silne ramię, oparcie. Może dlatego zasnęła wtulona w niego mocno.
— Dzień dobry, panie Marshall — wymruczała, otwierając powoli oczy. Dalej było ciemno. Czy tu nie powinno być środka dnia? Uniosła się szybko i spojrzała na willę z otwartą buzią. Nie tego się spodziewała. Dobra, myślała, że będzie luksus przez duże L, ale to co właśnie widziała, faktycznie można by określić mianem raju— wow, ale to duże — wydukała, otwierając szeroko usta — idziemy? — dopytała, chwytając Marshalla mocno za rękę i ciągnąc w stronę wielkich drzwi. Tak wielkie to... było wejście od szpitala, a te palmy, te gwiazdy na niebie. Oczy nie mogły przestać się jej świecić ani na moment — to naprawdę są drzwi na twojego kciuka? W o w — prawdziwa technologia. Ciekawe, jak zeskanowali kciuk Charliego na odległość. Wejście do salonu skwitowała wielkim oh, wow. Pierwszy raz była na prawdziwych wakacjach i choć powinna czuć się głupio, to od razu wybiegła na przepiękny taras z widokiem na ocean, a delikatna bryza otrzeźwiła całe jej ciało.
— Charlie, popatrz — i teraz oczy się jej naprawdę zaświeciły, jak małemu dziecku otwierającemu świąteczny prezent — mamy basen — my niemalże naturalnie wyszło z jej ust — chodź, wykąpiemy się — ani przez sekundę się nie wahała. Zdjęcia z siebie wszystkie ubrania, zostając jedynie w niebieskiej, koronkowej bieliźnie. Nie miała zielonego pojęcia, czemu akurat to ją ubrała. Tyle że nie miało to żadnego znaczenia, bo zaraz krzyczała głośne: łiiii, wskakując na bombę do basenu.
— No chodź do mnie, Charlie — zaśmiała się, pryskając go dłonią. Na co on czekał? Byli na Teneryfie, a noc była przepiękna.
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
ㅤ‼ ️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇssㅤᥫ᭡
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie zdawała sobie sprawy. Harrison myślała jedynie o jednym - basenie pełnym wody, chwili relaksu, odpłynięcia się i czerpania szczęścia z chwili. Prawdopodobnie to była jedna z tych rzeczy, która kiedyś połączyła ją z Dante. Uwielbiała, kiedy odpływali razem w nieznane. Nie myślała, zdejmując kolejne warstwy ubrań. Uczucie euforii rozlało się jej po całym ciele, kiedy wskoczyła do ciepłego, oświetlonego basenu. Zarzuciła mokrymi kosmkami włosów do tyłów i spoglądała na Charliego cała rozpromieniona.
— Nie ma spania — zaprotestowała od razu, marszcząc przy tym nosek. Czy nie takiej buntowniczki nie chciał przypadkiem w samolocie? Wpatrywała się w niego wyzywającym wzrokiem, bo już postanowiła, dzień musiał zakończyć się czymś przyjemnym — przespałam cały lot — a przynajmniej tak się jej wydawało. Niedawno dopiero co wstała, potrzebowała chłonąć całą sobą ten wyjazd. Kolejny czeka ją, dopiero kiedy skończy rezydenturę. Jej nowy lekarz prowadzący i tak marszczył nosa na jej wyjazd — przyszedł wielki psuja zabawy, pan poważny wiceprezes, a gdzie mój Charlie? — mój Charlie odbiło się w jej głowie, przez moment wyrywając ją z zabawowego trybu. Aż przegryzła dolną wargę, bo nie tego spodziewała się po samej sobie. Jednak była pierdoloną egoistką. Wcześniej nie zdawała sobie z tego sprawy tak mocno jak teraz. Chciała, żeby Charlie był jej, by mogła zasypiać przy jego boku, wtulić się w niego mocno ramionami, kosztować jego ust, ale było to zakazane. Miał przecież inną, ale byli sami na bajecznej wyspie. Sami, we dwoje. Cholera Ivy, większą egoistką nie mogłaś zostać.
— Panie Marshall — zaprotestowała, chlapiąc go drugi raz, kiedy się odwrócił. Złamał ją. Kiedy zaczął zrzucać z siebie ubrania, a zobaczyła jego markowe bokserki, umięśnione ciało, aż przełknęła nerwowo ślinę. Po co wchodziła do tego basenu? Dlaczego całe ciało na moment zatrzymało się jej? Jedynym punktem, w który była wpatrzona był Marshall. Wpatrzona w niego była niczym w najpiękniejszy obrazek. Wręcz nie mogła oderwać od niego oczu, chłonąc każdy napięty mięsień.
— Jednak potrafisz się bawić — wyszeptała lekko sparaliżowana. Wzrok wręcz jej wariował, nie wiedziała, na jakiej części ciała Charliego powinna się skupić. Już raz była egoistką, przyznała mu się, że liczyła na więcej. Sama wręcz lgnęła do jego ciała, by móc poczuć ciepły tors na własnych piersiach. Mimowolnie przegryzła dolną wargę, bo w tych warunkach było coś niesamowitego. Teneryfa, szum oceanu i noc rozgwieżdżonych gwiazd.
— Hmm... — zaczęła, wzdychając ciężko. Nie chciała, by jej opuszczał. Bliskość Marshalla była dla niej uzależniająca, chciała chłonąć ją, a jednocześnie dziękowała mu. Odsunął się, miał narzeczoną, a ta czułość wobec niej musiała być przyjacielska, zwykła nic nieznacząca troska — nie wiem, ale na co tam patrzysz? — zagadnęła, przechylając delikatnie głowę — znasz się na gwiazdach? — ona nie. Mogła opowiedzieć mu o romantycznych faktach ludzkiego ciała, ale nigdy nie wpatrywała się w niebo. Spojrzała na nie i było piękne, zupełnie inne od tego w Toronto.
— O czym myślisz Charlie? — kilka krótkich kroków, a już stała przy jego boku. Nie przeszkadzało jej jego ramię, odchyliła głowę, by móc spojrzeć wraz z nim w ten sam kierunek nocnego nieba — wiem, że jutro ważny dzień, ale może jeszcze chwilę się rozejdziemy, skoro jutro... — zagadnęła cicho, przegryzając dolną wargę — będę tutaj sama — a nie chciała. Skoro wyleciała razem z nim, to chciała móc mu towarzyszyć, cieszyć się wyspą wraz z nim — ale i tak... — zaczęła dość nieśmiało, spoglądając mu badawczo w twarz — dziękuję, że mnie zabrałeś — sięgnęła do jego dłoni, by spleść ich dłonie razem ze sobą. Zwykły, przyjacielski gest w podzięce, a przynajmniej tak sobie wmawiała. Idealnie do siebie pasowały, a jeden dotyk zatrzymywał pogoń myśli.
-
I look at you and I see everything I’m not allowed to have.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
ㅤ‼ ️Ꭾʀɪ፝֟ɴᴄᴇssㅤᥫ᭡
-
Wiosna - cieplejszy wieje wiatr,
Wiosna - znów nam ubyło lat,
Wiosna, wiosna wkoło, rozkwitły bzy.nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/hertyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wywróciła oczyma. Prawie cały lot. Charlie musiał lubić kontrolę, skoro nawet drobne kwestię musiał jej wydłubać, a ona? Zaśmiała się finalnie. Dziesięć godzin lotu, wcześniej spanie we własnym łóżku, by przebudzać się co chwilę z nerwów i stresu. Cały czas wahała się, czy nie napisać wiadomości, że nie jedzie. Chociaż luksus willi pewnie niedługo zacznie ją przerażać, to basen... pierwszy raz widziała basen z widokiem na ocean, we włosach czuła oceaniczną bryzę. Niemalże wyprostowała się całkowicie jak struna, słysząc moja pani rezydent, o losie, czuła, jak mocno zabiło jej serce. Nie powinna siebie chcieć. Tyle że brzmiało to na tyle pięknie, musiała się zawahać. Uniosła wzrok na Charliego, wpatrując się w jego ciemne tęczówki. Szybko pokręciła głową. Za dużo myśli. Przecież oni się przyjaźnią.
— Diabeł, bo chcę się wykąpać w basenie? — parsknęła śmiechem, unosząc obie brwi ku górze. Dopiero co wylądowali, a dla niej to wszystko było nowe. Lustrowała wzrokiem budynek, widok, a przede wszystkim samego Marshalla. Wstrzymała na moment oddech. Był totalnie gorący. Przesunęła wzrokiem po jego torsie i aż musiała odwrócić wzrok, bo myśli zapętliły się zdecydowanie za daleko — po prostu... jesteśmy na wakacjach, Charlie... — chociażby przez krótki moment pragnęła zapomnieć o tym, co stało się w Toronto. O problemach, zerwaniach, kłótniach... o narzeczonej Charliego. Panna Harrison. Czemu za każdym razem jak słyszała to określenie to po jej plecach przechodziły przyjemne dreszcze?
— Owszem — kiwnęła delikatnie głową — chciałabym, żebyś cieszył się z życia — dodała po chwili, unosząc kąciki ust. Nawet wyjeżdżając na Teneryfę Charlie musiał zajmować się pracą. Jasne, był to wyjazd służbowy, ale z każdej, najmniejszej chwili powinien się cieszyć. W końcu kto normalny jedzie na Teneryfę? Kto ma willę z basenem? Pragnęła widzieć na jego twarzy szeroki uśmiech, słyszeć jego śmiech. Cholera, czy Ivy chciała szczęścia Charliego? Chyba tak, ale tego właśnie chcą dla siebie nawzajem przyjaciele. To nic nie znaczyło, prawda? Ale sama kwestia niezabrania tu narzeczonej, aż zakuła ją w sercu. Zabrał ją, a nie narzeczoną. I z jakiegoś dziwnego powodu było jej z tym faktem cudownie.
— Nie znam się, ale bym chciała — stwierdziła, przechylając głowę, by bardziej przyjrzeć się migoczącym światłom na niebie. Były piękne, wręcz cudowne. Raz na jakiś czas błyszczały, może jeśli im się poszczęści to, zobaczy spadającą gwiazdę? Wtedy życzyłaby sobie, żeby Charlie był singlem. Wtedy mogłaby zostać egoistką — tam jest duży wóz i tu moja wiedza się kończy — uniosła delikatnie dłoń, by mu go pokazać. Nie znała innych konstelacji... chociaż jeszcze jedną poznała. Ją w ramionach Charliego, bo kiedy ją objął, serce zaczęło bić szybciej. Jakby chciało uciec z klatki piersiowej. Oj, panie Marshall, jeszcze Ivy dostanie przy Tobie zawału.
— Wiem, domyślam się, ale to pewnie trwa długo... — westchnęła ciężko, opierając głowę o jego ramię. Przymknęła na moment oczy, dając chwili trwać — nie chcę zostać sama, wtedy za długo myślę, a nie będę miała żadnego zajęcia — bo co miałaby tu robić? Miała dla siebie całą, wielką willę, całą wyspę do odkrycia, a jedyne do czego będzie zdolna, to czekanie na Charliego, licząc, że wróci do niej szybko — wrócę głową do Toronto do nowego prowadzącego, do poszukiwania mieszkania, sporo spraw mam do załatwienia — czy powinna mówić mu o własnych problemach? Teraz cieszyła się chwilą i naprawdę nie chciała jej popsuć. Delikatne głaskanie jej skóry pomagało, tyle że problemy wciąż w głębi niej narastały, a ona nie potrafiła przejść obok nich obojętnie. Odchyliła szyję, by móc ułatwić mu zadanie. Powoli odpływała, ale ta chwila faktycznie była niczym przepiękny sen — nie ma za co dziękować, skoro jestem diabłem — parsknęła krótko pod nosem, unosząc do góry oba z kącików ust. W końcu może popsuje mu wyjazd? Tyle że gdy spoglądała w jego ciemne tęczówki, zdawała sobie sprawę z jednego. Naprawdę chciała przy nim być w tym momencie, schować się w jego ramionach i zapomnieć o całym świecie. Tyle że to nie byłaby już przyjaźń, prawda?
— Co? Dlaczego tym razem? — spytała lekko zszokowana. Przez jej ciało przeszły dreszcze. Wyłączyła się na moment, kiedy ujął jej twarz w dłonie. Chciała go pocałować. Tak cholernie chciała go pocałować. Zwłaszcza kiedy przejechał po jej wardze palcem. Dlaczego to robił? Dlaczego tak na nią działał? Objęła go swoimi drobnymi ramionami mocno. Wręcz przełknęła nerwowo ślinę. — dobrze — mruknęła cicho, ani na moment nie odwracając wzroku od jego oczu. Zacisnęła mocniej na nim palce. Przegryzła dolną wargę. Nie chciał przyjaźni, chciał ją bliżej poznać, a ona... ona chyba chciała tego samego. Ukuło ją w sercu, gdy usłyszała imię Blair, ale z każdym kolejnym słowem coraz bardziej przepadała. Stała w ciszy, próbując poukładać sobie wszystko w głowie. Czyli... czyli on czuł to samo co ona? Nie była w stanie wyrzucić go ze swojej głowy, nawet gdy przywoływała w myślach jego narzeczoną. Tylko co by się stało, gdyby jej nie miał? Tamto pytanie cały czas przechodziło jej przez głowę. Wtedy... wtedy by spróbowali być ze sobą. Chodziliby na randki, poznawali siebie nawzajem i własne przyzwyczajenia. Chcę być twój. Już otwierała usta, by coś powiedzieć, ale wtedy zetknęli się czołami. Była przy nim taka mała, a jednak... jakby idealnie do siebie pasowali pod każdym względem. Uniosła delikatnie dłoń na jego policzek, by powoli głaskać go kciukiem. Teraz przyszła jej kolej.
— Też... — zaczęła lekko nerwowo, ale nie odsunęła się ani na moment. Wręcz przylgnęła jeszcze mocniej do jego ciała. Już wtedy we windzie każda komórka wręcz krzyczała, że chciałaby być jego. Udowadniał jej to za każdym razem. W jego samochodzie, na klatce schodowej, czy w stadninie... Czy to nie była miłość? — też chcę być twoja Charlie — powiedziała finalnie, by finalnie stanąć na palcach i musnąć jego wargi. Cholera, tak bardzo chciała je smakować. Tylko czy to było moralne? Tego wieczoru na pewno. Nie była w stanie dłużej ukrywać własnych uczuć. Zadurzyła się w tym wiceprezesie. Nie miała ku temu żadnych wątpliwości. Chciała być jego. Dlatego już po pierwszych muśnięciach pogłębiła pocałunek. Nie musiała się hamować. Przecież oboje chcieli siebie nawzajem, przecież oboje nie chcieli się przyjaźnić i w końcu przecież oboje chcieli należeć do siebie nawzajem.