ODPOWIEDZ
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Upór był jedną z tych cech, których nie potrafiła się wyzbyć i w tej chwili nie zamierzała nawet próbować go temperować. Wiedziała, że gdzieś pod powierzchnią jego słów kryło się ziarnko prawdy, że być może faktycznie wyszła przed szereg szybciej, niż powinna. Być może właśnie przez to stali naprzeciw siebie z własnymi przekonaniami, równie silnym i ugruntowanymi, i choć w jej myślach pojawiał się cień wątpliwości, nie zamierzała oddać mu racji tylko dlatego, że mówił g ł o ś n i e j.
- Naprawdę myślisz, że mając szansę realnie ochronić swoją rodzinę, pójdzie do mafii? - rzuciła ostro, odwracając się w jego stronę z niedowierzaniem malującym się wyraźnie w spojrzeniu brązowych tęczówek. - Myślisz, że wybierze ludzi przed którymi się ukrywa, zamiast tych, którzy mogą go z tego wyciągnąć? - pokręciła głową nerwowo, jakby próbowała wyrzucić z myśli jego tok rozumowania. - To człowiek, który się boi i dokładnie dlatego zrobi to, co dla niego najbezpieczniejsze - urwała na moment, wciągając powietrze, ponieważ musiała powstrzymać coś jeszcze ostrzejszego, co cisnęło się na język. - Albo zamknie się i będzie współpracował dla dobra swojej córki i narzeczonej, albo spróbuje nas sprzedać i wtedy naprawdę wszystko straci - więc tak, była tego pewna - nie pomyliła się, niemożliwe aby tak źle zinterpretowała to, co podpowiadała jej intuicja.
Jej spojrzenie na moment zatrzymało się na jego twarzy, uważne i przenikliwe, jakby za wszelką cenę próbowała przedrzeć się przez tę warstwę gniewu, którą właśnie wokół siebie zbudował. - Rinaldi jest dokładnie tym, kim są twoi informatorzy - dodała ciszej, ale twardo, bez cienia zawahania. - Masz ludzi, którzy mówią, bo coś za to dostają - zawahała się na ułamek sekundy, ale było już za późno, żeby się wycofać. - To właśnie tacy ludzie jak oni wypełnili tę teczkę o Bianchim, którą mi dałeś. Dzięki nim uzupełniłeś ją wszystkimi informacjami, których nie ma nigdzie o f i c j a l n i e.
Słowa zawisły między nimi ciężko, nie pozostawiając wiele miejsca na cofnięcie się. Tym razem to ona uderzyła celnie i bez łagodzenia siły tego ciosu, wiedząc, że bardzo szybko może tego pożałować. Była jednak zbyt zmęczona tym, że każda rozmowa kończyła się dokładnie w tym samym miejscu, a oni wzajemnie ciągnęli linę w swoją stronę, zamiast iść w jednym kierunku.
Pozwoliła by cisza opadła i oplotła ich resztą niewypowiedzianych słów, które próbowały wypłynąć na wierzch nieproszone. Czekała, aż zatrzyma samochód, dając jej przestrzeń, której zaczynało jej brakować. - Nie potrafimy ze sobą pracować. Tak jest od pierwszego dnia i z każdym coraz gorzej - wiedziała, że resztę słów może zostawić w domyśle, że nie musi mu tłumaczyć dlaczego tak uważała. Oboje o tym wiedzieli; chociaż jeszcze dwa albo trzy tygodnie temu upierała się, że to on nie potrafi oddzielać życia prywatnego od zawodowego - prawda była taka, że ona również nie potrafiła.
To, co jeszcze niedawno było tylko napięciem między partnerami, teraz miało znacznie większy ciężar i właśnie dlatego każde zderzenie bolało mocniej.
Przekręcając się lekko w jego stronę, oparła plecy o drzwi. - Potrzebuję przestrzeni. Chcę pobyć sama przez kilka minut - nie czekała na jego odpowiedź; pociągnęła za klamkę i wysiadła, wpuszczając do środka ostre, zimowe powietrze, które natychmiast wdarło się pod warstwy ubrań. Drzwi zamknęła za sobą ciszej niż pozwalałyby na to emocje, które jeszcze przed chwilą w niej buzowały.
Nie odeszła daleko, wystarczyło kilka kroków, obejście wokół i zatrzymanie się przy tyle samochodu. Oparła się o bagażnik, czując przez materiał chłód metalu, który w pierwszej chwili aż przeszył ją na wskroś, a jednocześnie sprowadził ją z powrotem do teraźniejszości. Odchyliła głowę lekko do tyłu, przymykając oczy jeszcze raz, tym razem na dłużej. Wciągnęła powietrze głęboko, czując, że to jedna z tych rzadkich, niewygodnych chwil, kiedy instynkt podsuwał jej najprostsze rozwiązanie - miała ochotę zapalić papierosa, pozwolić, żeby dym wypełnił płuca i na moment uciszył wszystko inne.
Nie robiła tego często, właściwie prawie wcale. Ale kiedy już o tym myślała, to znaczyło, że na moment zgubiła grunt pod nogami.

Rhys Madden
Ostatnio zmieniony pt mar 27, 2026 9:16 pm przez margo mercer, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rodzina Rinaldiego już była zgubiona. Wątpił, by udało im się zapewnić im szczelną ochronę jeśli Carbone będzie potrzebował sposobu, by nacisnąć w odpowiednie miejsce i uzyskać odpowiedzi, których pragnął. Ani układy z mafiozem, ani układy z policją nie miały przynieść mu faktycznego rozwiązania - jedynie złudne poczucie, że zrobił, co mógł, by zapewnić im bezpieczeństwo.
Które jego rodzina straciła przez j e g o czyny.
- Naprawdę myślisz, że jeśli Carbone zachce się do nich dorwać, nam uda się cokolwiek w tej kwestii zrobić? - odbił jedynie, z frustracją charakterystyczną dla kogoś, kto, w przeciwieństwie do niej, n i e wierzył w ten system, nie wierzył w sprawiedliwość. Ci wszyscy ludzie w jego oczach byli zgubieni. - Sama słyszałaś, że ma ludzi wszędzie.
A jeden z nich siedział z nią w t y m samochodzie.
Był pewien argument zniżania się do pewnego poziomu, który nieustannie wyczuwał w jej słowach. Jakby jego zastraszenie mężczyzny różniło się w ogromny sposób od tego, co zrobiła ona - przekazując to samo, tylko w delikatniejszych słowach. Efekt, który uzyskali, był przecież ten sam - Rinaldi nie współpracował po dobroci, nie robił tego ponieważ pragnął zadośćuczynić za to, co popełnił w przeszłości.
Robił to by coś na tym zyskać - nawet, jeśli było tym wyciągnięcie jego rodziny z grobu, który wykopał dla nich własnymi rękami.
- A skąd wiesz, czy moich informatorów również nie musiałem zastraszyć? - odparował, słysząc ten nacisk w jej słowach, jakby dostrzegała zależności, a tak naprawdę nie widziała nawet czubka tej lodowej góry ich wszystkich. - Przecież to, co zrobiłaś z Rinaldim, to również szantaż - ochronimy jego rodzinę jeśli pomoże nam. Jesteś wściekła na mnie nie za to, co osiągnęliśmy tylko za to, że nie używałem przy tym tych wszystkich, pieprzonych, milutkich słów, które zwykle sprzedają gliniarze.
Samochód zwalniał, sprowadzany na pobocze. Liczył na to, że oferował im możliwość na skupienie się na tej k o n w e r s a c j i, na chwilę ciszy, odpoczynku od warkotu silnika, od ciągłego pędu, w który wpadli gdy tylko wyszli rano z tamtego letniskowego domku. Wrzucony na głęboką wodę powrotu do ich stosunków pracowych, nie potrafił zatrzymać się i p o m y ś l e ć, nad tym co było wcześniej, co było między nimi.
Mylił się.
Drzwi zamknęły się z nieznośnym stukotem, któremu daleko było do huku, z którym zamykała je zwykle. Wypuścił powietrze wściekle, przez nos, puszczając kierownicę zgaszonego pojazdu. Jego głowa uderzyła lekko w zagłówek, w lusterku dostrzegł wciąż zmierzwione porankiem włosy. Z irytacją, uniósł do nich dłoń, układając je jakby miało to cokolwiek zmienić. Gdy to jej sylwetka wkroczyła do odbicia, przyglądał jej się przez kilka nieznośnie długich sekund, które równie dobrze mogły być całymi minutami. Zdusił instynkt, podpowiadający mu, że powinien wyjść od razu na zewnątrz, ruszyć za nią. Widząc, że zatrzymała się blisko, był winny dać jej to, o co prosiła - chwilę oddechu.
Który przydał się również jemu.
Napięcie opuszczało jego ciało powoli, ale wciąż szybciej niż zwykle. Wściekłość nie była rozpalonym w jego wnętrzu ogniem, który płonął od dawna - była nagłym wybuchem, utratą kontroli nad tym, nad czym zwykle panował. Gdy znikał, ogień pozostawiał po sobie nieznośny chłód.
Chwycił za klamkę, uchylając drzwi i wychodząc na zewnątrz, w zimną, Kanadyjską wiosnę. Zatrzasnął je za sobą, przez krótką chwilę wyłącznie stojąc w miejscu - patrząc na jej plecy, głowę zwróconą uparcie w stronę lasu czy drogi, wszędzie, byle nie w jego. Wiedział, jakiego słowa musiał użyć, a jednak z trudem przechodziło mu ono przez gardło.
- Martwię się o ciebie - powiedział zamiast tego, powoli podchodząc do tyłu samochodu, gdzie tkwiła ulokowana, próbując odnaleźć rezon. W jego dłoniach znalazła się paczka papierosów, niemal odruchowo, choć nigdy do tego odruchu by się nie przyznał. - Nie potrafię tego wyłączyć, nawet jeśli widzisz w tym wadę.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zimne powietrze uderzyło w nią mocniej, niż się spodziewała, ale nie cofnęła się ani o krok. Przyjęła je bez sprzeciwu, pozwalając, by szczypało skórę, wdzierało się pod ubrania i skutecznie odcinało ją od tego, co jeszcze chwilę temu działo się w samochodzie. Oparcie pleców o metal bagażnika było niemal ulgą - konkretną, fizyczną, pozwalającą utrzymać się w miejscu, kiedy wszystko inne zdawało się wymykać spod kontroli.
Te kilka minut ciszy zrobiło więcej, niż się spodziewała. Nie rozwiązały problemu, nie zatarły tego, co padło między nimi, ale pozwoliły jej złapać dystans, uporządkować myśli i oddzielić emocje od impulsu, który pchał ją do przodu, do wypowiadania kolejnych słów, które tylko pogłębiłyby pęknięcie.
Była mu za to wdzięczna.
Za to, że nie wyszedł od razu, nie próbował jej zatrzymać, przekrzyczeć, ani, co gorsza, uspokoić w sposób, który tylko dolałby oliwy do ognia. Nie chodziło o to, że nie chciała być obok niego w tej chwili, nie chodziło o problem w nim. Miała świadomość, że w tej cienkiej granicy między pracą a tym co było między nimi, każde z nich mogło powiedzieć o jedno zdanie za dużo. On, wściekły i bez filtra był w stanie sięgnąć po słowa, które uderzyłyby dokładnie tam, gdzie była najbardziej odsłonięta. A ona nie była gotowa na to, jak się przed tym obronić.
Kiedy usłyszała trzask drzwi, nie odwróciła się od razu, ale jego obecność wyczuła natychmiast. Zbyt dobrze znała sposób w jaki zajmował przestrzeń, by nie dostrzec go od razu. Dopiero po chwili przeniosła na niego wzrok, spokojniejszy niż wcześniej, choć wciąż czujny. Bez słowa wyciągnęła rękę w stronę paczki papierosów, którą trzymał, wyjęła jednego, resztę oddając mu tym samym krótkim ruchem. Przez moment obracała go między palcami, jakby sama nie była pewna, czy zamierza go zapalić.
- Wiem - odezwała się w końcu cicho, sięgając do niego po zapalniczkę. - I rozumiem to w pełni - iskra zamigotała na moment, ale nie przyłożyła płomienia od razu. Spojrzała gdzieś w bok, w linię drzew, jakby łatwiej było mówić, nie patrząc na niego bezpośrednio. - Mam dokładnie to samo. Też nie potrafię tego wyłączyć, mimo że ostatnio rzuciłam ci tym prosto w twarz - zaciągnęła się dopiero wtedy, bardziej z przyzwyczajenia do gestu niż potrzeby. Dym wyraźnie szczypał ją w gardło, przypominając, jak rzadko to robiła.
Westchnęła, próbując ubrać myśl w coś, co nie miało brzmieć jak zarzut, ale ilekroć powtarzała to sobie w głowie, tak właśnie zdawało się być. - Ja nie potrafię tak pracować, Rhys - nie rzuciła tego w złości, emocje już dawno opadły. - Nie kiedy każde przesłuchanie kończy się kłótnią między nami. Nie kiedy zamiast skupić się na sprawie, muszę pilnować, żebyśmy się nawzajem nie pozabijali - spojrzała na niego tym razem bez unikania. - To nie jest kwestia tego, kto ma rację. My po prostu inaczej nie potrafimy - gdy formułowała kolejne myśli, palce zaciśnięte na papierosie drgnęły lekko.
- Nie chcę wybierać między jednym a drugim - choć oboje wiedzieli, że granica między tymi dwoma światami już dawno przestała być wyraźna. - Ale to - wskazała palcem na siebie i na niego. - właśnie do tego prowadzi - patrzyła na niego hardo, stojąc naprzeciw z dystansem, którego nie skracała, ale też nie zwiększała. Z dystansem, który ją uwierał, który jej nie pasował i którego nie lubiła.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chłód szczypał w policzki, w ten orzeźwiający sposób, który skutecznie gasił języki ognia zrodzone w ich kłótni. Stanął obok niej, tyłem opierając o bagażnik wygaszonego samochodu. Droga, którą jechali, o tej porze dnia nie była szczególnie uczęszczana, dając wrażenie całkowitej kameralności.
Przez myśl przeszło mu, że być może ten domek, w którym nocowali, był gdzieś niedaleko, jakby nawet w tej chwili mogli do niego wrócić. W głębi ducha wiedział jednak, że musieliby jechać tą drogą co najmniej kilkanaście minut więcej, a chwila, w której się zatrzymali, emocjonalnie przeradzała ten dystans do czegoś niemożliwego do przeskoczenia.
Wyciągnął w jej stronę paczkę papierosów widząc, jak sięga do niej ręką. Kciukiem odchylił wieczko, pozwalając jej wybrać dla siebie jednego. Nie paliła zbyt często, wyłącznie wtedy, gdy znajdowała się w sytuacjach równie beznadziejnych, co podbramkowych - co wyraźnie nakreślało charakter tej rozmowy, w którą przekształcił się ich konflikt.
Dla siebie również wyjął jednego - wetknął go do ust, w przeciwieństwie do niej nie potrzebując chwili na zastanowienie. Tkwił obok, czekając, aż odpali własnego nim zwróciła mu zapalniczkę, której natychmiast użył. Zaciągnął się mocno tytoniowym dymem, który gryzł w gardło w sposób, który zawsze uziemiał go w chwili obecnej, pomagając spojrzeć na sytuację ponad szalejącymi w nim emocjami.
- Ale to nie jest praca, Margo - odparł z początku, gdy jej ton i złowróżebne słowa poruszyły w głębi niego strunę, której nie chciał dotykać. W jakimś podstawowym odruchu pragnął znów sięgnąć po ostre słowa, po wszystko, co mogło służyć za zasłonę dymną, co było dla niego łatwe do przyswojenia i czym posługiwał się z wprawą. - To jest heroiczna misja naprawy tego świata, którą prowadzisz na boku.
Mimo tego, że jego słowa mogły to sugerować, w głosie nie zabrzmiał sarkazm ani ironia. Mercer była idealistką, mówił jej to od samego początku jak również potwierdził, że jest w stanie to zaakceptować. To, w jaki sposób patrzyła na świat i jak chciała się w nim poruszać, by jej sumienie pozostawało czyste.
- Nie jesteśmy oficjalnie na służbie, nie zajmujemy się sprawą - kontynuował, wypuszczając z ust dym i pozwalając, by uleciał w górę - w stronę koron wysokich drzew i pochmurnego nieba, wskazującego na rychłe opady śniegu. - Tutaj nie ma konkretnego spisu zasad, których powinniśmy się trzymać. Nie ma wyznaczonych reguł ani wzorców postępowania. Jesteśmy tylko my i ślady, którymi nie powinniśmy podążać.
Nie mogła odwoływać się do protokołu, który niejednokrotnie przychodziło mu łamać. Nie musiał stąpać po grząskim gruncie, balansując między tym, co powinno się zrobić, a tym co należało - według litery prawa, które każdej osobie musiał wyczytać z dokładnością co do słowa.
- Tutaj jest tylko mój sposób i twój sposób - zakończył westchnieniem, chwytając papieros w palce i odwracając wreszcie głowę ku niej, spoglądając na nią z góry. - I nasz wzajemny brak tolerancji do sposobu drugiej osoby.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odbijał piłeczkę tak sprawnie, że przez moment można było odnieść wrażenie, że rozmowa wcale nie posuwa się do przodu, tylko krąży wokół tych samych punktów, za każdym razem uderzając w nie z innej strony. Zastanawiała się czasem, czy kiedykolwiek potrafił po prostu nie stanąć w opozycji. Nie dlatego, że musiał mieć rację, tylko dlatego, że taka była jego natura. Nawet teraz, kiedy ton jego głosu był spokojniejszy, kiedy wyraźnie pilnował emocji i trzymał je na wodzy, wciąż szedł w kontrę. Może nie tak ostro jak wcześniej, może bardziej świadomie, ale wciąż dokładnie w tym samym kierunku.
Zaciągnęła się papierosem raz, potem drugi, bardziej odruchowo niż z potrzeby. Dym nie przynosił ukojenia, nie rozluźniał napięcia w sposób w jaki działał na niego. Był tylko dodatkiem, który pozwalał zająć dłonie i dać sobie ułamek sekundy więcej na ułożenie myśli. Strzepnęła popiół po czym pozwoliła, by papieros zawisł luźno między palcami. - Nigdy nie zrobiłeś niczego nieoficjalnie? - zapytała spokojnie, unosząc na niego wzrok. Nie potrzebowała odpowiedzi, znała ją aż za dobrze. - Nigdy nie wyszedłeś przed szereg i nie wszedłeś tam, gdzie nie powinieneś? - kącik jej ust drgnął minimalnie, w czymś na granicy przekory. - A jednak tu jesteś. W tej heroicznej misji, której tak nie uznajesz.
To było celowe - delikatnie, ale wyraźnie podważyła jego słowa, pokazując mu, że choć próbował ustawić ich działania poza kategorią pracy, sam nie potrafił się od nich odciąć.
Patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu, jakby próbowała dostrzec coś więcej niż to, co mówił na głos. Jego argumenty miały sens, ale i tak coś w tym wszystkim nadal nie pasowało. Coś zgrzytało i nie dawało się do końca poukładać. - Po co to robisz? - zapytała w końcu ciszej, ale z wyraźnym naciskiem, nie odrywając od niego spojrzenia. - Skoro uważasz, że to nie jest praca, że nie powinniśmy się w to mieszać… to po co tu jesteś? - jej brązowe albo zielone tęczówki, zwykle ciepłe, teraz przybrały ciemniejszy odcień pogłębiony przez emocje, które wciąż tliły się pod powierzchnią.
- Nie musisz za mną jeździć. Nie musisz być przy każdej rozmowie, przy każdym ruchu. Nie musisz wchodzić w to razem ze mną - kontynuowała, już twardziej. - Jeśli to dla ciebie nie jest praca, to naprawdę nie masz powodu, żeby tu być - na moment odwróciła wzrok, jakby potrzebowała zebrać myśli, zanim powie coś więcej. Kiedy znów na niego spojrzała, było w tym spojrzeniu coś bardziej osobistego, bardziej bezpośredniego niż wcześniej.
- Przestań patrzeć na mnie przez pryzmat tego, co wydarzyło się z Sophie - dodała ciszej, ale stanowczo. - Wiem, że to cię zmieniło. Wiem, że to nie jest coś, co można tak po prostu zostawić za sobą. Ale nie jestem nią, Rhys - słowa zawisły między nimi ciężko, ale nie były rzucone w złości. Wiedziała, że weszła na bardzo grząski grunt; przez kilka ostatnich miesięcy zbliżyli się do siebie, pokonali niesamowity dystans od tego, co było - do tego, co jest, a jednak nigdy nie poruszyli jej tematu; nigdy nie pozwolił Margo zajrzeć do tego fragmentu swojego życia, skrzętnie go przed nią chowając.
- Nie potrzebuję, żebyś mnie kontrolował, żebyś sprawdzał każdy mój krok i próbował mnie wycofywać, zanim coś się wydarzy - dodała, prostując się lekko. - Potrafię zadbać o siebie. Potrafiłam to zrobić przed tobą i teraz też tak jest - papieros dopalił się niemal niezauważenie, ale nie zwróciła na to większej uwagi.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czasem zastanawiał się jak to wszystko mogłoby wyglądać gdyby Margo wiedziała. Gdyby miała świadomość tego, co wydarzyło się w jego przyszłości - gdyby istniała jakaś wersja teraźniejszości, w której mógłby jej o tym powiedzieć, wytłumaczyć powód swojego podejścia do ich nieoficjalnego śledztwa. Pokazać na własnym przykładzie, że musieli być ostrożni - i nawet gdy wydawało im się, że już są, prawdopodobnie nie byli.
Być może wtedy nie tkwiliby tak w opozycji do siebie. Może wtedy zdałaby sobie sprawę z tego, że jego słowa nie są wyłącznie kierowane strachem, który tłamsił jej ambicje i podcinał jej skrzydła. Że gdy mówił z perspektywy większego doświadczenia, faktycznie je posiadał - nie tylko w prowadzeniu śledztw na własną rękę, ale też w zbieraniu konsekwencji tego, gdy te śledztwa kończyły się ź l e.
Ponieważ tu nie chodziło tylko o to, że był od niej starszy, że dłużej pracował jako detektyw i więcej spraw poprowadził oficjalnie lub nie. Tu chodziło o to, że on j u ż się sparzył, że wiedział, jak to jest, gdy wszystko nagle skręca w kierunku, którego wcześniej nawet się nie zakładało - nawet nie widziało się go na horyzoncie.
Wiedział, że Margo musiała mieć świadomość tego, jak źle to wszystko może się skończyć. Może zakładała, że dowie się o tym ktoś z pracy i dostanie naganę, upomnienie i nakaz powrotu do swoich obowiązków. Może spodziewała się, że Ventresca dowie się o niej, że znajdzie list z pogróżkami wsunięty pod drzwi, albo dostarczony jej osobiście. Oczami wyobraźni mogła widzieć to, jak rzucane są w nią groźby, czy ze strony policji, czy mafii, w którą się zaangażowała. Spodziewała się, że gdzieś w przyszłości pojawi się znak STOP, ale też musiała zakładać, w ten sposób, w który naiwnie zakładają wszyscy ludzie, że wtedy będzie miała możliwość się wycofać. Że nie było zbyt późno, a prawdziwe, surowe konsekwencje nie będą w stanie jej dosięgnąć.
Cholera, może je też widziała przed sobą.
Może widziała krew i przemoc, którymi Ventresca mogłaby jej sięgnąć, plagę Carbone'a, która rozlałaby się po jej mieszkaniu, uderzyła w jej rodzinę. Może zakładała, że w przyszłości to ona może stanąć w miejscu Rinaldiego, wybierając między sprawiedliwością i swoją moralnością a dobrem osób, na których jej zależało.
Ale wciąż nie mogła tego p o c z u ć.
Czym innym było wiedzieć, że któregoś dnia może potrącić cię samochód - czym innym było być przez niego uderzonym, poczuć rozlewającą się po ciele falę sztywności i cierpienia, słyszeć łoskot własnych kości łamiących się od impetu. Margo umysłem może obejmowała wszystkie te złe scenariusze ale on jeden z nich przeżył.
I wiedział, że tej skazy nigdy już się nie pozbędzie, że będzie mu towarzyszyła do końca jego dni, jak czarny znak wypalony wprost na jego duszy.
- Nie mówię, że nie masz racji ani to co robisz nie ma sensu - upomniał ją, widząc, jak ta sama iskra, która wywoływała wszystkie kłótnie, miesza się z przygnębiającym wrażeniem bezsilności, wsadzając jej do głowy narrację, której, technicznie rzecz biorąc, nie wypowiedział. - Mówię tylko, że masz inne podejście do tych tematów ode mnie. Jestem tu, ponieważ to jest dla ciebie istotne, a Bianchi powinien zostać zatrzymany.
Chciał powiedzieć coś więcej - coś, co być może zakopałoby topór wojenny, może wybrzmiało jak to słowo p r z e p r a s z a m, które nigdy nie przechodziło mu przez gardło. Ale z jej ust padło o jedno słowo zbyt wiele - o jedno imię, rzucone głośno, choć podobnie jak miłość, nie powinno zostać nazywane.
Zamarł, zaledwie na ułamek sekundy. Jego dłoń zatrzymała się w połowie drogi do ust, papieros dymił, jego końcówka żarzyła się intensywnie, pochłaniając jego kolejne fragmenty.
Zamarł, ponieważ miała r a c j ę. Myśl o tym, że to, co spotkało Sophie, mogłoby się przydarzyć jej, napełniała jego serce złością i czystą, niefiltrowaną desperacją. Sprawiała, że pragnął ją powstrzymać, zatrzymać w miejscu, w którym mógł dbać o jej bezpieczeństwo - nawet ceną skrzydeł, które musiały zostać spętane. Nie mógł znieść świadomości, że Margo wkraczała z własnej woli w miejsce, z którego on ledwo co zdołał się wydostać - że jego jedna noga wciąż grzęzła w tym gruncie, a on potrzebował czasu, by ją wyszarpnąć.
Nie mógł znieść myśli, że mogłaby podzielić j e j los.
Że to jej ciemne włosy nawiedzałyby go we wspomnieniach, jej skóra zbroczona szkarłatem, który nigdy nie powinien jej dotknąć. Że to jej piwne oczy pociemniałyby, gdy życie z ich wnętrza uleciałoby w stronę innego świata. Że jej puste spojrzenie wwiercałoby się w jego czaszkę, nawiedzało w snach i w tych bezsennych nocach spędzonych na wpatrywaniu się w sufit. Ventresca była niebezpieczna - ale nie tak, jak niebezpieczny był ogień czy palenie papierosów - czego ludzie byli świadomi, lecz wydawały się tak odległe, że mogli je ignorować. Ventresca była niebezpieczna ponieważ była t u ż obok, w jego sercu i w jego dłoniach, wypełniających wolę zesłaną prosto z piekielnych czeluści.
I mogła mu ją odebrać.
Reszta jej słów odbijała się od jego czaszki, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. Jego wzrok stał się nieobecny, palec bezmyślnie strzepał nadmiar popiołu z papierosa gdy to samo uczucie, które władało jego życiem dwa lata temu, teraz powróciło z podwójną siłą. Zacisnęło się na jego trzewiach, ścisnęło zabliźnione serce, zatrzymało je na jedno uderzenie serca.
Miała rację - wszystko, co mówił, każdy sposób, w jaki się zachowywał, wiązało się z tym, co wydarzyło się dwa lata temu. Wypowiedzenie tego na głos niczego nie zmieniało, oboje byli tego świadomi - a jednak tak, jak z miłością, nazwanie tego po imieniu sprawiło, że coś w jego wnętrzu przełączyło się gwałtownie, odcinając od niego emocje.
- Masz rację - odpowiedział tylko, krótko, wyrzucając niedopałek na ziemię w śnieg i zgniatając go podeszwą buta. - Przepraszam - dodał, nie patrząc w jej stronę. Nie chcąc kontynuować tej rozmowy, nie chcąc o tym mówić ani tego p r z e ż y w a ć, pragnąc znaleźć się z powrotem w Toronto, w tym momencie.
Odwrócił się, ruszając do drzwi od strony kierowcy - wchodząc do środka samochodu i opadając na fotel, w ciszy i tym dławiącym uczuciu czekając, aż emocje opadną z niej na tyle, by mogli kontynuować jazdę.
W cholerę stąd.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I to byłoby na tyle.
Jeszcze chwilę wcześniej każde słowo było jak iskra, każda odpowiedź jak uderzenie, napięcie między nimi rosło, zagęszczało powietrze, zmuszało do reakcji, do walki i nieustannego udowadniania swoich racji. A potem wystarczyło jedno imię, wypowiedziane bez podniesionego głosu i wszystko się urwało.
Margo dostrzegła ten moment bez najmniejszego problemu - nie musiała się domyślać, nie musiała analizować, zobaczyła to w nim od razu. Jak napięcie nagle opadło, lecz nie w sposób, który przynosił ulgę, jego sylwetka nie rozluźniła się, nie cofnęła do tej znajomej wersji. Wręcz przeciwnie, zastygła spięta w zupełnie inny sposób - rysy twarzy wyostrzyły się, spojrzenie straciło tę gwałtowność, która jeszcze chwilę wcześniej w nim buzowała, a na jej miejsce pojawiła się chłodna cisza.
Zamknął się.
Nie przed sytuacją, przed nią.
Patrzyła na niego uważnie, nie odrywając wzroku przez kilka długich sekund, jakby próbowała znaleźć w nim jakiekolwiek pęknięcie, cień wahania. Chciała widzieć, że nie odsunął się tak daleko, jak wyglądało to na pierwszy rzut oka. Ale nie było niczego, czego mogłaby się uchwycić. Żadnego gestu, żadnego ruchu, który zdradzałby, że dopuści ją choć o krok bliżej. Granica została postawiona jasno i boleśnie.
Zrozumienie przyszło natychmiast. Wiedziała, że dotknęła czegoś, co nie było przepracowane, co tkwiło w nim głęboko i nadal miało siłę, by wywołać taką reakcję. Wiedziała, że to nie był temat, który można było rzucić między nimi bez konsekwencji. Wiedziała też, że nie zrobiła tego bez powodu, ale świadomość nie chroniła przed tym, co pojawiło się chwilę później.
Ucisk gdzieś pod mostkiem, powolny i rozlewający się, który nie miał nic wspólnego ze złością. Było w nim rozczarowanie, może nawet zawód, nie tym, że się zamknął, tylko tym, jak bardzo. Tym, że odciął ją całkowicie, zostawiając ich rozmowę w miejscu, z którego nie było już powrotu.
Nie powiedziała nic więcej, nie sięgnęła po kolejne słowa, które tylko pogłębiłyby przepaść. Pozwoliła mu odejść, pozwoliła tej chwili opaść między nimi, choć miała pełną świadomość, że nic nie zostało rozwiązane.
Wróciła do samochodu, a droga upływała w ciszy. Nie tej gwałtownej i napiętej, która jeszcze niedawno kazała im reagować na każde słowo. Ta była ciężka i chłodna, przytłaczająca w swojej stałości. Silnik pracował jednostajnie, krajobraz przesuwał się za szybą bez znaczenia, a oni siedzieli obok siebie, oddzieleni czymś znacznie trudniejszym do pokonania niż kilka centymetrów przestrzeni. Nie włączyli radia, nie odezwali się ani razu.
Margo siedziała nieruchomo, oparta o drzwi z dłonią spoczywającą bezwiednie na udzie. Od czasu do czasu zerkała w jego stronę, krótko kontrolując ten odruch, jakby nie chciała zostać przyłapana na tym, że w ogóle próbuje go odczytać. Widziała napięcie w jego szczęce, sposób, w jaki zaciskał dłonie na kierownicy, jakby to była jedyna rzecz nad którą miał jeszcze pełną kontrolę. Jego wzrok był wbity w drogę z przesadną dokładnością, jakby nic poza nią nie istniało.
Nie czuła się winna. Wiedziała, dlaczego to powiedziała i co za tym stało. Miała do tego prawo, a jednak ta cisza działała na nią inaczej, podsuwała pytania, których nie chciała sobie zadawać. Czy każdy krok w stronę tego tematu będzie kończył się tak samo? Czy zawsze będzie musiała omijać go szerokim łukiem, żeby nie doprowadzić do takiego zamknięcia?
Minęło kilkanaście minut, droga ciągnęła się spokojnie, niemal monotonnie, zanim w końcu zdecydowała się przerwać milczenie. - Nie powinnam była o niej wspominać - powiedziała w końcu, spokojnie i bez śladu napięcia w głosie. - To było zupełnie niepotrzebne - słowa przyszły wbrew niej. Ułożyły się na języku, jakby nie należały do niej do końca. Nie przeprosiła wprost, bo nie potrafiła, gdy wciąż była przekonana, że nie zrobiła niczego złego, że nie przekroczyła granicy bez powodu, że nie rzuciła tego imienia lekkomyślnie, tylko dlatego, że było częścią prawdy, którą oboje od dawna omijali.
A jednak powiedziała to, nie dla siebie, a dla niego - bo widziała, jak bardzo to w niego uderzyło, jak szczelnie się zamknął i jak bardzo oddalił się od niej w ciągu jednej sekundy. Jeśli te kilka słów miało choć odrobinę rozluźnić ten mur, który między nimi wyrósł, była w stanie je wypowiedzieć, nawet jeśli nie zgadzały się z tym, co naprawdę czuła.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie chciał tego robić - nie chciał jej odsuwać od siebie, z dala od jakiejś części swojej przeszłości, której miała nie dotykać. Nie robił tego w pełni świadomie, a przynajmniej nie w ten sposób, który mogła interpretować. Nie chodziło o to, że nie miała prawa mówić o niej - czy też nie mogła zbliżać się do tej jątrzącej rany w jego sercu, która nigdy się nie zagoiła. Nie zrobiła tego, ponieważ jej nie pozwolił, ponieważ wmieszał się w sprawy, które nie pozwoliły mu zostawić przeszłości w tyle.
Odsunął się, ponieważ zdawał sobie sprawę z tego, że miała rację - ale jednocześnie nie potrafił nic z tym zrobić.
Nie potrafił powstrzymać się przed myśleniem o tym, co mogło jej się stać, ponieważ o ile Sophie należała do przeszłości, wszystkie reperkusje wynikające z jej śmierci aktywnie sięgały ku niemu szponami nawet teraz, na drodze szybkiego ruchu mknącej gdzieś przez dzikie terytoria Kanady. Wiedział jednak, że Mercer nie mogła o tym wiedzieć, dla niej wciąż myślami był przy innej kobiecie, do której nie mogła się zbliżać - z którą nie miała jak konkurować, ponieważ tamta została mu odebrana, a nie odszedł od niej na własnych warunkach.
I chciałby to wszystko jej wytłumaczyć, ale nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby to przekazać bez jednoczesnego rozplątywania tego chaosu, w którym utknęli oboje.
Jego wzrok skupiony był na drodze przez całość drogi, dłonie zaciskały się na kierownicy w pewnym uchwycie. Echo ich rozmowy wciąż rozbrzmiewało w aucie, nawet jeśli na pozór ciszę przełamywał tylko warkot silnika. Wybrzmiewało w jego głowie, wraz ze wszystkimi wypowiedzianymi przez nią słowami.
Jego głowa pokręciła lekko, w zaprzeczeniu, gdy wreszcie z jej ust wydobył się dźwięk. Wspomnienie kobiety było niczym wyznanie miłości - wypowiedzenie go na głos nie zmieniło stanu rzeczywistego między nimi. Oboje byli tego świadomi, w mniejszym lub większym stopniu.
- Wiem, że nie jesteś nią, Margo - odpowiedział krótko, ciszej, ale w jego głosie brakowało już werwy, zastąpiło ją znużenie, ten rodzaj zmęczenia, który pojawiał się wyłącznie po odbytych przez nich kłótniach, męczących i wypalających do cna. - Wiem, że to niesprawiedliwe, że nie potrafię patrzeć na ciebie i nie myśleć o tym, co wydarzyło się w przeszłości.
Westchnął, luzując nieco chwyt na kierownicy, jakby przez myśl przeszło mu by sięgnąć własną ręką do jej, ale zawahał się w ostatniej chwili. Bliskość była komfortem i pociechą, ale jednocześnie miała zdolność komplikowania rzeczy prostych i upraszczania tych, które były mocno skomplikowane.
- Ale nie udawajmy, że połowa tych kłótni nie wynika z tego, że to ty nie potrafisz współpracować - dodał, zbaczając nieco z tematu, który wisiał nad nimi ciężko i wracając na tory, na których odnajdywali się najlepiej. Kącik jego ust niósł się lekko w górę gdy odwrócił głowę, zerkając na kobietę. - Robisz rzeczy po swojemu albo nie robisz ich wcale. Praca w terenie wymaga kooperacji. Ja nie zgadzam się z wypisywaniem z akt Rinaldiego i spełnianiem jego zachcianek, a jednak pozwoliłem ci robić tak, jak uważasz. Ty kompletnie nie słuchasz niczego, co mówię, jeśli masz odmienne zdanie.

margo mercer
30 y/o
NIE MA LIPY, JEST ODLEGŁOŚĆ
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Margo bardzo się starała, żeby tego nie brać do siebie, nie odbierać jego reakcji personalnie, nie dopisywać do niej znaczeń, których być może wcale tam nie było. Rozumiała więcej, niż chciałby przyznać. Wiedziała, że to nie był zwykły temat, że nie chodziło o dumę ani upór, tylko o coś znacznie głębszego, czego nie dało się tak po prostu zamknąć i odłożyć na bok.
Nie przeżyła nigdy czegoś podobnego. Nie straciła nikogo w taki sposób, nie została z wyrwą, która nie chciała się zabliźnić mimo upływu czasu. Nie potrafiła więc naprawdę wyobrazić sobie, co nosił w sobie każdego dnia. Mogła jedynie próbować, a kiedy próbowała, dochodziła do wniosków, które w pewnym sensie uspokajały jej własne reakcje - że być może na jego miejscu zrobiłaby dokładnie to samo. Też stawiałaby granice, odpychała i nie pozwalała nikomu zbliżyć się do czegoś, co było zbyt bolesne, by to ruszać.
Ta myśl pozwalała jej zachować dystans i spokój, choć nie całkowicie.
Gdzieś głęboko, pod warstwą rozsądku i kontroli i tak pojawiało się to nieprzyjemne ukłucie. Subtelne, ale uparte, które nie znikało tylko dlatego, że potrafiła je sobie wytłumaczyć.
Kiedy odpowiedział, nie podjęła tematu. Nie dlatego, że nie miała nic do powiedzenia, po prostu wiedziała, że każde kolejne słowo zaprowadzi ich w to samo miejsce. Znów natrafią na ścianę, której nie da się obejść ani przeskoczyć. To, co powiedział, było wszystkim na co był w tej chwili gotów. I jednocześnie wszystkim, co ona była w stanie przyjąć bez rozbijania tego na nowo.
Emocje opadły, choć ich obecność wciąż była wyczuwalna gdzieś pod powierzchnią. Nie targały nimi już gwałtowne reakcje, nie szarpali się słowami, ale napięcie nie zniknęło całkowicie, po prostu zmieniło formę, stając się czymś cichszym, bardziej uporządkowanym.
Za szybą zaczęły pojawiać się pierwsze zabudowania. Z początku pojedyncze, rozrzucone gdzieś na horyzoncie, potem coraz gęstsze, coraz bardziej znajome. Miasto powoli wyłaniało się przed nimi, a wraz z nim coś na kształt ulgi, której nawet nie próbowała ukrywać. Toronto oznaczało powrót do czegoś, co znali. Do schematów, które były prostsze niż to, w czym tkwili teraz.
Westchnęła cicho, opierając głowę o zagłówek, po czym skinęła lekko głową, jakby bardziej do siebie niż do niego. - Tak, masz rację - powiedziała w końcu, bez złośliwości. - Nie potrafię. Jestem uparta i zawsze chcę postawić na swoim - w jej głosie pobrzmiewała nuta przekory, ale nie była ona już ostrzem. Raczej czymś znajomym, co należało do niej i czego nie zamierzała się wypierać. - Ale nie zamierzam robić tego, o co mnie podejrzewasz - dodała po chwili, przenosząc na niego spojrzenie. - Nie wymażę Rinaldiego z żadnych akt. Naprawdę uważasz, że byłabym do tego zdolna? - uniesienie brwi było lekkie, ale wymowne.
Na szczęście nie musieli ciągnąć tego dalej.
Samochód zwolnił, a chwilę później zatrzymał się pod jego apartamentowcem. Wysiedli bez pośpiechu, a ona przez moment stała obok, poprawiając rękawy kurtki, jakby zbierała myśli, które nie chciały się do końca poukładać. - Jestem zmęczona - powiedziała w końcu bez przesadnego dramatyzowania. - Pojadę dzisiaj do siebie - zrobiła krok w jego stronę, sięgnęła do niego i złożyła krótki, delikatny pocałunek na jego ustach; nie natarczywy, nie próbujący niczego naprawić na siłę. Raczej gest, który miał przypomnieć, że mimo wszystko wciąż tam byli.
Potem odsunęła się bez słowa, wsiadła do swojego samochodu i odjechała, zostawiając za sobą nie tyle ciszę, co coś znacznie trudniejszego do nazwania - całą masę niedopowiedzeń zamkniętych w tym jednym dniu, który potoczył się zupełnie inaczej od przewidywań.

koniec


Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”