przemoc (+ standardowo wulgaryzmy)
Niewykluczone, że tak byłoby słuszniej — na zachowanie mężczyzny reagować ze spokojem oraz należytą ostrożnością, czujnie pilnować własnych słów i liczyć na to, że uległość okaże się bezpieczniejsza niż jej brak. Jak najbardziej prawdopodobne było to, że najlepszą i najrozsądniejszą opcją była próba wycofania się, tyle tylko, że Indie nie była skłonna nawet wziąć tej możliwości pod uwagę. Nigdy nie nauczyła się tej ochronnej, samozachowawczej pokory, której oczekiwano od niej jako młodej dziewczyny w podbramkowych sytuacjach, więc nie czuła się winna Łysemu ani kultury osobistej, ani tym bardziej swojego posłuszeństwa. Z drugiej strony to też nie tak, że nie docierały do niej realia sytuacji — w porządku, Indie może nie odznaczał żaden niespotykany, ponadprzeciętny intelekt, ale głupia znów też nie była, przynajmniej nie na na tyle, żeby nie rozumieć oczywistej przewagi mężczyzny i tego, że nie miał żadnych powodów by poczuć się jakkolwiek onieśmielony jej osobą. Robiła to wszystko świadomie, wiedząc, że na poziomie fizycznym rzeczywiście nie stanowiła dla niego większego niebezpieczeństwa, bo przy takiej różnicy sił nie mogła zbawić jej nawet gruntowna wiedza z zakresu dawania (i dostawania) w mordę. Poważnie zagrożone było chyba tak naprawdę tylko ego Waltera — ewidentnie godził w nie już sam fakt, że nie dość, że miała tupet bezczelnie przeszkodzić mu w tym równie nieudanym co niesmacznym podrywie, to jeszcze nie dawała zastraszyć się żadną groźbą, nijak nie reagując na nieprzyjemny, podniesiony ton. Na podstawie jego reakcji zgadywała, że musiał rzadko słyszeć od innych słowo "nie", bo jej nieustępliwość zdawała się być dla niego wręcz oburzająca, zupełnie jakby nigdy przedtem nie przyszło mu do głowy, że ktoś
jej formatu — byle głupia gówniara spod jakiegoś zaplutego baru — mógłby mieć czelność stawiać się komuś takiemu, jak on.
Co prawda nie była pewna, czy z tej sytuacji nadal dało się wybrnąć dowcipem, na to mogło być już odrobinę za późno, ale tak czy inaczej doceniła zarówno próbę rozładowania napięcia ze strony Shereen, jak i sam żart, swoją drogą całkiem zabawny. Bardzo chętnie wyraziłaby wobec niego swoje uznanie, ale okoliczności nieszczególnie sprzyjały wymianom komplementów, więc swoją reakcję zmuszona była ograniczyć do krótkiego, szybkiego przytaknięcia głową.
—
Ja wiem — wtrąciła bez zastanowienia. —
Ani szczepiona, ani odrobaczana — zapewniła mężczyznę z pełnym przekonaniem, w przeciwieństwie do nieznajomej nie siląc się przy tym na humorystyczny ton. Mógł sam zdecydować, czy chciał potraktować to jako żart.
Przyjeb mi, skoro jesteś taka odważna.
Nie miał prawa wiedzieć, że zakwestionował niewłaściwą osobę — nie wyglądała przecież jak ktoś, kto miał chociażby jeden dobry powód ku temu, by tę groźbę potraktować jak wyzwanie. Bo nie miała. Nic nie sprzyjało takiej decyzji, ani fizyczne warunki Caldwell, ani okoliczności, w których się znajdowała, nic, nic zupełnie, bo
potencjalnych korzyści tego wyboru nie było nawet w połowie tak wielu, jak jego pewnych konsekwencji. Nie miała żadnego realnego interesu w podjęciu rękawicy. Żadnego.
Tyle tylko, że Indie — niestety — owszem, była
taka odważna. Na tyle, żeby do udowodnienia tego nie potrzebować ani dobrego powodu, ani kolejnego zaproszenia; zrobiła to od razu.
Oprócz nietrzeźwości mężczyzny na jej korzyść bezapelacyjnie zadziałał również element zaskoczenia i niewiele więcej poza tym, bo choć zamachnęła się pewnie, czysto, to efektywność tego ciosu finalnie podyktowała jej ograniczona siła. Łysy co prawda zatoczył się w tył, ale potrzebował tylko trzech kroków: pierwszego do odzyskania równowagi, drugiego do pokonania dzielącego jego i Caldwell dystansu, a trzeciego, ostatniego — do tego, żeby się zamachnąć. Mogła tylko zgadywać, jak
dokładnie wyglądały kolejne sekundy; w jej pamięci zlewały się w jedną, nie do końca wyraźną całość, z której była w stanie przywołać tylko krótkie wyrywki, czasem nawet pojedyncze stopklatki. W jednej chwili jeszcze trzymała go za fraki, a w następnej tymi samymi dłońmi, którymi dopiero ujmowała materiał jego kurtki, podpierała się już o przymarznięte płyty chodnika, usiłując nie tyle co wstać, co nabrać tchu. Nie była pewna, czy jej los przypieczętowany był już po pierwszym ciosie przyjętym na twarz, ale finalnie położył ją ten drugi, kolejny, wymierzony niżej: wyprowadzona prosto i czysto w brzuch pięść, której uderzenie skutecznie odebrało jej nie tylko równowagę, ale przede wszystkim oddech.
Chwilowo nie docierało do niej więc nic, co działo się nad jej głową — zgięta w pół na zimnym betonie nie zarejestrowała ani dalszych gróźb mężczyzny, ani głosów zgromadzonej widowni, zbyt zajęta desperackimi próbami złapania tchu żeby zwrócić na nich uwagę. Nie była w stanie skoncentrować się na niczym, co nie było uczuciem płonących żywym ogniem płuc i wyraźnym posmakiem metalu w ustach, więc nie miała pojęcia ani kto zaraz klęknął tuż przed nią, ani o co próbował ją pytać. Na nachyloną nad nią postać zwróciła uwagę dopiero wtedy, kiedy uzmysłowiła sobie, że żeński głos należał do dziewczyny, której napraszał się jej przeciwnik; wówczas uniosła wzrok znad betonu, przenosząc go na Winfield, która
chyba znów coś mówiła. I chyba nawet do niej?
—
C-o? — Tylko tyle była w stanie wyrzucić z siebie pomiędzy płytkimi, urwanymi oddechami, błądząc po twarzy nieznajomej rozbieganym spojrzeniem.
Shereen Winfield
(p.s. przepraszam za obsuwę</3)