Loty na tej trasie były z natury krótkie, niemal techniczne — bardziej przypominały przedłużenie miasta niż właściwą podróż. Start z Toronto, szybkie przebicie się przez chmury, ledwie chwila stabilnego lotu i już zaczynało się schodzenie nad Nowym Jorkiem. Przestrzeń pomiędzy była tylko cienką warstwą czasu, którą można było wypełnić albo snem, albo pracą.
Kabina klasy biznes miała w sobie ten charakterystyczny, wyciszony luksus — miękkie światło, szerokie fotele, przestrzeń, która udawała prywatność na tyle skutecznie, że można było zapomnieć o kilkudziesięciu innych osobach oddychających tym samym powietrzem.
Inari nie wyglądała jednak jak ktoś, kto leci na spotkanie biznesowe. Raczej jak ktoś, kto właśnie przegrał coś, czego nie zamierzał przegrać.
Siedziała przy oknie, lekko przekrzywiona w stronę światła, które wpadało przez owalny iluminator. Obok niej Niamh, oddzielona szerokim podłokietnikiem i milczeniem, które nie było już ostre, ale nadal dalekie od komfortowego.
Na rozłożonej tacce leżała kartka. Z pozoru zwykła — w rzeczywistości gęsto zapisana równaniami. Linie przecinały się pod różnymi kątami, symbole mnożyły się, znikały pod kolejnymi poprawkami. Inari pisała szybko, niemal mechanicznie, jakby ręka nadążała za czymś, co już dawno wydarzyło się w głowie. Prawdopodobieństwa. Rozpisywała warianty jak ktoś, kto próbuje odzyskać kontrolę nad czymś, co wymyka się z rąk. Obok kartki leżał tablet, ekran ustawiony pod kątem, na którym trwała rozgrywka.
THEArchitect VERSUS User67
Inari zerknęła na ekran z wyraźnym brakiem satysfakcji. Jej talia — stalowa. Zbudowana wokół Magnezone ex i Dialga VSTAR, oparta na szybkim ładowaniu energii i kontroli tempa. Stabilna. Sprawdzona. Powinna wygrywać. A jednak...
— Oczywiście — mruknęła pod nosem, przesuwając palcem po ekranie.
Przeciwnik grał ziemią.
Garchomp ex z przyspieszeniem energii z discardu. Do tego Koraidon ex, który w pierwszych turach rozkładał tempo jak ciężki młot. I jeszcze to przeklęte wsparcie — Earthen Vessel i ciągłe filtrowanie talii.
— To nie ma prawa tak działać — wymamrotała ciszej. Na kartce pojawił się nowy ciąg liczb. Szanse na dobranie konkretnej kombinacji w trzeciej turze. Prawdopodobieństwo przetrwania przy określonym rozkładzie obrażeń. Margines błędu. Skreśliła wynik. Poprawiła. Jeszcze raz. Na ekranie jej Magnezone padł szybciej, niż powinien. Zacisnęła szczękę. — Dwadzieścia trzy przecinek siedem — mruknęła pod nosem, jakby liczby mogły coś odwrócić.
potem tylko rozmyta plama zabudowy i w końcu przestrzeń.
Obok ktoś się poruszył — stewardesa zatrzymała się przy ich rzędzie, uśmiech profesjonalny, wyuczony.
— Czy mogę coś paniom podać?
Inari nie zareagowała. Jej wzrok był wbity w ekran, palce przesuwały się po kartce.
— Trzydzieści jeden przecinek dwa… nie, to nie ma sensu.
— Proszę pani? — spróbowała jeszcze raz kobieta.
— Siedemnaście procent przy drugim mulliganie, to absurd... — mamrotała Inari, całkowicie ignorując rzeczywistość wokół.
Dopiero po chwili stewardesa odpuściła, przenosząc uwagę gdzie indziej. Inari nawet tego nie zauważyła. Ciałem tkwiła głęboko w rozgrywce, ale myślami wracała do lotniska...
Odprawa była szybka, sprawna, niemal bezproblemowa — przynajmniej na poziomie formalnym. Inari przechodziła przez nią jak przez kolejny punkt na liście — dokumenty, kontrola, ruch, kolejny etap. Zatrzymała się dopiero wtedy, gdy poproszono Niamh o oddanie ortezy do sprawdzenia.
To był drobny moment. Krótki. Ale wystarczający.
Spojrzenie Inari zatrzymało się na tym ułamek sekundy za długo — na konstrukcji, która nagle przestała być częścią ciała, a stała się przedmiotem do obejrzenia, oceny, przepuszczenia przez system. Nie powiedziała nic. Nawet nie drgnęła. Ale coś w niej zareagowało — ciche, nieprzyjemne ukłucie, które trudno było nazwać. Przez moment przeszło jej też przez myśl, żeby przejąć walizkę. Ruch prosty. Logiczny.
Nie zrobiła tego. Zbyt łatwo mogła sobie wyobrazić reakcję. Krótki komentarz, chłodny uśmiech, coś, co sprowadziłoby gest do absurdu. Zrezygnowała więc jeszcze zanim zdążyła się ruszyć. I właściwie nie była tym zaskoczona. Patrząc na Niamh — na sposób, w jaki trzymała się prosto mimo ograniczeń, jak maskowała każdą oznakę słabości — Inari zaczynała rozumieć, skąd brało się napięcie między nią a Ronnie.
Nie z konfliktu. Z niedopowiedzeń. Z rzeczy, które były obecne, ale nigdy nie nazwane. Maskowanie zamiast komunikacji. To nie była różnica charakterów. To była konsekwencja.
— Serio? — mruknęła nagle, wracając do rzeczywistości. Na ekranie Garchomp ex znowu wszedł z pełnym uderzeniem. Jej zasoby topniały szybciej, niż przewidywały jakiekolwiek wyliczenia. Na kartce pojawił się kolejny wzór. Tym razem bardziej złożony. Bardziej desperacki.— Jeśli przyjmę, że dobiorę energię w następnej turze przy... — Zatrzymała się. Spojrzała na wynik. Zakreśliła jedno z prawdopodobieństw. Niskie. Zdecydowanie zbyt niskie. Westchnęła cicho, opierając na chwilę długopis o kartkę. — Fiasko — podsumowała półgłosem. Zerknęła w bok, na szeroki pulpit Niamh i dojrzała paczkę fistaszków. — Będziesz to jadła?
Ale nie odłożyła ani tabletu, ani kartki. Bo spadek w rankingu nie wchodził w grę. Nawet na wysokości kilku tysięcy metrów, między jednym miastem a drugim.
Niamh R. Kilroy