Dzieciństwo Maisy pachniało pastą do podłóg, starą skórą prawniczych kodeksów i kurzem osiadającym na aktach sądowych w gabinecie jej ojca. Dom sędziego Thorne'a sądu prowincjonalnego był miejscem, gdzie sprawiedliwość mierzono paragrafami, a porażkę lodowatą ciszą przy kolacji. Mała Margaret od zawsze miała być tylko częścią tego świata – czysta, błyskotliwa, idealnie skrojona do roli prokuratora. Dorastała w przekonaniu, że świat jest konstrukcją logiczną, a sprawiedliwość to kwestia odpowiednio dobranej retoryki. Do dziś pamięta ojca siedzącego w półmroku, rytmiczne stukanie maszyny do pisania i zapach drogiej whisky, którą sączył po wygranych procesach. Nauczyła się, że cisza ma swoją cenę, a słowa potrafią wyciągnąć z bagna lub w nim zatopić. Była tą ładną i wygadaną, idealną córeczką tatusia. Przynajmniej tak mogła wyglądać gra pozorów.
W szkole zawsze "błyszczała". Choć była pełna naiwnych ideałów, uczyła się, że prawo to tylko narzędzie, a emocje to balast. Był to także czas naiwnej miłości i wiary, że świat można naprawić. Wtedy wierzyła, że miłość to inwestycja; nie wiedziała jeszcze, że niektórzy ludzie traktują partnerstwo jak stopień na drabinie do kariery. Gdy zrozumiała, że w życiu ważniejsze jest jej nazwisko, niż ona sama, zrobiła to, co Thorne’owie robią najlepiej: wydała wyrok. Odeszła bez słowa, zostawiając za sobą perły, bankiety i świat drogich kancelarii na rzecz błota i krwi policyjnej akademii.
Wstąpienie do policji było policzkiem dla rodziny, ale dla Maisy stało się tlenem. Jej pójście do policji nie było krzykiem nienawiści, ale aktem rewolucji i potrzebą sprawdzenia, co dzieje się z ludźmi, zanim staną przed obliczem jej ojca. Chciała zrozumieć moment, w którym „dobry człowiek” podejmuje „złą decyzję”, zanim sprawa trafi na salę sądową jako suchy zestaw faktów. Jej kariera zawodowa potoczyła się dalej szybko i perfekcyjnie, jak zawsze. Akademia policyjna i równoczesne studium psychologiczne pozwoliło jej szybko ugruntować swoją pozycję i to bez wpływu nazwiska sędziego.
Zamieniła jedwabne koszule na policyjne raporty, a salonowe debaty na przesłuchania w piwnicach komisariatu. Jako profilerka w Toronto Police Service szybko przestała być „dziewczynką tatusia” i zyskała opinię irytująco drobiazgowej. Nie jest typem gliniarza, który wyważa drzwi – ona otwiera je psychiką, wykorzystując swój
króliczy słuch, pozwalający wychwycić drżenie jednej sylaby, gdy tętno podejrzanego przyspiesza. Ma w sobie tę specyficzną, niemal naiwną uważność. Potrafi godzinami obserwować drżenie dłoni podejrzanego lub sposób, w jaki układa on szklankę na stole. Dla niej miejsce zbrodni to nie zbiór dowodów, ale intymny list od mordercy. Stała się cieniem, który potrafi godzinami analizować ułożenie zwłok, by zrozumieć ostatnią myśl mordercy. W pracy z obecnym partnerem – człowiekiem, który jest jak chodząca katastrofa – odnalazła dziwny rodzaj spokoju. On nie udaje, że świat jest czysty. Ona nie udaje, że go naprawi. Po prostu trzymają się pionu, jedząc chińszczyznę nad aktami spraw, o których miasto wolałoby zapomnieć.
Teraz stoi w rozkroku: pomiędzy ojcem, który widzi w niej marnotrawną córkę, a zawodowym partnerem, który rozpada się przy nowej sprawie przypominającej tę sprzed lat. Maisy wie, że tym razem nie wystarczy tylko poprawić raportu. Tym razem ktoś będzie musiał zapłacić. Ma odznakę, naostrzony ołówek i determinację.
Strzeż się Toronto. Nadchodzi sprawiedliwość.
Ciekawostki
- W kieszeni zawsze nosi monetę od dziadka z 1920 roku. Obraca ją w palcach podczas trudnych przesłuchań; gdy nagle przestaje to robić, oznacza to, że właśnie przejrzała kłamstwo podejrzanego.
- W surowym lofcie w Distillery District prowadzi „szpital” dla roślin. Przynosi zmarnowane kwiaty z biura lub korytarzy sądowych i przywraca je do życia. Twierdzi, że rośliny są jedyną rzeczą w Toronto, która nie potrafi kłamać. To jej forma medytacji i walki z chaosem, który widzi w pracy.
- Maisy ma niezwykle wyczulony słuch na zmiany tonu głosu. Potrafi wychwycić moment, w którym tętno przesłuchiwanego przyspiesza, tylko po drżeniu jednej sylaby. Słyszy strach tam, gdzie inni widzą pewność siebie.
- Mimo że jada w biegu, potrafi przygotować idealną, tradycyjną pieczeń. Robi to jednak tylko wtedy, gdy jest skrajnie zestresowana – gotowanie według ścisłych receptur ojca pomaga jej odzyskać kontrolę nad chaosem.
- Cierpi na lekką bezsenność. Praca w wydziale zabójstw zabrała jej spokojny sen. Często budzi się o czwartej rano, widząc pod powiekami układ ciał z nierozwiązanych spraw. Wtedy wstaje, parzy za mocną kawę i patrzy na panoramę Toronto, zastanawiając się, ilu drapieżników właśnie teraz kładzie się spać.
- Nienawidzi zapachu tanich papierosów – przypominają jej najmroczniejsze zaułki miasta.
- Minimalizm z pazurem: Jej stylizacje są nienaganne i surowe (spuścizna po Thorne’ach), ale buntowniczy charakter ukrywa w jaskrawych podszewkach ubrań.
- Boi się, że pewnego dnia po prostu przestanie czuć współczucie i stanie się tak sucha i surowa jak akta w gabinecie jej ojca. Szuka prawdy nie tylko dla sprawiedliwości, ale przede wszystkim dla spokoju ofiar.