-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
To miał być miły wieczór… jeden z tych, gdy w imię wyższego dobra zakopuje się topór wojenny, zapomina o dawnych sporach i bitewkach. Gdy w blasku kryształowych żyrandoli i brzęku kieliszków do szampana wszyscy próbują się dobrze bawić. Rozmowy polityczne nie prowadzą do zaciekłych dyskusji niezależnie od zajmowanej strony i nikt nie boi się, że jego słowa trafią na pierwsze strony gazet. Podczas takich wieczorów budowało się zaufanie i najważniejsze relacje, które wpływały na dalszy przebieg kariery zawodowej.
Love ciągle była w tym świecie stosunkowo nowa, nawet jeśli to nie było pierwsze tego typu przyjęcie w jej życiu. Nie wiedziała czym sobie zasłużyła na zaproszenie ze strony redakcji, ale od pierwszej chwili zamierzała z niego skorzystać. Nie przypuszczała jednak, że część zawodowych relacji w takich okolicznościach mogła być szczególnie… problematyczna.
Zauważyła go już dawno temu, przynajmniej dwa kieliszki szampana wcześniej. I naprawdę nie rozumiała dlaczego zrobiło na niej wrażenie to, że nie był sam. Przecież to nic dziwnego biorąc pod uwagę, że miał żonę, a to żony zabiera się na tego typu imprezy. To był też tak naprawdę pierwszy raz, gdy miała okazję zobaczyć ich razem i chyba stąd to nieprzyjemne ściśnięcie w żołądku. Była piękna i Love zdała sobie sprawę, że to, co leży jej na mostu to… zazdrość.
Szlag.
Właśnie dlatego próbowała ją utopić w kolejnych porcjach alkoholu oraz zagłuszyć rozmowami. O wszystkim. Z każdym. Weszła w ten tryb, gdy jej urok osobisty robi naprawdę ogromne wrażenie, więc nie narzekała na brak towarzystwa i chętnie z niego korzystała, otwarcie flirtując. Tak, gdzieś w tak zwanym międzyczasie zdała sobie sprawę, że flirtuje, a jednocześnie jej wzrok ucieka w bardzo konkretnym kierunku, jakby sprawdzała, czy patrzył. Czy czuł chociaż odrobinę tego, co ona? Czy jednak oddzielanie kwestii zawodowych od prywatnych szło mu lepiej? A może Roderick znaczyła tak niewiele, że potrafił zignorować jej obecność?
Sama nie wiedziała, w którym momencie towarzyskiej rundki nagle stanęła twarzą w twarz z nimi. Nie powinna tego robić, ale jednocześnie nie mogła sobie odmówić.
- Panie Ballore, dawno nie mieliśmy okazji się widzieć - kłamstwo, ale tylko oni o nim wiedzieli… oficjalnie ich ostatni wspólny program miał miejsce jakiś czas temu. Krótko spojrzała prosto w męskie oczy, przesunęła po jego twarzy i płynnie przeszła do kobiety stojącej u jego boku, do której się promiennie uśmiechnęła - Pani Bellore jak sądzę. Love Roderick… - wyciągnęła w jej kierunku dłoń - Milo poznać kobietę, która stoi za tym sukcesem. Jestem tego bardziej niż pewna. - nawet powieka jej nie drgnęła, a uśmiech nie stracił na blasku.
Jakby wcale nie rozmawiała z kobietą, której obecność zupełnie nieświadomie wyprowadziła ją z równowagi.
anthony bellore
-
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjipłynny?postaćautor
sorry ass wizualizacja, ale mundur
Ten wieczór miał być miły przede wszystkim dlatego, że państwo Bellore – to jest znowu-świeżo upieczeni rodzice – byli na randce pierwszy raz, odkąd dowiedzieli się, że będą mieć dziecko. Okoliczności, rzecz jasna, średnie, ale po paru miesiącach małżeńskiej monotonii i dmuchania na zimne (jak to przy ekstremalnie późnych ciążach bywa), nawet przyjęcie dla snobów, pismaków, polityków i innych gryzipiórków brzmiało jak najbardziej romantyczny wieczór na świecie. Zresztą – odkąd Anthony wygrał jeden z mandatów w Toronto, tak jakby nie mieli wyboru. Jego kampania trwała w trybie 24/7/365 i nawet jeśli chodziło wyłącznie o szczytny cel, to nie wypadało mu się nie pojawić. Zwłaszcza w towarzystwie kobiety przy której wyglądał jak ten biedniejszy kuzyn z prowincji.
Mimo więc, że Kimberly uwiązała męża do siebie, bardziej niż ze sobą czas spędzali na tych wszystkich pustych rozmówkach, poznawaniu nowych ludzi i udawaniu, że to nigdy nie jest nic osobistego. I radzili sobie naprawdę świetnie. Anthony, wbrew pozorom, lubił takie imprezy (choć nazywał je teatrzykami), ale nawet gdyby było inaczej, to jego żona od zawsze prowadzała go po „salonach”, jakby się na nich wychowała i tym razem to przede wszystkim ona brylowała w otoczeniu swojego prywatnego MP.
Różnił ich jedynie poziom ostrożności. Podczas gdy pani Bellore mocno wierzyła, że „wszystko zostaje w Vegas”, Tony podchodził do tego z dystansem i przynajmniej starał się być zdyscyplinowany. To właśnie dlatego naprawdę nie rozumiał, dlaczego większe wrażenie zrobiła na nim sukienka, którą miała na sobie Love, a nie ta, którą osobiście pomógł wybrać Kimberly. I dlaczego tak często szukał jej wzrokiem. I dlaczego tak nieprzyzwoicie myślał.
Nie sądził, żeby redaktor Roderick zdawała sobie sprawę z jego zainteresowania. Był dyskretny (był, prawda?), a poza tym zakładał, że wiedziała „jak się zachować” w takiej sytuacji. Była profesjonalistką, pewnie większą od niego i znała stawkę. Nie pozwoliłaby sobie na niepotrzebne ryzyko. Trudno było mu jednak przeoczyć, że jej wybór rozmówców był co najmniej intrygujący i że czasami uśmiechała się tak, jak powinna uśmiechać się tylko do niego. Nigdy nie myślał, że Love była jego „na wyłączność”, ale dopóki nie myślał o tym, że mógłby się nią dzielić, zupełnie mu to nie przeszkadzało.
Teraz popijał to podwójnym koniakiem przemyconym w tłum ludzi pod płaszczykiem jakiegoś bezalkoholowego drinka, a już za chwilę miał pożałować, że to była tylko jedna porcja.
Szlag.
– Redaktor Roderick. Nie wiedziałem, że panią też tu zanudzają – Odchrząknął. Stanął prawie na baczność, spięty i nawet lekko się wzdrygnął, ale akurat to musiało umknąć Kimberly, bo zaaferowana rozmową z kimś innym dopiero odwracała się w ich stronę. Zupełnie, zresztą, nieświadoma, że zaczepiła ich jej „młodsza wersja”. – Skarbie, to jest… – Podjął, starając się przejąć kontrolę nad tokiem rozmowy, ale umówmy się: on w tym towarzystwie wcale nie był potrzebny. Mógł tylko patrzeć. I liczyć na to, że to nie był ten jeden kieliszek za daleko; ten, po którym nic już nie będzie takie samo.
– Mam nadzieję, że usłyszał. Usłyszałeś? – Kimberly, nieświadoma, że żołądek męża zaczął się kręcić jak w bęben w pralce, wymierzyła mu kumpelskiego kuksańca łokciem, szeroko uśmiechając się przy tym do Love, zanim chwyciła jej dłoń. – Przyjemność jest po mojej stronie. Bardzo pani kibicuję. Nie jest łatwo pływać między rekinami. I proszę mi mówić po imieniu. Nie jestem jeszcze wystarczająco stara na „panią” – rzuciła lekko. Skracanie dystansu było jej popisowym zagraniem i robiła to z taką gracją, że nawet Anthony mimowolnie zaśmiał się pod nosem, mimo że był autentycznie przerażony. – Piękna sukienka. Och, ile bym dała, żeby już móc taką ubrać – Kimberly jęknęła, odważnie przesuwając spojrzeniem po sylwetce Love. Zazdrościła jej, ale bez grama złośliwości. W końcu próbowała „wymodlić” u dziennikarki łagodniejsze traktowanie jej męża. Nie miała prawa jej podszczypywać.
– W tej też wyglądasz zabójczo. – Wtrącił się wreszcie Anthony i znad głowy swojej żony, posłał Love wymowne spojrzenie. Wystarczy tego dobrego. – Proszę się ze mną zgodzić, pani redaktor. Ja ją wybierałem – dodał zaskakująco spokojnie i miękko, bez cienia tremy ani chłodu, jakby zupełnie nie przejmował się tym zamieszaniem.
Jakby ryzyko wcale nie było fascynujące.
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
Kimberly była absolutnie urocza i chociaż Love nie wiedziała na ile to z jej strony gra, a na ile prawdziwa twarz kobiety to cóż… przez krótką chwilę przeszło jej przez myśl, że w innych okolicznościach mogłyby się nawet polubić! W innych okolicznościach.
Zaśmiała się swobodnie, kręcąc lekko głową.
- W takim razie ma Pan doskonały gust jeśli chodzi o sukienki… - na krótką chwile odnalazła męskie spojrzenie i miała nadzieję, że tylko on dostrzegł błysk w jej oku - …oraz kobiety - dokończyła, przenosząc wzrok do Kimberly - Bo wyglądasz zjawiskowo. I jestem pewna, że połowa obecnych tu kobiet, ze mną na czele, ci zazdrości… - nawet nie kłamała. Faktycznie jej zazdrościła, chociaż niekoniecznie tego, czego powinna - A połowa mężczyzn zazdrości małżonkowi. - dorzuciła, uśmiechając się pod nosem i zakrywając lekko twarz za kieliszkiem z szampanem, bo przecież nic tak nie dodaje odwagi oraz uroku osobistego niż odrobina uderzających do głowy bąbelków - Tym bardziej jeśli weźmiemy pod uwagę okoliczności - uśmiechnęła się łagodnie do pani Ballore i w oczywisty sposób nawiązała do tego, że była przecież świeżo upieczoną mamą. I tak, na szczęście o takich rzeczach w kuluarach się mówiło, plotki docierały nawet do jej kręgów i miała prawo wiedzieć, nie wydała Anthony’ego… który wolał spędzać czas w podmiejskim hotelu niż ze swoją ciężarną żoną - Najszczersze gratulacje. - uśmiech miała opanowany do perfekcji, nikt nie miał prawa się zorientować, że Love Roderick w tym momencie prowadziła jakąkolwiek grę. Bezczelną i odrobinę ryzykowną. Czuła, że w ten sposób grała na nosie Ballore przyprawiając go o szybsze bicie serca z zupełnie innego powodu niż normalnie.
Czuła na sobie jego spojrzenie i czuła z tego powodu satysfakcję, zaczęła też zupełnie przypadkiem i zupełnie niewinnie bawić się biżuterią na swojej szyi, ściągając jego wzrok w bardzo oczywiste okolice własnego dekoltu. Oh, to było płytkie… i doskonale o tym wiedziała. - Ale! Nie będę wam przeszkadzała, chciałam się tylko przywitać.
I wszystko zaryzykować.
anthony bellore
-
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjipłynny?postaćautor
Tylko że… Oni nie byli rozsądni. Rozsądni ludzie nigdy nie znaleźliby się w takiej sytuacji.
– Tego akurat nie słuchaj! – Kimberly roześmiała się dźwięcznie i pogroziła mężowi palcem, choć była tak bardzo skupiona na osobie prezenterki, że zupełnie przegapiła moment, w którym ich spojrzenia się skrzyżowały. Ten umknął również i jemu, to znaczy – zbyt długo i intensywnie przyglądał się Love znad głowy swojej żony, natomiast w jego przypadku wreszcie zadziałały wyrzuty sumienia i skutecznie ściągnęły go na ziemię. Do świata, w którym okłamywał swoją żonę, krzywdził ją i jeszcze pozwalał na to, żeby Roderick posypywała jej rany solą. I w którym jej otwartość, swoboda i ciepło bolały go niemal fizycznie. I w którym zupełnie nie miał nad tym panowania. I w którym robił się z tego powodu wściekły. – Jesteś bardzo miła, ale… – Podjęła jeszcze, zasypana tymi wszystkimi komplementami, ale Anthony musiał w końcu odzyskać namiastkę kontroli.
– Nie ma żadnego „ale”. – Przerwał jej więc i teatralnie westchnął, a potem objął żonę w talii i złożył czuły pocałunek na jej skroni. – O mnie sobie myśl, co chcesz, ale redaktor Roderick nie ma żadnego powodu, żeby cię oszukiwać – rzucił z przekąsem (i nawet nie mrugnęła mu powieka), jak przystało na małżonka z długim stażem i znów dyskretnie zerknął w stronę Love. Lubił myśleć, że potrafił czytać z jej oczu i że często rozumiał ją bez słów, natomiast tym razem nie potrafił rozszyfrować, co artystka miała na myśli. Gdyby chciała się przyznać, myślał sobie, zrobiłaby to od razu i bez gry wstępnej, więc musiało chodzić o coś innego. Może o satysfakcję? Tylko czy z upokorzenia Bogu ducha winnej Kimberly, czy jednak ze strachu w oczach jej męża? A może po prostu chciała go rozzłościć?
Państwo Bellore „pożegnali” Love grzecznościowymi uściskami dłoni, ale to wcale nie znaczy, że udało jej się zniknąć z radaru Anthonyego. Wręcz przeciwnie – wciąż za nią wyglądał w wyczekiwaniu na odpowiednią okazję, przy okazji złoszcząc się, ilekroć poświęcała czas komuś, z kim nie było mu po drodze. Zaszachował ją zatem dopiero za jakiś czas. Kręcąc się przy szwedzkim stole, niby wybrednie, szukał czegoś na ząb, ale tak naprawdę chodziło tylko o to, żeby się do niej zbliżyć. Wyczekał zatem, aż trochę zbyt pijany, dużo młodszy od niego żołnierz przestanie jej zamęczać (być może na jego widok) historią, którą usłyszał od kolegi i sprzedawał jako swoją, i wreszcie zatrzymał się jakiś krok od niej.
– Marnujemy za dużo jedzenia. Wszyscy jedzą pani z ręki, pani redaktor – rzucił nonszalancko, zaglądając do kolejnych blaszaków z cateringiem. Stojąc bokiem, nawet nie zerknął w jej kierunku, ale po prostu czuł, że na niego spojrzała. Musiała to zrobić. On by spojrzał. – Czy to jest ten moment, w którym mówisz mi, co to miało być, czy musisz najpierw usłyszeć, jak pytam? – Mruknął półgłosem, ciągle „grzebiąc” w przygotowanych potrawach. Już zapomniał, o co poprosiła Kimberly, ale to przecież nic szczególnego. Zapominanie mu się zdarzało. – Tylko nie mów, że "nic". Nadal uważam, że jesteś na to zbyt dorosła – dodał chłodno.
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
Zacisnęła mocniej szczękę, chociaż uśmiech nawet na moment nie zniknął z jej twarzy. Przesunęła spojrzeniem po kobiecej sylwetce, po jego dłoni oplatającej jej talię i w górę… trafiając akurat na tak czuły gest z jego strony, że aż ją zemdliło. Mężczyźni naprawdę mogą być tak zakłamani? Nie zadała tego pytania jednak na głos, udało jej się utrzymać język za zębami i zachować twarz. Po prostu, gdy się od nich oddaliła musiała sięgnąć po kolejny kieliszek z szampanem. Wiedziała, że to był błąd, ale teraz było już za późno, żeby cokolwiek z tym zrobić.
Wróciła więc do swojego wcześniejszego zajęcia - lawirowania między gośćmi, poszukiwań znajomych twarzy oraz poznawania nowych. Była cholernym social butterfly i nikt powinien mieć wątpliwości, że odnajdywała się w tej roli. Jednocześnie kilkukrotnie przyłapała się na tym, że szukała go spojrzeniem po sali… i przynajmniej raz ich spojrzenia się skrzyżowały, co przyniosło jej odrobinę satysfakcji. I śmieszny dreszcz, który przemknął wzdłuż jej kręgosłupa.
I nie pomyliła się, gdy przeszło jej przez myśl, że jeszcze będą mieli okazję porozmawiać.
Kącik ust drgnął jej w kierunku uśmiechu, ale dopiero po krótkiej chwili podniosła wzrok do Anthony’ego – Potraktuję to jako komplement, panie Bellore. – rzuciła swobodnie, przesuwając się mocniej w jego stronę i sięgając do pojemnika, który znajdował się tuż obok mężczyzny – I zbyt dorosła na ”nic” w odpowiedzi, czy na to, co się stało? – odbiła piłeczkę, prostując się i wbijając wzrok w twarz mężczyzny. Nie czekała na jego odpowiedź, kontynuowała… przysunęła się jeszcze bliżej, żeby nie musieć podnosić głosu, jej szept miał trafić tylko do jego uszu – Jeśli bardzo potrzebujesz wyjaśnień to zrzuć to na ciekawość. Musiałam skonfrontować obraz, który zbudowałeś w mojej głowie z tym jaka jest w rzeczywistości. A poza tym… może trochę chciałam wyprowadzić cię z równowagi? Nie wiem. To koniec końców strasznie nudna impreza, odrobina przyspieszonego bicia serca ci nie zaszkodzi. – wzruszyła lekko ramieniem, przestała się w niego uparcie wpatrywać, żeby jednak nie wzbudzić za dużo sensacji i wróciła do przeglądania zawartości szwedzkiego stołu.
Jakby w ogóle zamierzała cokolwiek jeść. Tego wieczoru miała dietę płynną i wysokoprocentową, co raczej nie służyło jej zdrowemu rozsądkowi.
anthony bellore
-
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjipłynny?postaćautor
Ba! Mało tego! Mężczyźni nie tylko mogą być tacy zakłamani, ale oprócz tego potrafią jeszcze nie mieć wyrzutów sumienia, a nawet czuć się stroną poszkodowaną, kiedy coś pójdzie niekoniecznie po ich myśli. Anthony był tego całkiem niezłym przykładem, choć uczciwie trzeba mu oddać, że i tak stąpał po ziemi całkiem twardo, skoro doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że był złym człowiekiem; że krzywdził nie tylko Kimberly, ale Love – w gruncie rzeczy – też i że tak naprawdę zasługiwał na to, żeby ten romans „wypalił mu w twarz”. Ale jeszcze nie teraz.
Jeszcze nie teraz, bo Anthony Bellore miał chyba najlepszy okres w swoim życiu i nie był gotowy, żeby to wszystko stracić. Nadal świętował historyczny, skądinąd, sukces polityczny, miał piękną rodzinę i właśnie został ojcem w pełni zdrowej córki, a jakby tego było mało, to jeszcze co któryś wieczór spędzał w objęciach znacznie młodszej od siebie, wschodzącej gwiazdy telewizji, do której ślinili się jego partyjni koledzy. Nie można sobie wyobrazić lepszej definicji „wygrywania życia”, zwłaszcza jeśli od niedawna już naprawdę się starzejesz i czujesz, że to mogą być ostatnie dobre lata, z których na serio skorzystasz.
Nic dziwnego zatem, że w obliczu zagrożenia, Anthony nie zamierzał jedynie biernie przyglądać się rozwojowi wydarzeń i że postanowił przejść do „aktywnej” defensywy. Czuł, co prawda, że grunt pod nogami był śliski, ale pozostawienie inicjatywy w rękach Love (albo losu) mu się nie uśmiechało. Zwłaszcza, że w gruncie nie wiedział, przed czym właściwie się bronił. Do tej pory była przecież dojrzała. Pewnie nawet bardziej od niego.
Miękki głos Love odbił mu się po głowie echem raczej przyjemnym, choć świadomość, że wystarczyło jej najwyżej pół zdania, żeby się do niego zbliżyć, była odrobinę deprymująca. To on miał wyznaczać dystans; ona miała za to czuć respekt i się kajać, więc ten bieg w stronę ognia był co najmniej niepokojący. Jakby już zupełnie nie dbała o to, co się stanie.
– Zbyt dorosła, żeby się nudzić – odparł krótko i wręcz stoicko spokojny, jakby jej słowa wcale go nie rozdrażniły. W istocie było jednak zupełnie odwrotnie i na pewno zdradziła go któraś ze zmarszczek albo kącik ust, natomiast… To wszystko. Studzenie rozgrzanego temperamentu dziennikarki opierało się na tym, że sam nie da się ponieść emocjom, więc mógł tylko zgrzytać zębami. – I jak wypadła? Ta konfrontacja? – Dopytał zaraz w duchu rozładowywania napięcia, ale też z ciekawości. Love była bystra i spostrzegawcza, jak przystało na wymagającą rozmówczynię, którą miała się stać, toteż jej spojrzenie go szczerze intrygowało. Nie wiedział tylko, czy wolałby usłyszeć „miałeś rację”, czy jednak że jeszcze ciągle nie poznał swojej żony. – Poprawiła ci nastrój? – Dodał, jeszcze zanim zdążyła się odezwać; z przekąsem i obrzucając ją wyrazistym spojrzeniem, na które nie pozwoliłby sobie w towarzystwie Kimberly (i towarzystwie w ogóle zresztą też). Nie był fair, jeśli próbował ją o coś oskarżać, ale w tej swojej pokręconej logice czuł, że należało bronić honoru. Swojego lub jej.
Gdyby tylko nie łoskot blaszanej pokrywki jednego z sąsiednich pojemników, po której zaczął się alkoholowy monolog o kawiorze, truflach i tatarze z łososia.
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
A chwilę później psuła wszystko wyciągając dłoń do jego żony albo teraz – zmniejszając między nimi dystans przy tym nieszczęsnym szwedzkim stole. Jakby zupełnie umykał jej fakt, że w tym momencie każdy uczestnik tego przyjęcia może ich zobaczyć. Bardziej na widoku byliby chyba tylko na samej scenie. A mimo wszystko i tak odrobinę zbyt długo wbijała w niego spojrzenie, uparcie i intensywnie, jakby naprawdę liczyła, że zobaczy coś więcej.
Kącik ust drgnął jej w rozbawieniu, bo czy miała poprawiony nastrój? Już otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, gdy głos za jego plecami skutecznie ją rozproszył i w minimalnym stopniu sprowadził na ziemię. Bardzo minimalnym.
- Znasz lepsze sposoby na poprawienie mi nastroju, Bellore. Ale raczej nie chcesz o tym tutaj rozmawiać. – rzuciła swobodnie, a błysk w jej spojrzeniu był bardziej niż wymowny. Oczywiście, że chciała go rozdrażnić jeszcze bardziej, bo naprawdę granie na męskich nerwach było najlepszą rozrywką dzisiejszego wieczoru. No i jej wyobraźnia… ta cholerna wyobraźnia.
- Mundur ci pasuje. – dorzuciła beztrosko, lustrując go od stóp do głów, a kiedy ich spojrzenia się spotkały uśmiechnęła się pod nosem. Bo tego oczywiście też nie powinna mówić, ale nie umiała się ugryźć w język – Twoja żona jest urocza. Czy nie powinieneś jej teraz dotrzymywać towarzystwa? Naprawdę ktoś może ci jej pozazdrościć, a ja… znajdę sobie jakieś inne towarzystwo. Sam zauważyłeś, że jedzą mi z ręki. – nie musiał się przecież martwić, że spędzi ten wieczór sama. Właściwie nawet przez chwilę nie była sama i wiedziała, że młody wojskowy, którego przed momentem Anthony wystraszył, na pewno kręci się gdzieś w pobliżu. Może okaże się równie skutecznym źródłem informacji zawodowych?
anthony bellore
-
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjitrzecia osobaczas narracjipłynny?postaćautor
Paradoksalnie „scenę” łatwiej byłoby im wytłumaczyć. Z podwyższenia trudno wszak mówić o prywatnych schadzkach, aurze tajemniczości czy sekretach. Mimo to – Anthony czuł się przy szwedzkim stole całkiem pewnie. Nie działo się nic szczególnego; ktoś regenerował się przed następną kolejką, kogoś przysłała żona, ktoś inny był pijany, a kogoś jeszcze zmogło i odpoczywał. Grzecznościowy small-talk był czymś więcej niż normalnością. W takich miejscach w dobrym guście jest potrafić zabawić kogoś rozmową, a w jeszcze lepszym – gdy gracie w zupełnie innych ligach. Pytanie tylko, czy patrząc z boku to bardziej on sprawiał przyjemność aspirującej dziennikarce na dorobku, czy jednak to Love robiła nadzieję podstarzałemu i pewnie podchmielonemu oblechowi.
Bellore uśmiechnął się pod nosem, ale nie dał się zwieść satysfakcji i zaraz pokiwał głową na boki, mocno zaciskając szczękę. Miało wyjść coś w rodzaju rozczarowania albo zawód, ale nie mógł być w nich do końca szczery, jeśli jego myśli powędrowały w kierunku, o którym chciała, żeby rozmyślał, bawiąc się biżuterią naście minut wstecz, więc mogła dopisać sobie kolejny punkt. Szczególnie, jeśli przez poprawianie nastroju rozumiała tylko nowe, zakulisowe ploteczki, a niekoniecznie przyśpieszone oddechy i pomiętą pościel.
– Jest niewygodny. – Poprawił mankiet, mimowolnie prostując plecy i unosząc brodę, gdy ruszyła spojrzeniem na tę swoją wędrówkę. Z jednej strony – nauczony doświadczeniem i ze strachu, jakby była jakimś czepialskim dowódcą; z drugiej – bo ten młody wojak też wyglądał całkiem schludnie i nie chciał na jego tle wypaść na zmęczonego życiem, zgarbionego, starego trepa. – Powinni zazdrościć. Gwiazdy wieczoru przeważnie są urocze – rzucił z przekąsem i nutką – tak jakby – zazdrości. Anthony nie miał kompleksów, ale już tak dawno nie był postacią drugoplanową, że stanie w cieniu swojej żony trochę go uwierało. No, albo przynajmniej tak mu się wydawało, że to Kimberly miała większe „branie”; albo chciał, żeby Love tak myślała. Mimo to – wzruszył obojętnie ramionami i nawet nie obejrzał się za siebie, żeby sprawdzić czy miała rację i powinien mieć się na baczności. – To prawda. „Jakieś” znajdziesz na pewno – mruknął niby obojętnie, z politowaniem zerkając w stronę tego faceta, który chwilę wstecz im przeszkodził zaglądaniem do blaszanych pojemników z jedzeniem. – Widzę, co próbujesz zrobić. Chcesz, żebym się wściekał i był zazdrosny, bo wiesz, że nic nie mogę zrobić – powiedział obniżonym tonem głosu i pochylając się nieco nad stołem pod pretekstem nałożenia czegoś na talerzyk. „Czegoś”, bo wszystkie przystawki były na pewno nieprzyzwoicie drogie, wyglądały dziwnie i Anthony nie potrafił ich nazwać. Ja też nie. – Niezła próba, ale… Daj spokój. To nie twój poziom, Love. Ty też to wiesz – dokończył już wyprostowany. Przelotnym spojrzeniem omiótł jej twarz, a kiedy dotarł do czubka głowy, dostrzegł tego Bogu ducha winnego żołnierza i porozumiewawczo kiwnął do niego głową. Sęk w tym, że miał na myśli bardziej „odpierdol się” niż zaproszenie do wspólnej rozmowy, a to okazało się wcale nie być tak bardzo zrozumiałe.
Love Roderick
-
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracji3os.czas narracjiPrzeszłypostaćautor
Za to śmiesznie zadrżała, gdy pochylił się i znalazł się znacznie bliżej. Nie dała jednak tego po sobie poznać – a przynajmniej miała nadzieję, że tego nie zauważył i uśmiechnęła się do niego ładnie. Prawie niewinnie!
- Zaskakująco dużo dzisiaj zakładasz… że jestem zbyt dorosła, że coś nie jest na moim poziomie. A może właśnie tak jest? Może jestem tylko żałosną gówniarą, bezwstydną dziwką, która znalazła swoją okazję, a teraz nie potrafi ustać w szeregu, gdzie jej miejsce? – zarzuciła zaskakująco swobodnie, ale jednak mocno przyciszonym głosem, przysuwając się do Bellore tak, żeby jej słowa mogły dotrzeć tylko i wyłącznie do niego – Byłbyś zazdrosny? – wycedziła przez zęby, odnajdując męskie spojrzenie i unosząc brew pytająco.
W ostatniej chwili. Odezwała się do niego w ostatniej możliwej chwili, gdy jeszcze udało im się uniknąć lekkiego skrępowania, bo nagle ktoś naruszył ich prywatność. Młody żołnierz nie zamierzał przecież zrezygnować z takiej okazji, a gdy tylko się obok nich pojawił Love przybrała swoją najbardziej uroczą, najbardziej spektakularną maskę, przy której najłatwiej było odnaleźć się w towarzystwie.
- Andrew. – przywitała się z nim, dając Anthony’emu do zrozumienia, że zdążyli się poznać, a także zminimalizować dystans i przejść ze sobą na ty – Mieli panowie okazję się wcześniej poznać? Pan Bellore to doskonały przykład jak poprowadzić swoją karierę po służbie. Powinniście się dogadać! – rzuciła swobodnie, pogodnie i jak gdyby nigdy nic… zostawiła ich tam, subtelnie się odsuwając – niby przeglądając jeszcze zawartość stołu, ale tak naprawdę wykorzystując okazję, żeby zagrać na nosie Anthony’ego. Ginąc w tłumie i szukając towarzystwa, którego nie będzie mógł określić „jakimś”, a którym może faktycznie uda jej się wzbudzić męską zazdrość.
Żałosne.
Nie mogła się jednak powstrzymać… i to wszystko przez tego cholernego szampana.
/zt
anthony bellore