-
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
debil nr 1 debil nr 2 jensonek jelonek
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Ja pierdole, Prince. Bo ci zaraz jebnę, przysięgam - odepchnął go swoją długą ręką i nawet, gdy Williams przestał się już wydurniać, łypał na niego kątem oka, będąc gotowy do ucieczki. Całe szczęście, że niedługo potem dojechali na miejsce i mógł wyskoczyć z auta na większą przestrzeń, gdzie na pewno było bezpieczniej.
Wziął jeszcze z bagażnika swoje rzeczy i powędrowali do domu, a wejście do środka było w odczuciu, jak ukończenie jakiejś pojebanej misji w grze. WRESZCIE.
- Ale, że co? Awansowałeś teraz na jakieś bożyszcze nastolatek? Trochę przypał w sumie, bo wszystkie pewnie nieletnie - wtrącił, idąc na końcu, tuż za chłopakami.
Położył torbę na podłodze i rozejrzał się po wnętrzu, cicho wzdychając. Jego uwagę szybko przykuł odgłos otwieranego piwa. Automatycznie przeniósł spojrzenie na Alexa i przypomniał sobie o artefakcie, który ukrył w czeluściach swojej torby. Przed Princem oczywiście.
- Od piwa to się głowa kiwa - rzucił wujasowym tekstem i zaraz wydobył piękną butelkę The Macallan 25 YO Sherry Oak. Uniósł ją do góry, by zaprezentować kumplom i zaraz postawił na stoliku. - Dałem za nią prawie 3 koła, więc proponuję ją rozpić na początku, żebyśmy chociaż poczuli smak - dodał, po czym wyprostował się i ruszył w stronę kuchni. - Idę zlokalizować jakieś szkło - wyjaśnił i podczas gdy Alex opowiadał historię z lasu, Joel szperał po szafkach w poszukiwaniu szklaneczek. Zaraz wrócił do salonu i postawił je na blacie stolika, parskając śmiechem na słowa o szachiście po udarze.
- Pojebany był ten szop. Tak w ogóle, co było w tej samarce Prince? On w ogóle przeżyje taką dawkę? - zapytał luźno Williamsa, choć teraz to i tak popij wodą. Śmierć z przedawkowania i tak zdawała się być lepszą śmiercią, niż zeżarcie przez wilka.
- Dobrze wiesz, że czekamy na jakieś gorące szczegóły - przewrócił oczami, bo stwierdzenie taka jedna, nie mówiło mu absolutnie nic. - Fajne ma cycki? - zapytał bez ogródek, w międzyczasie otwierając butelkę whisky i napełniając szklaneczki.
- Ja miałem ostatnio pojebaną akcję. Zapomniałem o pobieraniu krwi. Dzwonek do drzwi, otwieram, a tam zamiast starego Jose, młoda Pani doktor, czaicie? Zmienili mi tego poczciwego starucha na seksowną blondynkę - powiedział, wracając wspomnieniami do tamtego poranka. Jeżeli to nie było wygranie na loterii, to ja nie wiem co to było.
- No Panowie, łapcie się za szkło! - powiedział z entuzjazmem, gdy whisky zostało już starannie nalane. Sam również wziął jedną ze szklaneczek i wystawił ją w kierunku chłopaków, chcąc się z nimi stuknąć.
Hollander Skolim Najman
-
and this line ties me to this place
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na słowa Prince’a prychnął tylko pod nosem i uniósł rękę.- Te, Williams. Laski lecą na tę fryzurę. Jak nie wierzysz, to zapytaj swojej starej. - Spojrzał najpierw na niego, potem na resztę chłopaków, aż w końcu podszedł bliżej księciunia i zarzucił mu ramię na szyję.- Nie mogła przestać krzyczeć mojego imienia. Oh, Dallas, tak, mocniej! - rzucił, próbując naśladować jego matkę, choć widział ją może raz w życiu. Swoją drogą wyglądała nawet yum w swoim fartuszku, ale anyways. Parsknął sam do siebie, ale kiedy Hall go przytulił od tyłu, przymknął oczy i dla beki położył dłoń na jego przedramieniu, jakby właśnie odgrywał scenę z Titanica.- Ahh, hasbi, nawet nie wiesz, jak mi tego brakowało.- Dlaczego nazwał Alexa Hasbullą? Why the fuck not? Był od nich wszystkich kilka centymetrów niższy, właściwie najniższy z całej bandy, więc automatycznie łapał status niziołka. Dallas nie był jednak aż takim samobójcą, żeby mówić to za głośno. Co jak co, Jensen umiał się napierdalać na lodzie, ale tam przynajmniej miał ochraniacze. Tutaj, w starciu z zawodowcem, wolał nie testować własnego szczęścia.
Wzruszył ramionami. - Może, może.-I tak nie miał ostatnio szczęścia do kobiet. Trafiały mu się same świruski, a takich miał już wystarczająco dosyc. Zerknął na Joela i skrzywił się teatralnie.- A weź, stary. Ja się już boję spojrzeć na jedną za długo, bo zaraz mnie jakaś pozwie o molestowanie. Mój manager zabrania mi się nawet uśmiechać. Nigdy nie wiadomo, co takiej siedzi pod czaszką…- Postukał się palcem w czoło, patrząc na Delaneya, a potem prychnął pod nosem na całą tę gościnność rapera. Mimo wszystko słuchał z zaciekawieniem opowieści Alexa, schylając się po zgrzewkę piwa. Co chwilę otwierał szerzej oczy albo uchylał usta, chłonąc każde ich słowo. What in the KAC VEGAS is going on?! przechodziło mu przez myśl raz po raz. A kiedy padło słowo szop, momentalnie wróciły do niego flashbacki z Vietnamu. Pierwsza randka z Fernandes, gówniarski wiek, romantyczny wieczór i 'przesłodki' szop, który go tak urządził, że skończył w szpitalu. Zaśmiał się pod nosem, schylił i pogłaskał Cipsona.- Widzisz, Cipek? Jesteś tutaj jedynym bohaterem. - Potem jego wzrok padł na whisky, które Joel trzymał i aż się rozpromienił.- Kurwa, nie musisz mnie namawiać drugi raz. Otwieraj to cudo.
Zrzucił z siebie kurtkę, cisnął ją gdzieś na krzesło, postawił sześciopak na stole i rozwalił się wygodnie w fotelu, patrząc na nich z niedowierzaniem.- Wy sobie jaja robicie. Przeczesał dłonią włosy i pokręcił głową.- Poznajesz laskę przed Sylwestrem- spojrzał na Alexa.- Do ciebie przychodzi hot pielęgniarka zamiast starego oblecha - przeniósł wzrok na Joela.- Zaraz ty mi jeszcze powiesz, że jakaś tobą jest zainteresowana, i chyba się tu przekręcę na miejscu.- Zerknął na księcia i westchnął teatralnie, jakby los naprawdę się na niego uwziął, po czym podniósł się z fotela i ruszył do kuchni. Otworzył szafkę, wyciągnął kilka szklanek, zachowując się jak u siebie, i wychylił się zza ściany.- Łap! - Rzucił jedną w stronę Joela, zaraz potem kolejne do reszty, skutecznie wybijając ich z rytmu. Ostatnią zostawił dla siebie. Wrócił do salonu, opadł z powrotem na fotel i z impetem postawił szklankę na stole.- Lej to.- Oparł się wygodniej, ale po chwili zmarszczył brwi, bo jedna myśl właśnie wyjątkowo bezczelnie wślizgnęła mu się do głowy. - Swoją drogą, przez to wasze pierdolenie o szopie przypomniała mi się moja laska ze studiów. Erza Fernandes, pamiętacie ją?- Spojrzał po nich.- Rudowłosa. Zajebiste cycki, zgrabna dupa, coś świta?- Westchnął, ale bardziej rozbawiony niż naprawdę przejęty.- Myślicie, że byłaby chętna na jakiś niezobowiązujący numerek po latach? - Wyszczerzył się bezczelnie, lecz chwilę później mina mu trochę siadła i prychnął pod nosem.- Kogo ja próbuję oszukać. Pewnie zapisała moje nazwisko w jej osobistym Death Note.
księciunio basketboy hasbi
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiShe/hertyp narracjiTrzecioosobowaczas narracjiPrzyszłypostaćautor
— Oh, to tak jak twoja stara, kiedy pakowałem jej kutasa w dupę — komentuje od razu słowa Jenny z przepięknym uśmiechem i zaczyna wykonywać ruchy kopulacyjne, aż sobie Williams jęknął przy okazji — chyba miała z pięć orgazmów i cały czas wrzeszczała, że nikt jej nigdy tak dobrze nie przeruchał — parsknął Prince, bo jego takie teksty w ogóle nie ruszały. Za dużo przebywał wśród patologii... chyba też przy niej właśnie przebywał, ale musiał się dobrze bawić. Za to na ten ich titanicowe pozy, aż strzelił oczyma — A wy macie gejowskie zapędy — skwitował krótko, mierząc ich wzrokiem i na całe szczęście zaraz już wchodzili do środka. Mógł rozłożyć się wygodnie na kanapie, przez moment zapominając o samarkowej aferze. Nie obchodziło go bekanie, pierdzenie, chciał się w końcu napierdolić, by leżeć pod kanapą.
— Nie chcę tego wspominać — skwitował na wielką epopeję Alexandra o ich przygodach, aż otworzył sobie piwo i zaczął je pić, aż cała puszka nie zniknęła w przeciągu kilku minut — powinieneś chyba dostać zastrzyk przeciwko wściekliźnie — z jakiegoś powodu szop się na nich rzucił. Podobno ta choroba wirusowa była śmiertelna. Piana z ust, agresja, wodowstręt... tylko te objawy już pasowały do Halla. To chyba ups, nie mógł się zarazić.
— Pan to ma jednak gest — aż Williams uśmiechnął się na widok butelki, takie życie było idealne. O ile rano nie będą chcieli go wziąć na poranne bieganie. Nie wziął całego wagonu petów, by przeżyć sportowy weekend ze świrusami — mdma, żebym szalał przy was cipki z empatii — albo był w stanie zrozumieć ich momentami babski sposób myślenia — chuj mnie to obchodzi, szczerze mówiąc — złodzieje powinni umierać, zwłaszcza tacy kradnący samarki. To prawdziwa hańba, której trzeba było przeciwdziałać na przyszłość — jebane śmieciowe pandy — mruknął Prince i aż westchnął ciężko. Dobrze, że jeszcze zapas miał ze sobą. Chciał tak po prostu poczuć się szczęśliwy, zagrać w pokera na hajs, zapalić cygarko, a cały czas wiatr mu w oczy.
— Opowiadaj o tej dupie — rzucił Williams, wpatrując się w Alexa, a zaraz wzrok przeniósł na Delaneya i parsknął śmiechem — tylko tyle masz do powiedzenia? — parsknął, kręcąc przy tym głową. Nie wierzył w to, co właśnie słyszał — lekarka? A wyruchałeś ją chociaż? Pokażcie foty, na pewno pokazują cycki i dupy na insta— potrzebował szczegółów. Był facetem, ale kochał plotki, póki co opowieści wyglądały na... poziom co najmniej nędzny — ja spotkałem siostrę mojego dealera, totalnie dobra dupa — i aż się rozmarzył, wzdychając ciężko — jezu, chciałbym widzieć ją... — nikt tego nie chce wiedzieć Prince, nawet biedna użytkowniczka pisząca tego posta, a to nie będzie najgorsze, co pomyślisz — no i jeszcze wkurwiającą blondynkę, taką lalę — atakującą, bijącą, wyzywającą. Dobra, odwołał własne twierdzenie o Alexie z wścieklizną, Cora ją miała — jakby zamknęła jadaczkę, to może bym ją przeruchał — i aż się rozmarzył, jak zatyka jej usta... Kolejny piękny widok, gdyby tylko nie była taka wojownicza i agresywna. Postawił szklankę na stole i zaczął rozlewać każdemu alkohol. Przynajmniej można było go nazwać dobrym gospodarzem w tym konkretnym momencie.
— Taaa, pamiętam, te typiarę co dawała dupy. Z desperacji chcesz do niej wrócić? — aż parsknął pod nosem, bo nie lubił rudej. Dallas był przy niej cipą, a on... nie lubił cip. Na wzmiankę o szybkim numerku, aż parsknął śmiechem. Widocznie musiał mu przypomnieć, co tak właściwie powinien o niej myśleć — to była przecież szmaciura jebana, zrogowaciala niedźwiedzica, co się kurwi pod mostem za wojaka i siada kurwa na butle od vanisha, i kurwe w taczce pijana wozili po osiedlu — mistrz ciętego języka właśnie się odpalił. Na samo wspomnienie o tej lasce, coś mu przeskakiwało w głowie — wiesz o co chodzi mnie, nie? Takiego pantoflarza jak przy niej to nigdy kurwa nie widziałem — aż pokręcił głową — daj se spokój, bo gorszej szmaty nie widziałem. Przypomnieć Ci, dlaczego z Tobą zerwała? — spytał, unosząc jedną brew, ale nie czekał na odpowiedź — bo wybrałeś własne szczęście — karierę a Prince naprawdę to rozumiał, pocieszał i na co? Żeby wspomnienie tej raszpli popsuło im weekend? Niedoczekanie — za nas! — chwycił za szklankę, upił szybko łyka i spojrzał na kumpli.
-
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 os.czas narracjiprzeszłypostaćautor
hubby debil jebany burżuj