ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę mechanik dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

i wish i'd known what i know now. things
could be different… if i'd known how
P r z y w y k ł.
Teoretycznie przynajmniej, praktycznie wciąż dziwił się, widząc rozstawione dookoła, nieswoje rzeczy. Rozrzucone ubrania, torbę, dziwne, smakowe napary. Nieważne, dokąd szedł i co robił, wszędzie czuł herbatę z dziesiątkami aromatów: kwiatem hibiskusa, wiśnią, cytrusem, brzoskwinią. Teoretycznie wszystko oddzielnie, praktycznie — wszystko razem. Wymieszane. Trochę mdłe. Odsuwał więc małe, papierowe pudełeczko za każdym razem, kiedy przeczesywał szafkę w poszukiwaniu mielonej robusty. Czarnej. Mocnej. Przede wszystkim: zwyczajnej.
Opierał się o blat, krzyżował przedramiona i myślał.
Wszędzie, gdzie się obejrzał, widział ślady czyjejś obecności. Obecności innej niż ta, do której przywykł, a za którą wciąż czasami tęsknił, jednak to Ramona na stałe zagościła w domu. W r e s z c i e coś czuł. Mieszankę ulgi, ściskającego brzuch napięcia, nieufności, ale przede wszystkim — cichej wdzięczności. Niewypowiedzianej. Spychanej głęboko w podświadomość, zaprzeczanej, wstydliwej. Czuł coś, co podsumowałby słowami: "dobrze, że jesteś", gdyby przynajmniej przez pięć sekund o tym pomyślał.
Zamiast jednak myśleć, uchylał drzwi garażu, otwierał maskę i brał się za robotę.
Pierwsze, od czego zaczął, to sprawdził przewody zapłonowe, dociskając każdy, jeden po drugim, dłonią upewniając się jeszcze, czy obejma dobrze trzyma. Bez względu na to, jak wyglądał, jego ręce były stabilne. Pewne. Dokładnie takie jak zawsze, nawet jeśli tym razem odpuścił sobie standardową dawkę. Po większości leków, szczególnie tych, które brał bardziej regularnie, czuł się trochę przytępiony. A teraz potrzebował m y ś l e ć.
Demian sprawdził wszystkie kieszenie, zarówno w dresowych spodniach, jak i w bluzie przerzuconą niedbale przez szafkę, zanim przypomniał sobie, gdzie tym razem odłożył kluczyki. Sięgnął do biurka pełnego części, śrubek i płynów i otworzył skrzypiące drzwi. Usadzając się w fotelu kierowcy, najpierw dwukrotnie wcisnął pedał gazu, po czym odpalił Mustanga.
Ośmiocylindrowy silnik ryknął, warknął, przecinając ciszę.
Przez parę sekund pracował nierówno, zanim się uspokoił i złapał normalny rytm.
Crowe wysiadł z prawie sześćdziesięcioletniego samochodu, łapiąc się dachu, po czym obszedł samochód i otworzył maskę. Jedną ręką oparł się o karoserię, pochylając się coraz mocniej i mocniej, aż wreszcie ściągnął brwi, jakby próbował wyłapać fałszywe dźwięki.
Sięgnął po śrubokręt, potem — do gaźnika.
Tępym wzrokiem wpatrywał się w śrubę mieszanki paliwowo-powietrznej, przekręcając ją o ułamek obrotu, o parę ledwie widocznych milimetrów. Ośmiocylindrowy Windsor zareagował natychmiast, niemniej jednak Demian i tak odczekał chwilę. Sekundę, drugą, trzecią. Przysłuchiwał się coraz bardziej równemu, miarowemu ośmiocylindrowemu Windsorowi.
Kątem oka dostrzegł ruch, domyślając się, kto to. Odruchowo wyprostował plecy, wciąż pochylając się pod otwartą maską, a potem jeszcze raz minimalnie skorygował ustawienie. Nieważne, co robił, jedno zdanie wracało do niego w myślach.
“Trochę jebanej empatii”.
E m p a t i i...
Otarł dłonie o ubrudzoną już szmatę, po czym trochę za długo i za dokładnie odłożył materiał na chłodnicę.
Docisnął linkę gazu.
Silnik zamruczał, zagłuszając Ramonę.
Demian odsunął rękę, przysłuchując się temu, czy Windsor się dławi, czy obroty spadają równo. Dopiero kiedy najgłośniejszy, pierwszy ryk ucichł, podniósł wzrok, tym razem wpatrując się w czarną, podniesioną maskę.
Co? Mówiłaś coś?

Ramona Crowe
gall anonim
what a dumb idea... do it!
31 y/o
For good luck!
173 cm
Instruktorka fitness CrossFit Toronto
Awatar użytkownika
On my tombstone when I go
just put "Death by Rock and Roll"!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOna / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Same shit, different day jak to mówią. Trudno się z tym w sumie nie zgodzić...

Ciążyło jej ostatnie spotkanie z Demianem. Miała moment jakiegoś wyrzutu sumienia, ale niedługo. Było to bardziej przelotną myślą, że może przesadziła że słowami, ze sposobem, ze swoją natarczywością. Miała nawet przebłysk wątpliwości odnośnie swojego przylotu. Ale szybko jej przeszło, bo ilekroć o tym myślała, to dochodziła do tego samego wniosku, że zrobiłaby to jeszcze raz, jeśli Demian też by w ten sam sposób się zachowywał. Bo powiedziała co myślała, w sposób jasny, zrozumiały i asertywny (może nawet aż za bardzo, ale przynajmniej zapamiętał). Sam zaproponował wyjście, zgodził się na jej pobyt, a finalnie - zachowywał się jakby trochę miał problem z jej obecnością.

Prawda jest taka, co widać i co sama sobie uświadamiała, że w sumie to dużo się kręciło wokół niego. Nie, bardzo Ramona się kręciła wokół swojego brata i nie potrafiła tego nazwać. Nie potrafiła też powiedzieć jakim cudem trafiła w to miejsce, ani nie wiedziała - chyba tym bardziej - jak się z tego wyplątać, bo trudno było jej zauważyć własny błąd. Fakt, nakręcała się i złościła, bo rzeczywistość okazała się zupełnie inna niż miała być i nie była w stanie zaakceptować, że może być już inny, że może jej chcieć mniej, albo po prostu inaczej niż kiedyś.

To co mówił miało sens, że przyszła i rządzi i oczekuje różnych rzeczy, jednak i on miał swoje, bardzo przy tym udając że wcale tak nie jest. Chyba można pokusić się o stwierdzenie że wbrew pozorom byli w tym bardzo podobni, ale wyrażali to w zupełnie inny sposób, a już na pewno przeżywali to zupełnie inaczej.

I okej, to by można było przyjąć. Może by się jeszcze trochę posprzeczali, może by trochę na siebie nawet pokrzyczeli. W końcu, zdarza się. Trzeba się ze sobą dogadać, a czasem na początku po prostu nie wychodzi. Więc wahania są naturalne.

I chyba tak to wyglądało, przynajmniej z jej perspektywy. Trochę się zbliżała, trochę odsuwała. Trochę się uśmiechała, trochę denerwowała, ale była w tym samym budynku. Tylko im dłużej z nim była, tym bardziej się dziwiła, bo tak inny był od tego co zapamiętała i z każdą interakcją okazywało się, że jest... gorzej. Bycie w tym nieprzewidywalnym, które miało być bezpieczne, wzbudzało bardzo dużo niepokoju. Więc trochę się szarpała, a trochę próbowała akceptować.

Ale nie mogła. Nie mogła milczeć kiedy znalazła - schowane albo nie - opakowanie leków. Zbyt dobrze wiedziała co to jest za środek. Zbyt długo przyglądała się temu brzydkiemu opakowaniu, ale z drugiej strony tak kuszącemu, obiecującemu ulgę i spokój. Pudełko było jak apteczka, a zawartość lękiem, nadzieją na całe zło, wyzdrowieniem.

Boże, jaką ona miała ochotę... wyzdrowieć.

Przestraszyła się tej myśli. Automatycznie wypuściła je z rąk, jakby się oparzyła. Ale równie szybko opadła na kolana i podniosła z powrotem. Trzęsły jej się ręce, serce waliło, ale zaciskała dłoń na plastiku. Wgbiegła z pokoju i od razu skierowała się do garażu, skąd dochodziły do niej dżwięki.

Dotarła, krzyknęła coś, ale nie wiedziała co.

- Pytałam po co ci to - powtórzyła, a raczej krzyknęła, czując dzwonienie w uszach.

Zbyt znajome. Podniosła dziwnie sztywną rękę do góry, tę w której było pudełeczko.

I zatrzymała się. Czekała. Jakby w ręku miała granat, nie leki. Ale może tabletki są groźniejsze.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Abyss.
Nic co ludzkie nie jest mi obce.
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę mechanik dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Od niechcenia podniósł wzrok.
Właściwie to ledwie zerknął, w i e d z i a ł, co ma w rękach.
Ułamek sekundy: dokładnie tyle czasu potrzebował, aby dostrzec to, z czym przyszła, a potem to... zignorować. Rozluźnił napiętą szczękę, po czym wyciągnął rękę, pocierając kciukiem twardą, grubą sprężynę, trzymającą w miejscu podniesioną maskę, jakby ścierał kurz, brud albo smar. Demian przymknął oczy, odetchnął głęboko, a następnie powoli wypuścił powietrze, próbując zapomnieć o dźwięku pastylek uderzających o plastikowy dozownik.
Dopiero potem zerknął jeszcze raz.
Tym razem dłużej. Dużo dłużej. Twardo.
Grzebałaś w moich rzeczach — odezwał się z charakterystyczną, opadającą intonacją z Manchesteru, przez którą coś, co — w założeniu — powinno brzmieć jak pytanie, przypominało bardziej proste zdanie oznajmujące. Wypowiedziane niskim tonem, bardzo spokojnym, przede wszystkim zaś — pewnym siebie.
Wpatrywał się w Ramonę najpierw przez sekundę, potem drugą i trzecią.
Wytrwale omijał wzrokiem pudełko leków, tak, jakby to było "nic ważnego", "nic istotnego", aż wreszcie oparł się pewnymi, stabilnymi rękami o karoserię. Otaksował wzrokiem poszczególne przewody: paliwowy, podciśnienia, jakby wypatrywał najmniejszych zmian. Nic nowego. Brak jakichkolwiek nalotów, przebarwień oraz wyciekających płynów. Mimo to sięgnął głębiej, dotykając przewodu układu chłodzenia, aby sprawdzić jego elastyczność. Odruchowo, bardziej chcąc zająć czymś ręce, niż rzeczywiście sprawdzić stan osprzętu.
O wiele szybciej odsunął rękę, czując gorącą gumę, parzącą w palce.
Wyczuł to, czego się spodziewał: materiał był ciepły, twardy, więc jeszcze dobrze się trzymał. Jak widać, wszystko działało prawidłowo, co zresztą doskonale wiedział. Co najmniej parę razy w tygodniu sprawdzał osprzęt, czasem w garażu, czasem po godzinach w warsztacie.
Ledwie rozprostował kark, już mocniej pochylał się nad silnikiem, odrzucając brudną szmatę w bok.
Milczał, zastanawiając się, czy warto cokolwiek dodać.
Ważył, czy przemilczeć całą sytuację, czy dać się sprowokować młodszej siostrze.
Odłóż to — cicho. Pewnie. Bardziej do siebie, przynajmniej w teorii, bo w praktyce — jak najbardziej do siostry. Coś, co brzmiało jak zwyczajne mruknięcie, okazało się na tyle głośne, aby bez problemu wszystko usłyszała. Każdą głoskę, każdą sylabę i każdą intonację.
Pociągnął linkę gazu trochę dłużej, niż powinien, przysłuchując się trochę uważniej, niż dotychczas. Dopiero w momencie, w którym prawie równy dźwięk ucichł, przesunął śrubę o parę milimetrów. Potem wrócił dokładnie w to samo miejsce, jakby poprzedni, ledwie widoczny ruch okazał się błędem.
Teraz będzie dobrze.
Naprawdę.

Ramona Crowe
gall anonim
what a dumb idea... do it!
31 y/o
For good luck!
173 cm
Instruktorka fitness CrossFit Toronto
Awatar użytkownika
On my tombstone when I go
just put "Death by Rock and Roll"!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOna / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Shit happens.

Tak, tak... Ramona doskonale wiedziala ilu rzeczy w jej życiu miejsca mieć nie powinno. Pomijając to, że nie powinna się urodzić, to nie powinna się urodzić tam gdzie jej nie chcą. Następnie nie powinni jej adoptować ludzie, którzy byli przemocowi. Nie powinni jej krzywdzić. Nie powinien pilnować jej brat i dawać poczucia bezpieczeństwa, chroniąc przed nimi. Nie powinien być dorosłym dzieciak. Nie powinna być gwałcona. Nie powinna być atakowana. Nie powinna być pośmiewiskiem. Nie powinni zostawiać jej samej ludzie, którzy byli jej potrzebni. I którzy ją kochali. Nie powinni jej wywozić do Ameryki, próbując ukryć chore sekrety, które powinny wyjść na jaw, żeby można było pociągnąć do odpowiedzialności tych którzy za nimi stali.

Chyba można zrozumieć, że żyjąc w takim środowisku trudno jest człowiekowi odróżnić co jest dobre a co złe, czasem się gubiła, a czasem sama uczyła się na własnych bledach... albo nie. Robila wiele rzeczy, ktorych nie powinna. Nie powinna uciekać. Nie powinna brać. Nie powinna sabotować sobie życia.

A dzisiaj? Nie powinna była dotykać rzeczy Demiana, bo dzięki temu pewnie uniknęliby trudnych rozmów, które są trudne mimo tego, że nie są o tym o czym faktycznie mogliby rozmawiać i co nie byłoby kłamstwem. Ale tak, nie powinna dotykać, czy grzebać i to jest taka oczywista oczywistość, że nie wolno, że nie wypada. Ale po prawdzie, wcale tego nie robiła. Nie układała mu majtek w szufladzie. A to spadło na nią jak grom z jasnego nieba i wbrew pozorom, wcale tego nie chciała. Nie spodziewała się tego. Pudełko wzięła odruchowo, nazwa rzuciła jej się w oczy przypadkowo (chociaż coś jest w stwierdzeniu, że przypadki nie zdarzają się przypadkowo). Może gdyby nie przeszłość, to nie zwróciłaby na to uwagi. Na pewno by nie szukała, bo tego próbowała się oduczyć przez całą terapię. Nie brać na siebie nie swojego ciężaru. Nie dźwigać jak się nie da rady.

Ale prawda była bardziej brutalna. Ramona doskonale wiedziała, co to jest i do czego się je stosuje, zwłaszcza w takich ilościach (taaak, nawyk sprawdzania dat albo kontroli). Nie miała wątpliwości żadnych - ale też sie nad tym nie zastanawiała - co robi jej starszy brat.

Skrzywiła się na jego słowa, które były takie puste i smutne. Takie... bezosobowe. Takie wyprane z emocji.

- Nie musiałam grzebać, wcale się nie kryłeś - wypaliła więc szybko, niewiele myśląc, gdzieś między wykręcaniem przez niego jednej śrubki, a wycieraniem rąk w ścierkę, która nie była już czysta chyba od dłuższego czasu.

Zacisnęła mocniej szczęki, a przez to i usta.

- Ćpasz? - Walnęła więc wprost, a raczej warknęła. Trochę miało być to pytanie, ale raczej tak nie brzmiało.

W sumie nie musiała pytać, doskonale już wiedziała co się dzieje, bo obraz jej się składał w brxydką, ale logiczną całość. To jego przymulenie, wypranie, obojętność. To jego szukanie alkoholu zaraz po wejściu. Aż dziwne że się nie zorientowała wcześniej. A powinna.

Demian Crowe
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Abyss.
Nic co ludzkie nie jest mi obce.
34 y/o
For good luck!
188 cm
trochę wokalista, trochę mechanik dookoła świata
Awatar użytkownika
holy fuck, why do i bother? i'm never gonna get any better. i've waited so long to declare, "i don't give a fuck if i die today". holy shit, i've lost my mind, reality is starting to unwind.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

"Ć p a s z?"
Jak dotąd pewny, powtarzany setki, a może tysiące razy ruch dłoni zwolnił. Drgnął jeszcze raz, krótko, zanim wreszcie całkiem się zatrzymał. Sekundę. Drugą. Trzecią. Trochę w zawieszeniu, a trochę szukając oparcia, otaksował wzrokiem wnętrze samochodu. Powoli. Spokojnie.
Przemilczał grzebanie, przemilczał to, co robiła, a co czasami doprowadzało go do szału: to, jak zwaliła mu się na głowę, jak rozrzucała dookoła swoje rzeczy i wpychała nos tam, gdzie już dawno przestał należeć. Przemilczał w s z y s t k o. Bo nieważne, co się działo, nieważne, ile lat minęło, Demian wciąż widział w Ramonie tamtą małą, zasmarkaną dziewczynkę. Pamiętał, jak płakała, jak chowała się, słysząc kroki pod drzwiami. Pamiętał tamten pierwszy, niekontrolowany odruch, drżenie i strach, na dźwięk podniesionego głosu. Nie każdego. Tego jednego.
Pamiętał też, jak podłączał słuchawki, włączał coś, czego lubiła słuchać, a potem, sprawdzając najpierw, czy już się uspokoiła, wychodził cicho z pokoju. Aerosmith, Guns N' Roses, Mötley Crüe. Wszystko zagłuszało następną kłótnię. I następną, i jeszcze jedną.
Chyba dlatego tak rzadko teraz patrzył na Ramonę.
"Ć p a s z...?"
Gdyby to było takie proste...
Uważaj, co mówisz, Ramona — odezwał się, ciszej, ale jednocześnie twardszym, bardziej nieustępliwym tonem. Ostrzej, niż planował, przynajmniej w teorii. Część przeciągniętych, a część urwanych w połowie samogłosek w charakterystycznym, północnoangielskim akcencie spotęgowało to wrażenie. Widocznie bez względu na to, co się działo, na to, jak długo tutaj tkwił, część jego już zawsze będzie przypominała o Manchesterze. O tym, co było kiedyś, co było lepsze — przynajmniej we wspomnieniach. W rzeczywistości czuł się tak, jakby to wszystko było gówno warte.
Odruchowo zacisnął szczękę, mocniej pocierając kciukiem sprężynę maski.
Chłód metalu przynosił ukojenie.
Pomagał odetchnąć.
P o r z ą d k o w a ł.
Demian oparł się obiema dłońmi o brzeg karoserii, prostując plecy, zanim przelotnie zerknął na Ramonę. Odepchnął się od samochodu, po czym wyciągnął rękę w bok, w stronę szafki warsztatowej. Chwycił trochę pogniecioną, niedokładnie dokręconą butelkę niegazowanej wody, a następnie upił parę łyków. Dwukrotnie obrócił w palcach plastikową zakrętkę i niespiesznie pociągnął kciukiem wzdłuż chropowatej faktury i pionowych wgłębień.
Bardziej przyglądał się temu, co robił, niż własnej siostrze...
Odstawił butelkę, niedbale, bez dbałości o szczegóły.
...bo gdyby zerknął, nawet przez chwilę, musiałby spojrzeć też na pudełko, które trzymała.
Wziął klucz, odruchowo, pierwszy lepszy, po czym odezwał się:
To leki — powiedział wreszcie, tym razem miękcej, wolniej, ale przede wszystkim z trochę większym rozmysłem niż dotychczas. Jeszcze raz w ciągu ostatnich pięciu minut pochylił się nad samochodem, uważając na otwartą, kanciastą maskę. — Na receptę. Po co miałbym chować przepisane leki?

Ramona Crowe
gall anonim
what a dumb idea... do it!
ODPOWIEDZ

Wróć do „#112”