łez wysiłek i ten pusty czas,
gdy śmierć zniszczy nawet ran tych ślady,
ran, co niegdyś tak bolały nas?
rytmicznie wybijane podeszwami eleganckich butów na posadzce, wkradały się nieproszoną melodią w gwar schodzącej się śmietanki towarzyskiej. Ciszej od tego wygrywała się wewnętrzna sonata cierpienie młodego Beauregarda wciśniętego w elegancki frak koncertowy, który został na nim po prostu wymuszony. Bo słodkie p r o ś b y tańczące na ustach ojca dalekie były od podważalnych, zaciskając się silnym ultimatum na szyi młodzieńca niczym starannie zawiązana muszka. I gdzie pójdziesz, Vincencie? Skwitowane wymownym spojrzeniem i znudzeniem wybrzmiewającym w tembrze matczynego głosu. W oczach rodziców był wyłącznie tworem ich pragnień; artystą grającym na każde ich zawołanie ku czci rodzinnych wartości. Jątrzyła się w nim nienawiść do nich, a przede wszystkim do samego siebie, gdyż nie potrafił przerwać trwającego latami błędnego koła.
Jeszcze przed chwilą otulony ciasno przez ostre światła skierowane ku jego sylwetce, pochylał się nad biało-czarnym rządkiem klawiszy. I łaknął jak głupiec tych oklasków, by dały mu złudne poczucie podziwu oraz wieczności. Smukłe palce przeskakiwały z czułością po drodze wygrywającej wariacje muzyki klasycznej, zamykając go w chwilowym transie. Przez moment mógłby uznać, że jest naprawdę s z c z ę ś l i w y, bo nic poza nim nie istniało w symfonii otaczających go dźwięków. Z nierównym oddechem dotrwał do końca utworu, zamierając w chwilowej ciszy; wszechświat stracił j e g o dźwięki, by jemu nie pozostało już n i c. Wyłącznie szumiące w uszach te dobrze znane uczucie pustki ściskającej za serce, gdy to magia dodająca lekkoci potępionemu bytu prysła na dobre.
Nie waż się nawet narobić mi wstydu...
Niespodziewanie ciche syknięcie dotarło do młodego pianisty, wkradając się aż pod samą koszulę nieprzyjemnym dreszczem. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, iż został otoczony przez własną matkę wraz z jej ukochaną świtą. Ledwo dostrzegalnie dla nieczujnych oczu współtowarzyszy pani Beauregard w czystej zawiści i dość niepostrzeżenie wbiła palce w przedramię syna. Wykrzyczał w myślach ku niej wiązankę przekleństw, z trudem przy tym powstrzymując grymas wykrzywiający usta. Delikatnie wyswobodził się z bolesnego uścisku, który niewątpliwie na skórze wymalować miał siny ślad matczynej miłości. Z zaciśniętymi do boleści zębami schowanymi za sztucznym uśmiechem skinął głową na pożegnanie do zaciekawionych nim rozmówców i umknął pozostawiając za sobą wyłącznie niezrozumiałe już szepty. Niczym spłoszone zwierzę, schował się w rogu sali z ukradzioną w czasie tej przeprawy butelką drogiego trunku.
Shereen Winfield