25 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
Don't call your mother - don't call your priest
Don't call your doctor - call the police
You bring the razor blade - I'll bring the speed
Take off your coat - it's gonna be a long night
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie miała zamiaru przyjmować do wiadomości tego, że to mógł nie być komplement. Przecież to kompletnie absurdalny pomysł. Nie widziała żadnych minusów w nazwaniu chaosem i coś we wnętrzu podpowiadało jej, że Prescott również patrzy na to dużo przychylniej niż była w stanie przyznać. Zignorowałaby pewnie ten entuzjastyczny głosik, gdyby dziewczyna nie zrzuciła na nią kolejnego, co najmniej uroczego komplementu. Przynajmniej tym razem nie będzie musiała wertować słowników, żeby dowiedzieć się, co miała na myśli. Tym razem na szczęście to było proste. I przyjemne. Mogłaby wysłuchać całych przemów Ruelle po hiszpańsku, najlepiej na własny temat, jeżeli tylko będzie przy tym tak na nią patrzeć. Skinęła tylko głową w ramach podziękowania za tę (we własnym mniemaniu) czułostkę.
— Ach, czyli będziemy teraz udawać, że nie powiedziałaś, że chcesz nade mną zapanować i mnie od siebie uzależnić? Bardzo dojrzale. — Pokręciła głową z niedowierzaniem. Powoli przyzwyczajała się, że Ruelle nie była gotowa powiedzieć niczego wprost, nawet gdy próbuje ją do tego namawiać. Ale żeby wycofywać się z tego, co już padło, bo tak jest prościej? To zdecydowanie przesada. Cross sama już nie wiedziała, czy jej dobra pamięć jest w tym kontekście przekleństwem czy błogosławieństwem. Przecież na pewno nie zapomni tych słów, ani nawet sposobu, w jaki je wypowiedziała.
Sięgnęła do kieszeni kurtki, chcąc zapalić papierosa na ukojenie nerwów. Wyjęła paczkę i od razu zdała sobie sprawę, jakie to w tym momencie było bezsensowne. Pogoda nadal nie pozwalała na uspokojenie się. Trudno. Podniosła wzrok na Prescott i zaśmiała się głośno, słysząc obelgę.
— Jesteś strasznie monotematyczna, Mała. — Przekrzywiła nieco głowę, zastawiając się, czy dramatyzowała, czy to było jednak deja vu. Nie, na pewno nie przesadzała. To Ruelle po raz kolejny żegnała ją w podobnie uroczy sposób. Bezczelna baba.
Odsunęła się wreszcie od pnia, z którym wcześniej niemal się zespoliła. Deszcz jeszcze nie odpuszczał, a ona nie miała zamiaru tu sterczeć, póki to się wydarzy. Wsunęła ręce do kieszeni kurtki, mając nadzieję, że może chociaż trochę się ogrzeje, ale to też kompletnie nie zadziałało.
— Przyjmij moje najszersze kondolencje — rzuciła, kątem oka spoglądając na żałobników rozchodzących się w swoje strony. Kusiło ją, żeby zapytać, kim tak naprawdę był ten zmarły dla Ruelle, ale szybko odpuściła. Szkoda czasu na próbę zainicjonowana jakieś szczerej rozmowy z tą wariatką. Zlustrowała ją jeszcze raz spojrzeniem z góry do dołu, chcąc jak najlepiej zapamiętać sposób, w jaki mokra sukienka przyklejała się do jej ciała. Skinęła głową na pożegnanie i szybkim krokiem ruszyła w swoją stronę, chcąc się gdzieś wysuszyć i porządnie uspokoić.

Ruelle I. Prescott
koniec
ODPOWIEDZ

Wróć do „St. John's Anglican Church”