— Ach, czyli będziemy teraz udawać, że nie powiedziałaś, że chcesz nade mną zapanować i mnie od siebie uzależnić? Bardzo dojrzale. — Pokręciła głową z niedowierzaniem. Powoli przyzwyczajała się, że Ruelle nie była gotowa powiedzieć niczego wprost, nawet gdy próbuje ją do tego namawiać. Ale żeby wycofywać się z tego, co już padło, bo tak jest prościej? To zdecydowanie przesada. Cross sama już nie wiedziała, czy jej dobra pamięć jest w tym kontekście przekleństwem czy błogosławieństwem. Przecież na pewno nie zapomni tych słów, ani nawet sposobu, w jaki je wypowiedziała.
Sięgnęła do kieszeni kurtki, chcąc zapalić papierosa na ukojenie nerwów. Wyjęła paczkę i od razu zdała sobie sprawę, jakie to w tym momencie było bezsensowne. Pogoda nadal nie pozwalała na uspokojenie się. Trudno. Podniosła wzrok na Prescott i zaśmiała się głośno, słysząc obelgę.
— Jesteś strasznie monotematyczna, Mała. — Przekrzywiła nieco głowę, zastawiając się, czy dramatyzowała, czy to było jednak deja vu. Nie, na pewno nie przesadzała. To Ruelle po raz kolejny żegnała ją w podobnie uroczy sposób. Bezczelna baba.
Odsunęła się wreszcie od pnia, z którym wcześniej niemal się zespoliła. Deszcz jeszcze nie odpuszczał, a ona nie miała zamiaru tu sterczeć, póki to się wydarzy. Wsunęła ręce do kieszeni kurtki, mając nadzieję, że może chociaż trochę się ogrzeje, ale to też kompletnie nie zadziałało.
— Przyjmij moje najszersze kondolencje — rzuciła, kątem oka spoglądając na żałobników rozchodzących się w swoje strony. Kusiło ją, żeby zapytać, kim tak naprawdę był ten zmarły dla Ruelle, ale szybko odpuściła. Szkoda czasu na próbę zainicjonowana jakieś szczerej rozmowy z tą wariatką. Zlustrowała ją jeszcze raz spojrzeniem z góry do dołu, chcąc jak najlepiej zapamiętać sposób, w jaki mokra sukienka przyklejała się do jej ciała. Skinęła głową na pożegnanie i szybkim krokiem ruszyła w swoją stronę, chcąc się gdzieś wysuszyć i porządnie uspokoić.
Ruelle I. Prescott