42 y/o
For good luck!
168 cm
naprawia starocie w zaciszu swojego domu
Awatar użytkownika
Le gusta que la miren cuando ella baila sola.
Le gusta más la casa que no pasen las horas.
Le gusta Barcelona.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Maria była opoką dla rodziny oraz męża… i niewątpliwie szlachetna to była rola, którą obrała sobie z pełną świadomością, by latami skrupulatnie ją pielęgnować, jednocześnie nie przypuszczając, że jej starania obrócą się przeciwko niej. Że to, co dla niej było oddaniem i troską, w oczach najbliższej osoby przestaną być atrakcyjne. Że zepchnie ją to na dalszy plan, że stanie się tym, co ich dzieli. Kiedy stopniowo stawała się ich fundamentem nikt nie zauważał tego, że pod ciężarem który dźwiga zaczyna pomału pękać. Wierzyła jednak naiwnie, że jej siła tkwi w trwaniu… że Rafael kiedyś ją zrozumie… doceni...
…do dziś.
Do chwili, kiedy dłonie Donniego śmiało wędrujące pod jej sukienka sprawiły, że to ona coś zrozumiała. Przebudziła się. Dotarło do niej, że przez te wszystkie lata uciekała do odrestaurowywania mebli, bo to była jedyna rzecz nad jakąś miała pełną kontrolę, podczas gdy pozostałe cząstki jej samej umykały, pod ciężarem obowiązków i zmęczenia. Myślała, że bezpowrotnie. Jak bardzo się myliła!
Nagle zjawił się on, ze swoją odwagą, bezczelnością, pewnością co do tego, że łamanie granic i zasad w ramach spełniania pragnień nie może być niczym złym i właśnie tym swoim sposobem bycia, odrestaurowywał ją stopniowo, każdym drobnym gestem, pełnym ciekawości spojrzeniem, czułym dotykiem, żarliwym pocałunkiem, cichym błaganiem by trwać w tym co tu i teraz, co d o b r e. I ona to czuła, coraz odważniej podzielała, pragnąc go trochę mocniej z każdym kolejnym przyciągnięciem, drżeniem ciała i cichym zapewnieniem, że ją widzi i że mogą robić co chcą.
Dawno nie robiłaś tego, co chciałaś?
To stwierdzenie było proste, bolesne i trafne. Rozszyfrował ja, bo kiedy tak naprawdę zrobiła coś dla siebie, coś co chciała, a nie co powinna? Czuła jak pod wpływem jego warg na wnętrzu jej dłoni poddaje się.
Była fundamentem, ale nie chciała już dłużej trzymać tego całego ciężaru. Pragnęła, by to ją dla odmiany ktoś dzisiaj podtrzymał. A jego ramiona… Ay, cielos! Niby młode, ale pełne siły i chęci, rwały się do niej, otulaly, zamykały w pewnym ucisku - były idealnym wyborem, czyż nie? Czuła się w nich bezpiecznie, pewnie, przepadła bez reszty.
Szczególnie teraz, gdy zielone tęczówki Donniego znów odnalazły jej spojrzenie, a jej oddech zamarł. Były piękne i nie było w nich żadnej oceny, nie było oczekiwań… za to była - w o l n o ś ć - czysta, obezwładniająca i kusząca.
Tylko to co powinnaś Mario?
Mam wrażenie, że ostatnio moje życie to jedna wielka powinność — wyznała cicho, ociężale wręcz jakby pragnęła na ten jeden wieczór się tego wyzbyć. Jej oczy, ciemne i wilgotne od nadmiaru emocji, nie szukały już ucieczki. Szukały pomocy. — Masz rację. Robiłam to, co trzeba, dopóki nie przestałam czuć czegokolwiek poza zmęczeniem — mruknęła, a jej dłoń, którą wcześniej całował, teraz mocno zacisnęła się na jego karku, znów wplątała się w jego włosy.
Gdy przyciągnął ją do siebie ponownie, na pewno nie czuła zmęczenia. Zalała ją fala innych, zapomnianych już doznań i uderzyła z siłą, której nie potrafiła kontrolować. Siedząc okrakiem na jego udach i napierając na niego w poszukiwaniu jakiejkolwiek ulgi, czuła każde drgnienie jego mięśni, a ich bliskość wydawała się jej nieprzyzwoita i zarazem tak... właściwa. Zatracała się bez reszty w kolejnych pocałunkach, gwałtownych, wilgotnych, w których nuta pomarańczy dawno zaginęła pod smakiem czystego pożądania.
Nie umiała przestać.
Nie chciała.
Donnie — szepnęła opierając swoje czoło o jego, składając ciężkie oddechy na jego ustach, muskając je subtelnie między słowami. Jakby się wahała, ale wcale tak nie było. Wystarczyło jedno słowo, a ona zsunęła się z jego kolan i równie szybko wstała, a świat lekko zawirował od nadmiaru drinków i silnych emocji.
I znów wpadła w jego ramiona.
Aquí es mi lugar.
Na jedną noc, na chwilę.
Zimne powietrze uderzyło w nią tak nagle i brutalnie, że w pierwszej chwili zabrakło jej tchu, gdy stanęła przed klubem oszołomiona nagłą zmianą temperatury, a w kolejnej z jej ust wydobył się radosny śmiech. Krótki, ale wymowny. Euforia ucieczki obudziła w niej radość, która teraz nie zniknęła, ale ukryła się ponownie pod pożądaniem, gdy Donnie gwałtownym, zdecydowanym ruchem przyparł ją do ściany.
Jeśli nie mieszkasz tuż za rogiem, to zapomnij o ucieczce do twojego mieszkania — wyszeptała z trudem. — Nie chcę tracić niepotrzebnie ani jednej minuty na drogę — nie chciała czekać na taksówkę, nie chciała patrzeć przez okno samochodu na przesuwające się ulice Toronto, bała się nie chciała się zawahać, nie chciała zrezygnować. — Przecznicę dalej jest hotel — szepnęła nieśmiało, jakby sama wstydziła się swojej niecierpliwości, po czym złapała go, splotła swoje palce z jego dłonią i nie czekając na odpowiedź, pociągnęła go za sobą kierując się najpierw w stronę pasów, by przebiec przez nie w końcowych migawkach zielonego światła, a potem dalej przed siebie, by kilkanaście metrów dalej wejść za róg. Przed nimi roztaczała się już ostatnia prosta; w oddali błyszczał hotelowy szyld, ale oni niespiesznie przystawali jeszcze raz po raz, badali kolejne ściany, ich chropowatość, temperaturę przebijającą się przez płaszcz po kolejnym przyparciu do muru. — Jeszcze kawałek... — wychrypiała błądząc dłońmi pod jego kurtką, myślami zrzucajac ją po przekroczeniu progu pokoju.
Najtrudniejsze było jednak przed nimi.
Musieli stworzyć pozory. Oderwać od siebie ciała, puścić dłonie. Maria poprawiła płaszcz wchodząc do hotelowego lobby, próbowała skupić się i profesjonalnie podejść do sprawy jaką było wynajęcie pokoju, ale jej usta - opuchnięte od kolejnych pocałunków składanych na mrozie - zdradzały wszystko. Cisza nie ułatwiała niczego, podobnie jak stukot klawiszy, kiedy recepcjonistka wklepywała ich dane, co jakiś czas rzucając im wymowne spojrzenie.
I jeszcze ta sekunda, kiedy to ich oczy spotkały się nagle, choć dzielił ich dystans.
I ta obietnica wymalowana w jego zielonych tęczówkach oraz w jej ciemnych oczach…
…obietnica tego, co zaraz wydarzy się za zamkniętymi drzwiami pokoju.
Wiedzieli to już teraz, kiedy niecierpliwie czekali, aż drzwi windy otworzą się, by unieść ich wyżej.


No me hagas aguardar, Donnie 🏨🥵🌙🔥🌃
Latina, Ave Maria
nudy
25 y/o
For good luck!
184 cm
fotograf, który po nocach pisze nekrologi | Toronto Sun
Awatar użytkownika
na chwilę?
na trochę dłużej jednak.
w toronto miał zabawić chwilę, może miesiąc, żeby zbadać to miasto i ruszyć dalej, ale okazało się, że jest tu więcej do okrycia niż się spodziewał.
więcej ludzi, więcej zdjęć, więcej emocji, od których ciężko jest mu uciec.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkitak
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


Donnie nigdy nie oceniał ludzi po pozorach, on chciał ich poznawać. Chciał wiedzieć co siedzi za fasadą z pogodnego uśmiechu. Co skrywają smutne, ciemne oczy. Albo co w duszy gra kobiecie, która na pozór wyglądała przecież na ułożoną. Jakby jej życie rzeczywiście było po prostu odpowiednio zaplanowane.

Idealne może?

Tylko czy idealne życia...
Szukają zapomnienia w klubie? W zielonych tęczówkach jakiegoś chłopaka?
Nie mogło być idealnie, i Donnie gdzieś to czuł, pod skórą. Dlatego zaraz wyrzucał z siebie te słowa, mówił jej, że dawno chyba nie robiła tego co chciała, tylko to co powinna.
Przecież tak działał świat dorosłych, poważnych ludzi. Pragnienia spychając na jakiś dalszy plan.
I zaraz okazało się, że i jej życie tak wyglądało. Słuchał jej słów ze spojrzeniem zawieszonym na jej pełnych, gorących wargach. Nabrał w płuca powietrze, kącik jego ust uniósł się do góry, gdy policzek wtulał się w jej dłoń, gdy poruszył się pod nią przyciągając ją do siebie jeszcze bliżej.
- Nie dzisiaj... - zaczął unosząc spojrzenie na jej ciemne, szkliste oczy - dzisiaj robisz to co nie powinnaś... Dzisiaj tylko to co chcesz - i znowu się do niej wyrwał, znowu zahaczając wargami o jej usta, miękkie, ciepłe, słodkie, składając na nich krótki, zaczepny pocałunek. Na jej kolejne słowa oplótł ją ramieniem w pasie przyciągając do siebie. Mruknął, gdy jej dłoń sunęła po jego karku, odruchowo, jego młode, spragnione jej, ciało po prostu... tak na nią reagowało. A Donnie nigdy nie umiał z takimi rzeczami walczyć.
Zielone tęczówki intensywnie wpatrywały się w jej oczy, a on znowu się uśmiechnął - zmęczeniem? - powtórzył po niej, a jego ślepia przesunęły się po jej pięknej twarzy, zatrzymały na ustach, a potem niżej po szyi i dekolcie - jesteś najbardziej ognistą, najbardziej żywą kobietą, jaką tutaj spotkałem... Ogień - ostatnie słowo ułożył na jej ustach. Które też były gorące, które drżały od jego ciepłego oddechu. Czuł to na swoich wargach.
Czuł też to, jak do siebie ciągnęli z każdym gestem, pocałunkiem i spojrzeniem w oczy coraz bardziej. Tego już się nie dało powstrzymać, bo oni już płonęli. Już rozpalili ogień, który teraz mógł tylko przeistoczyć się w prawdziwy pożar. Pożar, który strawi wszystko po drodze i ich też.
Ale Donnie zdawał się tym w ogóle nie przejmować. Nie przejmował się. Bo on przecież miał w sobie te iskry szaleństwa, które jej przekazywał, już nie w pocałunkach, już w tych spojrzeniach głęboko w oczy, kiedy prowadził ją przez tłum, kiedy zakładał płaszcz na jej ramiona, a potem wsuwał ręce do kieszeni tego swojego, tylko na moment, żeby go poprawić, bo zaraz przecież szukał znowu jej dłoni. Zaraz znowu przyciągał ją do siebie blisko.

Bliżej.

Tak blisko, że nawet to zimne powietrze, które omiotło ich sylwetki na zewnątrz drgało od tego, jak ich ciała, rozgrzane, spragnione siebie, ocierały się o siebie, gdy przypierał ją do muru. Na jej słowa odchylił do tyłu głowę zastanawiając się ile to jest ulic dalej, ile minut by stracili na tym, żeby tam dotrzeć. Czy by to wytrzymali, kiedy oddechy już szybkie, łapały zimne powietrze tak, że paliło w płuca. Gdyby biegli, to te płuca zapłonęły by żywym ogniem. Policzki zamarzły by im zachodząc różem, a usta posiniały, nie od pocałunków od zimna... może z niedoczekania?
- Przecznica dalej brzmi w porządku - stwierdził, bo to był odpowiedni czas, żeby jeszcze się nakręcili, na kolejnych ścianach. Biegnąc przez pasy zanim zatrzyma ich czerwone światło.

Już nic ich nie zatrzyma.

Jeszcze przed drzwiami hotelu Donnie pociągnął ją na bok i przyciskał do ściany, blendując ich przyspieszone oddechy w jeden, sprawiając, że czuli na sobie te szaleńcze uderzenia serca. Skradając z jej ust pocałunek...
Obietnicę tego, co ich czekało na górze.
Stali przy ladzie, a właściwie Donnie to opierał się o kontuar i musiał poprosić recepcjonistkę, żeby mu powtórzyła, co powiedziała, bo jego zielone oczy utkwione były w Marii. A kiedy na moment złapała jego spojrzenie, to się uśmiechnął.

Miał stwarzać inne pozory?
Grać w inną grę?
Udawać, że nie jest nią oczarowany? Nie umiał.
A kiedy tylko recepcjonistka dała mu klucz, to zacisnął na nim palce, a tymi drugiej ręki sięgnął do dłoni Marii.
Pozory Donnie.
- La mia ragazza - moja dziewczyna, skwitował to spojrzenie recepcjonistki. Zrozumiała go? Może wcale nie.
Ale to nie było ważne. Nie ważne też było to, że Maria wcale nie była jego dziewczyną, nie była nawet jego...

Chociaż może dzisiaj była?

Postanowił to sprawdzić, już w windzie znowu łasząc się do niej, opierając ją o ścianę tak, że nawciskali chyba wszystkie guziki. I kiedy winda ruszyła, to stawała na każdym jednym piętrze.
- Co? - Donnie spojrzał ponad jej ramieniem na wejście, ale przecież nikt nie wsiadał. I chciał ją całować, i jednocześnie zerkał na to, które piętro teraz wybiło, a kiedy padło to ich, to znowu ciągnął ją za sobą po korytarzu. A kiedy tylko drzwi pokoju zamknęły się za nimi, to w pierwszej kolejności na podłodze wylądowały ich płaszcze, w chaosie. A potem ona na drzwiach, kiedy Donnie znowu na nią naparł, całując ją zachłannie. Całując ją nieprzyzwoicie.

Nie powinni.
Ale... chcieli.
Oboje.
La mia ragazza 𓂃˖˳·˖ ִֶָ ⋆🌷͙⋆ ִֶָ˖·˳˖𓂃 ִֶָ
zgrozo
jak jest nudno i za miło, albo jak generujesz mi posty
ODPOWIEDZ

Wróć do „Emptiness”