W tym czasie John nie miał tak wiele na liście do odhaczenia jak ona. Żadnych kursów ceramiki, żadnego malowania ścian. Nie rzucał się w wir obowiązków jak Stevie. On po prostu w nich utknął. Praca stała się dla niego nie tyle ucieczką, co nawykiem – czymś, co się robi, bo się robi. Wstawał, gotował, wracał, czasem przynosił pracę do domu. Kroił, mieszał, doprawiał, byle coś robić. I choć aktualnie obowiązywało letnie menu pełne świeżych ziół, pomidorów i owoców, on i tak wolał zająć się planowaniem już menu jesiennego. Jeszcze zanim ktokolwiek w ogóle pomyślał o dyniach czy jabłkach z cynamonem, John wertował zeszyty, sprawdzał proporcje. Był to już pracoholizm. John nawet nie zauważył, kiedy przestał odpoczywać – nie miał już wieczorów „po pracy”, nie znał uczucia weekendu, nie czekał na dzień wolny. Dlatego kiedy Stevie zadzwoniła z informacją, że jakiś gość chce zarezerwować całą salę, Johna nie interesowała ani cena, ani termin.
Nie znał się na dekoracjach, muzyce, więc był dodatkowo wdzięczny Stevie, że nie musi się w to angażować. Poza tym, to ona z ich trójki miała najlepszy gust – naturalne wyczucie stylu, oko do szczegółu, intuicję, której nie dało się nauczyć. Nawet Joe, który lubił mieć ostatnie zdania, oddawał jej to poletko, kiedy mógł. John za to wiedział, że gdyby się wtrącił, tylko wszystko popsułby swoją zwięzłą opinią w stylu „wszystko jedno” albo „wygląda okej”. Estetyka była dla niego abstrakcyjna – coś, co doceniał dopiero wtedy, gdy już było gotowe, najlepiej oświetlone i z muzyką w tle.
Po jej ostatnim wybuchu płaczu między nimi zrobiło się napięcie, którego nie potrafił do końca rozgryźć. Zresztą wtedy, gdy już się uspokoiła, próbował jak najszybciej wymiksować się z tej kuchni, nie wiedząc jak ma dalej się zachować. Nie był gościem od wielkich słów czy czułych gestów. Raczej trzymał emocje pod kontrolą i skupiał się na tym, co miał zrobić. Chciał być dla niej wsparciem, ale bał się, że zbyt dużo mówienia może tylko pogorszyć sprawę. Miał jedynie nadzieję, że Stevie jego żartów nie uzna jako zgryźliwych.
John przed przyjazdem do pracy, tak jak obiecał, zatrzymał się jeszcze po limoncello i limonki dla ozdoby ido tiramisu. Stevie lubiła mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, więc nie chciał robić problemów i zgodził się na wszystko o czym mówiła.
John wszedł do kuchni i od razu zauważył, że stanowiska są już przygotowane — wszystko było na swoim miejscu, noże na stojakach, deski do krojenia wyczyszczone, składniki przygotowane a garnki powyciągane. Nie musiał się zastanawiać, co od czego zacząć — wszystko wyglądało tak, jak powinno przed dużym wieczorem. Położył torbę z limonkami na blacie i oparł się biodrem o ladę.
-
Tylko o przetestowaniu gaśnicy, a tak chyba wszystko jest. - uśmiechnął się patrząc w stronę brunetki, a chwilę później rozejrzał się po kuchni. Stevie wiedziała co robi,. Nie miał zamiaru udawać, że jakoś szczególnie to wszystko analizował. -
Łącznie z poczuciem zagrożenia z mojej strony - dodał jeszcze, z tym samym, nieco ironicznym tonem.
Chwilę później zdjął kurtkę, zawiesił ją na krześle i z tego samego podniósł swój fartuch. Wziął go w dłonie, rozłożył i zaczął zakładać, jakby ta rutynowa czynność była dla niego czymś więcej.
-
Pytałaś się ich czy są na coś uczuleni? - zagaił w trakcie wiązania fartucha. -
Bo nie mam dziś ochoty na dramat z EpiPenem w roli głównej. – dodał półgębkiem, jakby mówił to bardziej do siebie niż do niej. John myślał o wcześniejszych sytuacjach, które zdarzały się w restauracji — momentach, gdy goście nagle dostawali reakcji alergicznej, a potem byli wielce zdziwieni, że jakiś produkt był w daniu, chociaż menu było na tyle szczegółowe, że można było to w nim wyczytać. Nauczeni doświadczeniem, uczyli już załogę, że lepiej dmuchać na zimne i zawsze pytać, ale nawet wtedy, zdarzało się, że klienci o tym nie informowali.
-
Kot może Ci mieć to za złe. Znowu wylądował u sąsiadki. Poczuł się pominięty i właście sam się do niej wybrał. Ruby też jest obrażona czy ucieszyła się, że od ciebie odpoczenie? - palnął co mu pierwsze przyszło do głowy.!-
Tatar z łososia z awokado, mango i chrupiącym pieczywem jako przystawka. Tagliatelle z truflami i masłem szałwiowym - danie główne. Limoncello Tiramisu na koniec. Wszystko się zgadza? - ton zmienił na bardziej poważny i skupiony niż wcześniej. Chciał mieć od Stevie ostatni raz potwierdzenie zanim się zabiorą do pracy. Nie chciał żadnych niespodzianek. Ostatecznie uważał, że nie ma miejsca na improwizowanie czy nieprzemyślane decyzje. Wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. Zwłaszcza za taką kwotę
Stevie Hargrove