-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Obudziła się… zdecydowanie za późno. Fakt, że wczorajszego wieczora odwołała wszystkie klientki sprawił, że podświadomie pozwoliła sobie na nieco dłuższe, słodkie lenistwo. Tylko dlaczego nie czuła żadnego lizania po twarzy ani szczekania oznajmiającego, że pora na spacer? Podniosła się gwałtownie do siadu i rozbieganym wzrokiem zaczęła rozglądać się po sypialni, ale nie zastała nic, co by logicznie udowadniało jej, że wczorajszy wieczór nie był snem, którego tak bardzo się obawiała. Zabandażowana ręka? Przecież mógł ją tylko odprowadzić do drzwi, a potem wrócić do siebie. Poduszka z wyraźnym odbiciem głowy? Miała tendencję do wiercenia, więc to, że obudziła się po lewej stronie łóżka nie musiało oznaczać, że nie spędziła nocy po prawej. Wstała szybko z łóżka i nie przejmując się zarzuceniem na siebie jakiegoś szlafroka albo innej bluzy, niemalże wybiegła z sypialni.
W przedpokoju brakowało jego butów… tak jakby kompletnie zapomniała, że przed spaniem schowali je do szafki, aby czasem Murphy nie wpadł na genialny pomysł, aby zrobić z nich sobie gryzak. W salonie dwa psy dokazywały sobie, uskuteczniając psie zapasy i o dziwo, Olive chyba wygrywała, bo właśnie na nim leżała i nie dawała się zrzucić przez wierzgającego na wszystkie strony szczeniaka. Ale przecież to jeszcze nic nie znaczyło, prawda? Przecież… przecież mógł przed powrotem do siebie poprosić o pomoc nad zwierzakiem, aby mógł pójść poimprezować.
Czuła jak serce jej waliło. Czyżby za dużo razy powtarzała, że to wszystko mogło być tylko snem, że najzwyczajniej w świecie to wykrakała?
Poszła jeszcze do kuchni i tam go znalazła, stojącego tyłem, szukającego czegoś lodówce. Nie wiele myśląc, podbiegła do niego i pierw trzasnęła go ręką, na szczęście zdrową, w potylicę, a potem mocno przytuliła się do jego pleców. Chyba lekko drżała, ale zaczynała się uspokajać, gdy tylko do jej nozdrzy dotarł ten cudowny zapach jego skóry.
— Idiota…! Miałam się obudzić obok ciebie, a nie biegać po całym domu i cię szukać… ghhh! Mogłeś mnie obudzić, nie wiem, buziakiem, ręką, poduszką, psy na mnie napuścić… – Westchnęła ciężko i mimowolnie musnęła ustami miejsce pod jego prawą łopatką. Wiedziała, że to było po prostu głupie, tak biegać za jakimś chłopakiem. Pewnie niejedna osoba by jej powiedziała, że się nie szanuje i w ten sposób daje odczuć, że można nią pomiatać i wykorzystywać na wiele sposobów. Że może jest to wywołane nieprzepracowanymi sprawami, może jakimiś traumami, które powodowały, że bała się odejścia osób, na których jej zależało. A na nim? Na nim jej cholernie zależało.
Mimowolnie zaczęła go dźgać w mięśnie brzucha. Tak po prostu, albo może trochę za karę. I już chciała wejść między niego, a lodówkę, aby skraść mu całusa albo dwa, kiedy nagle usłyszała dzwonek do drzwi.
– Kurier… musiałam niechcący podać swój adres zamiast studia. Zaraz wracam i będę kontynuować dźganie – odparła z lekkim uśmiechem i poszła otworzyć drzwi, ale to co za nimi ujrzała…
– Cześć, kochanie, przysz… – Trzasnęła mu drzwiami przed nosem. To był odruch. Miała ochotę pognać z powrotem do kuchni, aby zrobić coś z roznegliżowanym Dante, ale natrętne pukanie do drzwi sprawiało, że nie miała na to czasu. Dlatego zaraz otworzyła je na nowo, siląc się na jak najbardziej naturalny uśmiech.
– Hej… co tu robisz? – zapytała spokojnie, poprawiając roztrzepane po nocy włosy. Nawet nie zwróciła uwagi, że nadal miała na sobie błękitną koszulę nocną. Jedną z tych, które ubierało się raczej na upojne wieczory z chłopakiem niż na piżama party. Jednakże mężczyzna stojący u progu zdawał sobie z tego nic nie robić.
– Jadę do sądu, więc uznałem, że uzupełnię ci lodówkę. Wczoraj wieczorem zrobiłem twoje ulubione falafele i sałatkę z orzechami. Mam też świeże warzywa, ale to sobie zobaczysz potem, zaniosę ci to do kuchni i uciekam.
– Co? Nie, nie trzeba, daj, poradzę sobie… –– Wyciągnęła ręce, aby wziąć od niego szmacianą torbę, ale wtedy wzrok mężczyzny utknął na zabandażowanej dłoni Elsy. Zmarszczył brwi i po prostu wcisnął się między dziewczynę, a framugę, od razu zmierzając w stronę lodówki.
– Co ci się stało w łapkę, króliczku? Znów pomidor czy coś w pracy? Byłaś z tym u lek…co on tu robi? – Zatrzymał się kilka metrów od Dantego, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. Ale to Elsa miała wrażenie, że zaraz zejdzie na zawał. Jak myślała, że wspólna kąpiel była swoistym de ja vu… to ciekawe jak to przebić.
– Tato… naprawdę mam ci tłumaczyć, co może robić chłopak w domu twojej dorosłej córki…?
On jednak zdawał się jej nie słuchać. Położył torbę ze szklanymi pojemnikami na tym blacie, a potem machinalnie sięgnął po leżące na tym krześle spodnie Dantego, rzucając je od razu w jego stronę.
– Załóż coś. Nie podam ci ręki jak będziesz paradował w samych gaciach…
Kim był Casper Eriksen? Wysokim, całkiem nieźle zbudowanym mężczyzną z ciemno blond włosami, które zaczęła już lekko prószyć siwizna. Elsa zdecydowanie nie była podobna ojca. Tylko te duże, brązowe oczy… te dostała od niego w prezencie.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Ej! – łapiąc się odruchowo za tył głowy, w który właśnie go zdzieliła, już miał zamiar się do niej odwrócić, kiedy… całkiem skutecznie zatrzymała go w miejscu, przytulając się. – Zdecyduj się przynajmniej, czy masz zamiar mnie bić, czy się przytulać…
Mimo wszystko… trudno byłoby się na nią jakkolwiek złościć. Zwłaszcza czując przez moment jej wargi na swojej skórze i przyjemne ciepło bijące od jej ciała. I może właśnie stąd ten rozbawiony ton. Oraz absolutnie słyszalne w wypowiedzi wywrócenie oczami.
– I nie ma sprawy, następnym razem zdecydowanie napuszczę na ciebie psy. Buziaki jakoś za bardzo nie działają – w porządku, spróbował ledwie z jednym i poddał się po tej nieudanej próbie. Z drugiej strony… naprawdę przecież nie widział powodu, dla którego miałby budzić ją aż tak wcześnie. Nie zakładał nawet, że rano wciąż jeszcze mogłaby posądzać go o to, że miałby bladym świtem zmyć się z jej domu, jakby nigdy go w nim nie było. Albo… że rzeczywiście go nie było. Nie podejrzewał, że mogłaby szukać go po tym, jak po przebudzeniu nie zastała go w sypialni, zamiast po prostu założyć, że najwyraźniej wstał przed nią i był w jakimś innym pomieszczeniu…
– Nie musisz… – zaczął, łapiąc ją za tę dźgającą dłoń. W kolejnej chwili chciał już odwrócić się w jej stronę, ale ani to, ani wypowiedzenie do końca czego tak właściwie nie musiała, nie było mu chwilowo dane. Przerwał im dzwonek, którego Elsa najwyraźniej nie miała zamiaru ignorować. Niestety… – Jasne, nie mogę się doczekać…
W szczególności tego dźgania, co do tego nie powinno być żadnych wątpliwości.
Nie widząc żadnego powodu, by jakkolwiek interesować się rzekomym kurierem, wrócił do przeglądania zawartości lodówki. O dziwo, przy dobrych chęciach może nawet faktycznie dało się przygotować jakieś śniadanie z tego, co można było w niej znaleźć. Wciąż więc nie zwracając uwagi na głosy dobiegające z przedpokoju, zaczął wyciągać kolejne produkty na blat. I dopiero zamykając lodówkę mógł uświadomić sobie, że głos, który aktualnie ewidentnie zbliżał się do kuchni, brzmiał stanowczo zbyt znajomo. Co gorsza, przy okazji znajdował się już zdecydowanie za blisko, żeby mógł jakkolwiek na to zareagować – natychmiastową ewakuacją na przykład, co byłoby pewnie opcją najbardziej kuszącą. Albo przynajmniej sięgnięciem po te nieszczęsne spodnie… Z pewną rezygnacją oparł się więc plecami o drzwi zamkniętej właśnie lodówki, zastanawiając się przy okazji, czy samą tylko siłą woli był w stanie zmusić Eriksena, żeby ten trzymał się z dala od kuchni…
Nie był. I zdecydowanie zbyt szybko mógł się o tym przekonać.
Zanim jednak miałby jakkolwiek odpowiedzieć na pytanie, które nawet nie do końca kierowane było właśnie do niego, Elsa zdążyła go w tym wyręczyć. Chociaż chyba sporym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że jej odpowiedź miałaby jakoś poprawiać sytuację… Nie sądził, by jej ojciec faktycznie chciał wiedzieć co robił razem z jego córką, w dodatku właśnie konkretnie tutaj.
– Śniadanie – stwierdził więc sucho, przyglądając się jak ten odkłada przyniesioną torbę na blat. A zanim jeszcze odruchowo chwycił lecące w jego kierunku spodnie, przeszła mu przez głowę irracjonalna myśl, by mężczyzna nie siadał na tym akurat krześle. Zdążył je polubić. I chyba nie chciał psuć sobie tego wrażenia.
– Żad… – zaczął, w porę jednak zerkając w stronę Elsy i dochodząc najwyraźniej do wniosku, że może jednak od czasu do czasu warto było ugryźć się w język. Nawet jeśli rzeczywiście uważał brak podania mu ręki za żadną stratę… Z drugiej strony – paradowanie przed jej ojcem w samych bokserkach chyba faktycznie można było sobie odpuścić, toteż bez zbędnych komentarzy wciągnął na siebie te nieszczęsne spodnie.
No… prawie bez zbędnych komentarzy. Na pewno bardzo się starał.
– Elsa nie wspominała, że będzie miała gości z samego rana i że konieczny będzie bardziej wyjściowy strój. Kawy…? – czy od razu odprowadzić cię do wyjścia? I o ile drugiej części jakimś cudem nie wypowiedział na głos, chyba mimo wszystko można było wychwycić jej treść gdzieś pomiędzy głoskami krótkiego pytania.
Jeśli kiedykolwiek tym dwóm miałoby być dane jakkolwiek ocieplić wzajemne relacje, to… najwyraźniej nie był to ten dzień. Ani najpewniej żaden inny w najbliższej przyszłości…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Nie dane jednak było im dalej o tym dyskutować, bo dzwonek do drzwi z wyczekiwaną dostawą produktów do salonu nie mógł zaczekać. Gdyby jednak wiedziała, że za drzwiami będzie stał jej ojciec, chyba nigdy nie zdecydowałaby się ich otworzyć. Wolałaby udawać martwą niż dopuścić do spotkania między Casperem a Dante. Ale z drugiej strony, jakby przyszła do kuchni z tatą, a chłopaka by w niej nie było, chyba poczułaby się mocno zawiedziona. Nie przepadali za sobą od zawsze, to prawda, ale już dawno skończyli liceum, a ona już nie mieszkała z rodzicami, żeby musiał się ewakuować, aby nie skonfrontować się z mężczyzną, któremu dopiero co przeleciał córeczkę. Dlatego kiedy zastała go przy blacie, odetchnęła cicho z ulgą. Teraz wystarczyło tylko przetrwać to jakże uprzejme spotkanko po latach.
Nie wiedziała jakie myśli krążyły Dantemu mu głowie, kiedy Elsa odpowiedziała ojcu na pytanie, ale ona naprawdę nie nawiązywała do spędzonej wspólnie nocy! Po prostu chciała dać mu do zrozumienia, że była dorosła i tłumaczenie się z czegokolwiek byłoby w tym momencie trochę nie na miejscu.
— Słyszałem, że wróciłeś do miasta jakiś czas temu, ale nie sądziłem, że będziesz chciał odnowić kontakt z Elsą. Zwłaszcza po tym jak kopnęła cię w tyłek… zostajesz na dłużej czy wpadłeś na śniadanie i wyjedziesz na kolejne dwanaście miesięcy?
Po tych słowach ojca dziewczyna aż podskoczyła. No tak, wmówiła przecież całej rodzince, że to ona zerwała z Dante. Nie chodziło wcale o to, żeby poczuć się lepiej, że to nie ją ktoś zostawił, a żeby w przyszłości nie myśleli o nim jakoś bardzo źle i dlatego każdą łzę wylewała w samotności, kiedy nikt nie widział i nikt nie słyszał.
Próbowała przekazać chłopakowi jakoś na migi, żeby nie drążył tego tematu i że wszystko wyjaśni mu później, ale niech teraz po prostu przytaknie. Ostatnie czego chciała to wyjść na kłamczuchę i doprowadzić do jeszcze zawiłej dyskusji między tą dwójką.
Mężczyzna oparł się o ścianę, wpatrujac się w jedną z wiszących szafek, ewidentnie nie chcąc przyglądać się jak tamten wciąga na tyłek spodnie. Finalnie, wspomnianej wcześniej ręki mu nie podał. Trudno było rozgryźć czy zapomniał, czy zrobił to celowo. Zwłaszcza, że skrzyżowane na torsie ramiona sugerowały, że nie zamierzał naprawić swojego błędu czy tam niedopatrzenia.
— Ty i strój wyjściowy? To musiałby być zabawny widok. Wystarczy, że będziesz nosił spodnie, każdy z pewnością doceni ten ogromny wysiłek z twojej strony — odparł nad wyraz spokojnie, odpychając się zaraz od ściany, aby w następnej chwili zabrać się za rozpakowywanie przyniesionych córce pudełek. — Kawy…? Nie, dzięki. Już jestem wystarczająco pobudzony, ciśnienie nie spadnie mi do końca dnia. I jak wspomniałem Elsie, spieszę się do sądu. Przyszedłem na chwilę, aby nie padła z głodu przez najbliższe dni.
Elsa patrzyła zdezorientowana to ja ojca, to na chłopaka, ściskając w dłoni pusty kubek, po który niemalże pognała, gdy tylko Dante zaproponował jej ojcu kawy. Tak jakby chciała być gotowa, gdy tylko się zgodzi. Ale ten odmówił i teraz jak sierota stała gdzieś pomiędzy nimi, próbując się nie wtrącać w tę uszczypliwą wymianę zdań. Czuła, że atmosfera była wystarczająco gęsta, więc nie chciała dokładać jeszcze bardziej od siebie, bo tak naprawdę nawet nie wiedziała, po której stronie należałoby stanąć.
— To chyba wszystko… — odparł, kładąc ostatnie pudełko na blacie, zaraz składając szmacianą torbę w idealną kostkę, którą schował do kieszeni swojego płaszcza. — Po stare pudełka wpadnę innym razem. Jutro też zamierzasz być czy dostąpię zaszczytu nieoglądania cię w samych gaciach? Chociaż w spodniach czy nawet koszulce też wolałbym nie…
— Tato… proszę, bez takich — westchnęła cicho, odkładając zaraz ten przeklęty kubek na blat. Miała ochotę zapaść się pod ziemię, przestać być świadkiem tych totalnie irracjonalnych wydarzeń. Bo tego wszystkiego było naprawdę za wiele jak na jej skłonny do przegrzewania mózg.
— Pójdę już. Zostawię was samych z tym… śniadaniem.
Elsa tylko kiwnęła głową i gdy ojciec ruszył w stronę wyjścia, poszła za nim, żeby go odprowadzić. Milczeli. Całą drogę z kuchni do przedpokoju. Cały proces otwierania drzwi i przekraczania progu. Nim jednak mężczyzna zniknął w swoim samochodzie, posłał córce ciepły uśmiech i to spojrzenie, które mógł posłać tylko ojciec do swojego dziecka. Martwił się.
Jednak nawet to nie sprawiło, że Norweżka magicznie się uspokoiła. Wróciła zaraz do kuchni i uderzyła czołem w blat, nie przejmując się tym, że spokojnie mogłaby sobie nabić siniaka.
— Co to było….? Ghhhh…aaaa! — z jej gardła wyrwał się zduszony jęk frustracji. Wsunęła palce w poczochrane włosy i delikatnie je na nich zacisnęła, wykonując ruch jakby chciała je sobie powyrywać. Przecież to była jakaś masakra piłą mechaniczną…
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie musiał chyba wnikać w to, od kogo Casper słyszał o jego powrocie do miasta. Zresztą, nawet nie zamierzał – jego uwagę zdecydowanie bardziej przykuła dalsza część wypowiedzi w której… ewidentnie coś się nie zgadzało. Choć przynajmniej nie wtrącił od razu nic na temat tego kopnięcia w tyłek, pozwalając zamiast tego, by na jego twarzy na moment odmalowała się szczera konsternacja. Chwilowe zatrzymanie spojrzenia na Elsie również nie przyniosło żadnego konkretnego wyjaśnienia. Poza tym, że najwyraźniej wiedziała na ten temat nieco więcej, co niekoniecznie była w stanie umiejętnie – albo chociaż zrozumiale przekazać w tym momencie…
– Może poczekam jeszcze do obiadu – mruknął, mimo wszystko być może wyłapując z tych jej niewerbalnych komunikatów to, co powinien. Zdecydowanie jednak nie był w stanie odpuścić sobie jakiegokolwiek komentarza. I to akurat nie powinno nikogo dziwić. Ani tych kilka lat temu, ani teraz nie nabył umiejętności skutecznego trzymania języka za zębami. Nawet jeśli rozsądek mógłby podpowiadać, że w niektórych sytuacjach naprawdę mogłoby to znacząco ułatwić wiele spraw i na przykład pozwolić zakończyć niewygodne spotkanie znacznie szybciej. Choć może to akurat miało również związek z tym, że zdrowy rozsądek w przypadku Dantego niezbyt często miał okazję dochodzić do głosu. A jeśli nawet już mu się zdarzało… i tak był całkiem skutecznie ignorowany.
O podanie ręki z całą pewnością nie zamierzał się upominać, nawet kiedy już spodnie znalazły się tam, gdzie zdaniem niektórych od początku powinny się znajdować. Jak już zdążył w duchu – i prawie na głos – zauważyć… żadna strata. Za to nie powstrzymał się przed lekkim uniesieniem jednego kącika ust i już nawet nabierał powietrze, by od razu odparować na słowa mężczyzny. Ale… najwyraźniej musiał to być naprawdę wyjątkowy dzień, skoro już drugi raz w ciągu ledwie kilku chwil uznał, że lepiej byłoby znów ugryźć się w język.
Twoja córka wydawała się wczoraj dość mocno zdeterminowana, żeby jednak pozbyć się tych spodni…
Pewnie byłoby to całkiem niezłą odpowiedzią na kąśliwą uwagę Eriksena… Gdyby nie fakt, że jego córka stała tuż obok i prawdopodobnie aż za łatwo mogłaby wybronić się z oskarżenia o morderstwo. Zwłaszcza z pomocą ojca, który pewnie ochoczo zająłby się udowadnianiem, że Dante sam nadział się absolutnym przypadkiem na nóż. Kilkanaście razy.
– Co za szkoda… – stwierdził więc zamiast tego. – Ale jasne, nikt nie będzie nalegał. W końcu szkoda byłoby się spóźnić, nie…?
Oczywiście, że nie zamierzał go w żaden sposób zatrzymywać. Ba, pewnie nawet osobiście pognałby odprowadzić go do drzwi, gdyby tylko to miało zagwarantować, że Casper ulotni się z tej cholernej kuchni natychmiast. Bez tego idiotycznego wypakowywania jedzenia, składania torby i… kolejnych słów, których nie dałoby się tak po prostu zignorować. Albo raczej tych, które pewnie wypadałoby zignorować i puścić mimo uszu. Ale to już byłoby za dużo jak na jedną konfrontację…
– Koszulkę zżarł pies. Ale spokojnie, do jutra pewnie zdążę przygotować garnitur. I jego może akurat nic nie zeżre. Chociaż pewności nie ma więc może lepiej nie ryzykować i oszczędzić sobie widoków – czy właśnie nie dość, że kilka chwil wcześniej w niezbyt zawoalowany sposób wypraszał Eriksena z domu jego córki, to teraz w dodatku sugerował mu, żeby nie pojawiał się w nim ponownie zbyt szybko…? Możliwe. Ale przecież śmiało można było potraktować to jako dbanie o dobro ich obydwu – żaden z nich z całą pewnością nie miał zamiaru powtarzać w najbliższym czasie tego uroczego spotkania, więc… może faktycznie lepiej byłoby, gdyby Casper przyjął do wiadomości, że Elsa nie miała zbyt szybko umrzeć z głodu i zrobił sobie wolne od dokarmiania jej…?
Opierając się dłońmi o blat, pozwolił sobie na wyraźnie poirytowane westchnięcie, kiedy tych dwoje zniknęło w przedpokoju. I jeszcze jedno, brzmiące już jednak bardziej jak wymruczane pod nosem przekleństwo, kiedy drzwi od domu zamknęły się za Eriksenem, a tuż przed tym, jak Elsa wróciła do kuchni.
– Kurier – odwracając się w jej stronę, bez większego namysłu, za to z krótkim parsknięciem, podrzucił odpowiedź, która jako pierwsza nasunęła się na myśl. I chociaż pewnie mógłby mieć jej za złe, że nie uprzedziła go o prawdopodobnej porannej wizycie ojca… widocznie to akurat nie przyszło mu do głowy. Zamiast tego podszedł do niej, by w kolejnej chwili za rękę przyciągnąć ją do siebie i zamknąć ją w szczelnym uścisku. Bo chyba nie dało się ukryć, że obydwoje potrzebowali ochłonąć po tej niespodziewanej atrakcji.
Tylko… zostawało jeszcze coś, co okazywało się na tyle uparte, by nie dać się tak po prostu wyrzucić z głowy.
– Wiesz, o co mu chodziło…? – chyba nie musiał precyzować, który konkretnie fragment tej wymiany zdań miał na myśli. Zwłaszcza, że każdy inny pozostawał mimo wszystko całkiem jasny i zrozumiały.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Idealnym przykładem na to, że ich relacja była naprawdę zdrowa było chociażby to, że bez żadnej kłótni mogła założyć swój własny salon i spełniać się w tym, co naprawdę kochała, a oni byli z niej po prostu dumni. I kolejnym ważnym przykładem było także to, że nigdy nie usłyszała od nich zerwij z tym chłopakiem, nie jest ciebie wart, jest poniżej twojego poziomu, a jedyne co powtarzali to zwykłe pytanie — czy jesteś z nim szczęśliwa?. I tyle im wystarczało. Żeby Elsa była naprawdę szczęśliwa. Reszta zdawała się mieć drugorzędne jak nie trzeciorzędne znaczenie.
Dlatego tak ciężko było jej słuchać tych głupich przepychanek słownych między Casperem a Dante. Momentami schodzili do tak niskiego poziomu, że zaczynała powątpiewać w wyższe prawnicze wykształcenie swojego ojca oraz w ukończenie liceum przez chłopaka. Ludzie z jakimkolwiek papierkiem świadczącym o edukacji powinni przecież umieć rozmawiać jak cywilizowane istoty, a nie jak dwa koguty, które właśnie odkryły, że na podwórku jest tylko jedna kura.
Elsa stała między nimi z coraz bardziej napiętą postawą, czując, jak jej cierpliwość powoli się wyczerpuje.
Bo to nie była rozmowa.To nie była nawet kłótnia. To był absurdalny konkurs na to, który z nich pierwszy powie coś na tyle obraźliwego, żeby ten drugi odpuścił.A ona przecież tylko chciała, żeby dwoch facetów, na których jej zależało najbardziej na świecie, potrafili chociaż przez chwilę rozmawiać jak na dorosłych ludzi przystało.
Przecież gdyby jej relacje z ojcem były poniżej jakiegokolwiek akceptowalnego poziomu, nie miałaby problemu, żeby go wyprosić albo samej wciąć się w kłótnie i kontynuować ją po stronie Dantego. Zresztą, jak tak się temu wszystkiemu przysłuchiwała to wiedziała, że mogła dalej stać po środku niczym Szwajcaria, bo oboje sobie świetnie radzili w dogrywaniu sobie nawzajem.
Wiedziała, że chłopaka było stać na dużo gorsze odzywki, ale z nieznanych jej powodów, powstrzymywał się i odpowiadał mniej więcej na sześćdziesiąt procent swoich możliwości. I chyba nawet się z tego cieszyła. Ostatnie czego chciała to żeby ta dwójka skoczyła sobie do gardła w konsekwencji czego Elsa musiałaby albo uciąć kontakt z ojcem, albo zrezygnować z Dantego, a żadnej z tych rzeczy nie potrafiłaby zrobić, bo oboje byli częściami jej życia. Takimi dwoma puzzlami, które nie powinny znajdować się w tym samym kartonie…
Casper był rozsądkiem i spokojem i budowanym przez lata poczuciem bezpieczeństwa i własnej wartości.
Z kolei Dante był swego rodzaju chaosem, ale przede wszystkim emocjami i tą częścią życia, która powodowała, że serce biło szybciej, ilekroć tylko znajdował się w zasięgu wzroku — on bądź jakaś rzecz, która niewątpliwie przywoływała związane z nim wspomnienia.
I choć wizyta taty trwała zaledwie kilka minut, Elsa odliczała dosłownie sekundy do jej zakończenia. Jeszcze tego jej brakowało, żeby przez to niespodziewane spotkanie, to co udało jej się posklejać z Dante, tak po prostu się rozpadło.
Dlatego kiedy tylko wróciła do kuchni i przypierdzieliła czołem o blat, wzięła kilka głębokich oddechów, które zatrzymywała na trzy Missisipi w płucach i dopiero później wypuszczała powietrze z płuc.
Słysząc jego odpowiedź na zadane pytanie, na które o dziwo nie wymagała żadnej odpowiedzi, a jedynie odrobiny świętego spokoju, aby samej móc sobie poukładać to wszystko, co się właśnie wydarzyło, uniosła głowę i spojrzała na niego spod byka.
— To nie jest zabawne! Ja naprawdę myślałam, że to kurier, bo zamawiałam masę rzeczy do studia… nie wiedziałam, że mógłby przyjść akurat dzisiaj. Nie uzgadniałam tego z nim… przecież rozmawialiśmy o tym wczoraj, gdy pytałeś czy moi rodzice nie wracają wcześniej. Gdybym wiedziała to bym cię uprzedziła, żebyś mógł ewentualnie zmienić zdanie albo dziś się ewakuować, albo zabrać psy na spacer, albo nie wiem… w szafie się schować czy po prostu przeczekać wizytę w ogrodzie, cokolwiek no…! Momonwabhrddssss — Znów jej się włączył słowotok, który świadczył o tym, że i dla niej ta cała sytuacja była po prostu trudna. Ostatnie słowa jednak wypowiedziała w jego klatkę piersiową, w którą wtuliła swoje usta, gdy ten tak nagle ją przyciągnął i zamknął w swoich ramionach.
No. I teraz mogła naprawdę zacząć się uspokajać. Jego ciepło, zapach i melodia wydobywająca się z klatki piersiowej… to działało na nią lepiej niż te wszystkie techniki oddechowe czy medytacje. Napięte ciało zaczynało mięknąć, wraz z kolanami, więc dobrze, że jako tako ją podtrzymywał — tak na wszelki wypadek jakby nagle je nogi zapomniały jak się stoi.
Gdy z kolei on zadał pytanie, westchnęła cicho i delikatnie wbiła palce w jego plecy. Zrozumiał jej migowy przekaz, żeby nie kontynuował i ciągnął tematu kto z kim zerwał. Ale to nie oznaczało, że nie zasługiwał na to, aby poznać prawdę.
— To głupie… po prostu powiedziałam rodzicom i Larsowi, że to ja zerwałam. To nie dlatego, że było mi głupio się przyznać, że chłopak mnie olewał i chyba zostawił bez żadnego słowa. Ja chyba wtedy myślałam, że jakoś bardzo nie stracisz w ich oczach, kiedy się dowiedzą, że to nie ty, a ja zakończyłam ten związek. Uznałam, że jakbyście się kiedyś spotkali po kilkunastu latach, nie wiem, jakby mnie szlag trafił i od Erica byś się dowiedział o moim pogrzebie i byś przyszedł, to żeby nie patrzyli na ciebie z pretensją, że to ten, co skrzywdził ich córkę tylko po prostu jak na mojego byłego. Bez żadnych uprzedzeń… przepraszam, może nie powinnam, ale jak to wymyśliłam to wydawało mi się całkiem dobre i nie najgłupsze, ale mogę wszystko wszystkim wyjaśnić! — Znów gadała za dużo. Za szybko. Do tego stopnia, że po ostatnich słowach chyba zaczynało jej brakować zarówno oddechu jak i śliny, bo zamilkła, aby nawilżyć nieco gardło. Domyślała się, że bycie w roli tego, który dostał, jak to powiedział jej ojciec, kopa w tyłek, nie należało do najprzyjemniejszych, zwłaszcza jeśli mijało się to z prawdą, ale nie miała złych intencji. I liczyła, że Dante to zrozumie.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Choć ze wszystkich możliwych opcji… może i tak Eriksen nie wybrał wcale takiego całkiem najgorszego momentu na te swoje odwiedziny. W końcu… mógł przecież wpaść na genialny pomysł, by podrzucić córce jedzenie wczorajszego wieczora. A wizja takiego scenariusza sprawiała chyba, że śmiało można byłoby uznać tę poranną wymianę zdań za całkiem przyjemną. I to dla wszystkich jej uczestników.
Wciąż jednak Dante mógł chyba całkiem szczerze pożałować, że wylazł przed nią z tego łóżka. Bo przecież mógł tam zostać, pogapić się na nią bezczynnie jak w jakimś romansidle, faktycznie spróbować obudzić ją skuteczniej… Cokolwiek, co miałoby sprawić, że nie byłoby go w kuchni w momencie tych niespodziewanych odwiedzin.
– Może warto by było, żeby nauczył się jakoś wcześniej zapowiadać. Albo… – zerkając ponad jej ramieniem na przyniesione pojemniki z jedzeniem, ostatecznie zdecydował się zachować dla siebie myśl, która na moment pojawiła się w jego głowie. Bo może jednak na deklaracje, że mogłaby niekoniecznie potrzebować dalszego regularnego dokarmiania przez ojca, było mimo wszystko trochę za wcześnie. I tak może pozwalał sobie na zbyt wiele, zakładając, że miałby w jej domu spędzać więcej poranków – jakby faktycznie miało to być aż tak oczywiste. Nawet jeśli trzymając ją teraz w ramionach, mógłby z pełnym przekonaniem stwierdzić, że absolutnie nie miałby nic przeciwko temu. Być może byłby nawet w stanie znaleźć jakiś skuteczny sposób, by unikać tych nieprzyjemnych spotkań z jej ojcem, jeśli ten mimo wszystko wciąż uważałby wpadanie bez zapowiedzi za świetny pomysł…
Dłuższej chwili potrzebował na to, by z wylanego przez nią potoku słów nie tyle wyłowić jakieś wyjaśnienia, ale jakkolwiek je przyswoić. Powiedziała im, że to ona zerwała. I w porządku, to pewnie i tak nie miało żadnego znaczenia. Tylko… po co miałaby chcieć przedstawiać go przed swoją rodziną w tym lepszym świetle, kiedy – znów! – miała całkiem solidne podstawy, by chcieć przedstawiać go raczej w tym najgorszym. Czyli dokładnie takim, na jakie absolutnie sobie zasłużył…
– Jakoś nie wydaje mi się, żebym w oczach twojego ojca mógł jeszcze bardziej stracić. I to pewnie niezależnie od tego, co byś mu wtedy powiedziała – po tym chwilowym zaskoczeniu, a także po dojściu do pewnie całkiem słusznego wniosku, że i tak nie miał szans na to, żeby jakkolwiek zrozumieć co miałoby nią kierować, trudno byłoby mimo wszystko nie roześmiać się. I to całkiem szczerze, jakby jeszcze chwilę temu wcale nie był o włos wypowiedzenia przy jej ojcu przynajmniej kilku kwestii, które nigdy nie powinny być wypowiedziane na głos. – Nie musisz nikomu niczego wyjaśniać. Zwłaszcza jemu, nie za bardzo obchodzi mnie co myśli.
W porządku, może i powinien przynajmniej odrobinę postarać się, żeby jakoś poprawić swoje relacje z Casperem. Zwłaszcza jeśli naprawdę zamierzał odbudować relację z jego córką na poważnie, co raczej wykluczałoby unikanie wszelkich mniej lub bardziej planowanych spotkań w nieskończoność. Tyle, że to akurat wydawało się zadaniem mniej więcej tak samo realnym jak ewentualna próba ocieplania relacji z własnym ojczymem. Chociaż… może mimo wszystko pierwsza opcja pozostawała odrobinę bardziej prawdopodobna. Przy tym drugim nie było już przecież najmniejszych szans na to, by Dante mógł choćby przez moment pamiętać o gryzieniu się w język.
Nieznacznie odsunął się od niej, by móc na jej ustach złożyć krótki pocałunek. Może w ramach podziękowań za tę niezrozumiałą próbę niepogrążania go przed własną rodziną, może jako formę zapewnienia, że nie miał jej niczego za złe, a może… po prostu jako dość późne powitanie, którym powinni przecież zacząć ten nie najlepszy poranek.
– Dalej masz ochotę na śniadanie, czy zdążyłaś już stracić apetyt? Chociaż… – znów zerknął w stronę tych cholernych pojemników. – Jedzenia chyba i tak masz już wystarczająco, żeby nie umrzeć z głodu w najbliższym czasie…
Zwłaszcza jeśli wzięło się dodatkowo pod uwagę pojemniki, które zdążyła zaprezentować mu wczoraj, a które nadal pozostawały nietknięte w lodówce. Pewnie więc rzeczywiście szykowanie czegokolwiek jeszcze mogłoby nie mieć raczej większego sensu. I chociaż znów powróciła wcześniejsza myśl, raz jeszcze udało się ją całkiem szybko wyprzeć.
– I jak twoja ręka…? – zamiast więc skupiać się na tym, na czym być może wcale nie powinien, wolał upewnić się, że poparzona dłoń nie dokuczała jej już aż tak bardzo. Nawet jeśli miałoby to oznaczać, że być może niekoniecznie potrzebowała go w swoim domu i że pewnie warto byłoby zacząć już myśleć o powrocie do siebie…
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Normalnie byłabym już w pracy o tej godzinie. Rodzice mają zapasowy klucz, wiesz, tak na wszelki wypadek — na wypadek powtórki z rozrywki tasaka i pomidora… — Chciał pewnie wejść i zostawić, a że zobaczył mój samochód to uznał, że jestem w domu i zapukał. Ale naprawdę nie podejrzewałam, że przyjdzie — Chyba chciała trochę wybielić ojca w oczach chłopaka. Nie chciała, żeby sobie myślał, że ten wpadał ilekroć miał na to ochotę i traktował w sumie jej dom jak własny, chociaż tak to mogło właśnie wyglądać. Bo czy mógł chociaż napisać smsa, że przyjedzie? Mógł. Czy to zrobił? Elsa momentalnie drgnęła i sięgnęła po telefon, który zostawiła wcześniej na blacie i weszła w przychodzące wiadomości, aby zobaczyć…
Faen.
— Napisał wczoraj wieczorem, kiedy byliśmy trochę zajęci, a telefon leżał gdzieś, gdzie nie mógł nam przeszkadzać — Uśmiechnęła się niewinnie i spojrzała na niego z tymi swoimi charakterystycznymi iskierkami w oczach, że nie trudno było zgadnąć, czym dokładnie byli wówczas zajęci. Zaraz jednak na nowo wtuliła się w jego tors. Gdy sobie tylko przypominała, co się działo w tej kuchni, na tym blacie i krześle… od razu robiło jej się gorąco.
— Nie wymyślałam jakiejś fascynującej bajeczki ze smokami i wróżkami. Po prostu był związek i zaraz go nie było. No ale wtedy naprawdę myślałam, że to dobry pomysł. — I naprawdę była przekonana, że robi to niejako dla niego. Tylko czy faktycznie chodziło o to, że gdyby spotkali się na jej pogrzebie to mogli spojrzeć na siebie z mniejszą niechęcią niż normalnie? Czy może jeszcze wtedy żywiła się nadzieją, że kiedyś się ponownie zejdą u wtedy oboje lepiej wypadną na tym, że to Elsa zerwała, a nie że zgodziła się wrócić do kogoś, kto nagle rozpłynął się w powietrzu i nawet po powrocie do miasta nie próbował w żaden sposób odnowić kontaktu. Ale tego ostatniego przecież nie miała prawa mieć mu za złe. Wrócił z nowym życiem, nowym związkiem, a ona nie powinna się w tamtym czasie w nie mieszać.
Uniosła lekko głowę, aby z czułym uśmiechem odwzajemnić pocałunek. Wsunęła mimowolnie dłoń w jego włosy i przytrzymała go, aby za szybko się nie odsunął, podczas kiedy ona bezczelnie pogłębiała pieszczotę. Może to przez jeszcze żywe wspomnienia zeszłego wieczoru, a może chciała go przeprosić, że nie spojrzała w telefon, na którym wisiała wiadomość od ojca, że wpadnie ją dokarmić. W każdym razie wystarczyło naprawdę niewiele, aby zrzuciła z siebie tę cieniutką koszulę nocną i znów zaczęła się męczyć z paskiem od jego spodni, aby w następnej chwili zabrać go do sypialni, albo może podprowadzić do pianina, które tak samotnie stało w kącie salonu. Jednak jakieś ostatnie resztki jej siły woli sprawiły, że się powstrzymała i odsunęła.
— Nie, straciłam apetyt i nie mogę nawet patrzeć już na te pudełka — wymruczała mu tuż przy ustach zgodnie z prawdą. Nie wiedziała, co w takim razie będzie mogła sobie zaserwować jak jednak zacznie jej burczeć w brzuchu, ale od czego było żarcie na wynos? Na pewno jakiś miły kurier na rowerze ucieszy się, że mógł przywieźć nawiedzonej wegetariance jakieś zielsko i dostać za to zawrotne pięć dolarów napiwku.
— W porządku. Trochę boli, ale to zaraz łyknę te tabletki od ciebie, potem pomożesz mi zmienić opatrunek i może weźmiemy psy na spacer? Odprowadzimy was z Olive do domu — Bo tak zrozumiała pytanie Dantego — boli czy mogę już sobie pójść? A nie chciała go na siłę zatrzymywać. Zresztą, chyba gdzieś powoli do niej dochodziło, że on się na razie nigdzie nie wybierał, więc odrabiał spora szansa, że wkrótce znów się zobaczą, choćby nawet po to, aby móc się przytulić i życzyć sobie dobrego dnia. Takie przynajmniej obrazy zaczynała jej stawiać wyobraźnia przed oczami.
I tak jak planowali — ogarnęli się, opatrzyli na nowo łapkę, przypięli smycze do obroży psów i spokojnym spacerkiem ruszyli w stronę mieszkania Dantego. Trzymała go poparzoną ręką pod ramię, w zdrowej trzymając Olive, która całą drogę dokazywała razem z Murphym. I w końcu znaleźli się pod drzwiami do klatki schodowej apartamentowca zamieszkiwanego przez Levasseura.
— Napisz. Zadzwoń — odparła z uśmiechem zaraz po słodkim pocałunku, który złożyła na jego ustach na pożegnanie. Nie wpraszała się do środka. Trochę się obawiała, że mogła w mieszkaniu napotkać jego byłą, która wróciła się po swoje rzeczy albo która właśnie pakowała Dantego, bo przecież nie miała pojęcia co oboje uzgodnili w tej kwestii. Ale tak jak obiecała mu wcześniej, nie zamierzała nalegać, żeby usłyszeć wszystkie szczegóły.
Pomachała mu więc tylko na pożegnanie ten ostatni raz, po czym razem z Olive ruszyła z powrotem do domu.
Dante Levasseur
Zt.