Nie potrafiła się złościć. Nie teraz, nie w tej chwili, w której wszystko, co jeszcze niedawno płonęło w niej żywym ogniem, wypaliło się do cna, pozostawiając po sobie ciszę cięższą niż jakikolwiek krzyk.
Gniew, który zwykle był jej pierwszą odpowiedzią, który pchał ją do przodu, zmuszał do działania, do walki, zgasł, jakby ktoś brutalnie odciął dopływ powietrza. Zostało po nim tylko drżenie, pustka i to dziwne, otępiałe uczucie, rozlewające się po jej ciele, odbierając jej ostrość, odbierając jej samą siebie.
Może było za wcześnie? Może wszystko, co miało przyjść dopiero się w niej budziło, czekając na moment, w którym zostanie sama. A może prawda była znacznie prostsza i znacznie gorsza - może gdzieś głęboko w sobie zawsze w i e d z i a ł a. Od pierwszego spojrzenia, od pierwszego słowa, od pierwszego momentu, w którym coś w nim nie pasowało do reszty świata, który próbował jej pokazać. Te wszystkie drobne sygnały, te niewypowiedziane zdania, te spojrzenia, które trwały o ułamek sekundy za długo - one nigdy nie były
przypadkowe.
Ona tylko zdecydowała się ich nie widzieć.
Dlatego teraz nie potrafiła być wściekła na niego, bo cała ta wściekłość, cała ta brutalna siła, która powinna była w niego uderzyć, skierowała się w nią samą.
To ona weszła w to głębiej. To ona została, mimo że ostrzegał. To ona zignorowała wszystko, co powinno ją zatrzymać. Każdy raz, w którym mówił, że to się źle skończy. Każdy moment, w którym się wycofywał, próbując postawić granicę, której ona nie chciała uznać. Ona ją przekraczała świadomie i z pełną determinacją. Otwierała się przed nim coraz bardziej, oddając mu coś, czego nie dawała nikomu wcześniej, jakby wierzyła, że tym razem wszystko będzie inne.
P r a g n ę ł a go całym swoim istnieniem. Nie tylko ciałem, nie tylko tym, co łatwe i oczywiste. Chciała go rozumieć, chciała być jego częścią, chciała być miejscem, do którego wracał. I w tej potrzebie zgubiła samą siebie, krok po kroku, aż nie zostało jej nic, czego mogłaby się złapać.
Jego wina była oczywista, niepodważalna, ciężka jak kamień, który powinien przygnieść wszystko. A jednak to nie ona dominowała. Teraz pierwsze miejsce zajmowało rozczarowanie, które czuła wobec siebie. To, że pozwoliła się oszukać; to, że mimo wszystko nadal go chroniła, nawet w swoich własnych myślach.
Wciąż tłumaczyła go, usprawiedliwiała. Szukała dla niego powodów, których nie powinna była szukać. Tak wyglądała jej miłość - była niezdrowa, ślepa, uparta, zawsze skierowana bardziej ku niemu niż ku niej samej.
Być może później przyjdzie gniew. Być może rozpali się w niej tak, jak zawsze, gwałtowny i nie do zatrzymania. Ale teraz była tylko cisza i on, stojący tak blisko, że czuła jego oddech, jego ciepło, jego obecność, która wciąż miała nad nią władzę, mimo wszystkiego.
- Wyjedź stąd, p r o s z ę - wyszeptała, a jej głos był cichy, zmęczony, niemal pozbawiony siły, której zwykle jej nie brakowało. Jej palce zacisnęły się na jego nadgarstku, nie po to, by go zatrzymać, lecz jakby potrzebowała jeszcze jednego punktu zaczepienia, jeszcze jednego dowodu, że to wszystko naprawdę się dzieje. Przytuliła policzek do jego dłoni, przymykając oczy, chłonąc ten dotyk, jakby próbowała zapamiętać go na zawsze.
- Wyjedź i nie wracaj - powtórzyła ciszej, a słowa ledwie przeszły przez jej gardło.
- Zostaw mnie tutaj i nigdy się nie pojawiaj.
Jej oddech zadrżał, gdy wtuliła się mocniej, a ciało wciąż walczyło z decyzją, którą właśnie podejmowała.
- Zostaw mi jedyną rzecz, którą ma dla mnie znaczenie poza tobą - nie była w stanie go zniszczyć. Nawet teraz, nawet wiedząc w s z y s t k o. Ta myśl pojawiła się w niej jasno i bezdyskusyjnie. Nie wyobrażała sobie, by mogła go wydać, by mogła odebrać mu życie tak, jak on odebrał jej spokój. A jednocześnie nie widziała dla siebie miejsca w świecie, w którym musiałaby z tym żyć.
Jak miała codziennie patrzeć w lustro, wiedząc, co wie? Jak miała zakładać odznakę, powtarzać słowa o sprawiedliwości, o zasadach, o prawdzie, skoro wszystko, co stanowiło fundament jej życia, właśnie się rozpadło?
Uniosła na niego wzrok powoli, a w jej oczach odbijało się coś więcej niż ból. Tęsknota, żal, coś cichego i niebezpiecznego - uczucie, które najpewniej nie zgaśnie nigdy.
- Nie zapytam dlaczego - powiedziała spokojnie, choć głos wciąż drżał na granicy.
- Wiem, że mi nie powiesz. Dowiem się tego sama - ostatni raz zbliżyła się do niego, ujęła jego twarz w dłonie, mocno, zdecydowanie, jakby chciała go zatrzymać w tej jednej chwili. Pocałowała go - bez delikatności, bez ostrożności, bez tego wszystkiego, co wcześniej czyniło ich bliskość czymś miękkim i bezpiecznym. Był w tym chaos, był ból, były łzy, które spływały po jej policzkach i mieszały się z jego oddechem.
- Kocham cię - wyszeptała prosto w jego usta.
- Dlatego daję ci szansę. B ł a g a m cię, zniknij - oderwała się gwałtownie, jakby ten kontakt parzył, wychodząc z przestrzeni, którą jeszcze przed chwilą dzielili. Jej dłonie drżały, gdy nerwowym gestem otarła mokre policzki, poprawiła włosy, próbując odzyskać choć namiastkę kontroli. Chłód natychmiast wdarł się w miejsce, w którym jeszcze chwilę wcześniej był on, jego ciepło i obecność.
Wtedy n a p r a w d ę to poczuła.
K o n i e c.
Nie było już nic do uratowania. Nie było drogi powrotnej, nie było słów, które mogłyby cofnąć to, co się wydarzyło. Wszystko, co mieli, zostało tam - między jednym kłamstwem a drugim, między jednym spojrzeniem a kolejnym, między chwilą, w której się w sobie zakochali a tą, w której to uczucie zostało złamane.
Rhys Madden