-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Każde zdanie, które wypowiadał, odbierało jej kolejną iluzję, kolejną możliwość ucieczki, kolejne usprawiedliwienie, które jeszcze przed chwilą próbowała znaleźć. Wolała własne błędy, własne pomyłki, własną naiwność, wszystko, co mogłoby sprawić, że to ona była winna, że to ona przesadziła, że to ona dopowiedziała sobie coś, czego nie było. Wolałaby przepraszać, błagać, odwracać sytuację, niż stać tutaj i przyjmować prawdę, której nie dało się już podważyć.
Rhys Madden ją okłamał. Nie w jednym momencie, nie jednym słowem, lecz konsekwentnie, metodycznie, krok po kroku, prowadząc ją dokładnie tam, gdzie chciał.
Kręciła głową powoli, niemal niezauważalnie, jakby ten drobny ruch mógł cokolwiek zatrzymać, jakby mógł wyciszyć to, co słyszała. Jakby mogła cofnąć się do miejsca, w którym jeszcze nie wiedziała, w którym wszystko było prostsze, czystsze i mniej bolesne. Chciała tam wrócić. Do tej wersji świata, w której mogła go kochać bezwarunkowo, bez strachu, bez pytań i ciężaru, który teraz rozlewał się w jej klatce piersiowej jak zimny ołów.
Do miejsca, w którym jego spojrzenie coś znaczyło, a nie było kolejną częścią układanki, którą właśnie składała z przerażającą precyzją. Nie chciała tego świata, w którym jej serce wciąż należało do niego, mimo że wszystko krzyczało, że nie powinno.
Myśli pędziły, rozrywały ją od środka, nie dając chwili wytchnienia. Nie potrafiła oddzielić tego, co właściwe, od tego, co czuła. Nie wiedziała, gdzie kończy się obowiązek, a gdzie zaczyna zdrada. Nie wiedziała, czy powinna go zniszczyć, czy ratować, czy uciekać, czy zostać i patrzeć, jak wszystko się rozpada. Nie wiedziała już n i c.
Drżenie nasiliło się, rozlało po całym jej ciele, zdradzając to, czego nie chciała pokazać. Poczuł je na pewno pod palcami, którymi trzymał jej podbródek, zmuszając ją do konfrontacji, na którą nie była gotowa. Nie wyrwała się, nie cofnęła. Stała nieruchomo, jakby każdy ruch mógł sprawić, że to wszystko stanie się jeszcze bardziej realne.
Walczyła z łzami, które cisnęły się pod powieki, z tą jedną granicą, której nie chciała przekroczyć. Bo wiedziała, że jeśli pęknie, nie będzie już odwrotu. - Oszukałeś mnie - wyszeptała w końcu, ledwie słyszalnie, jakby te słowa ważyły więcej, niż była w stanie unieść. Nie otworzyła oczu, nie miała odwagi zobaczyć go w tej wersji, którą sam przed nią odsłonił. - Z d r a d z i ł e ś jakbym nic nie znaczyła - jej dłoń uniosła się powoli, niepewnie, odnajdując jego nadgarstek. Dotyk był słaby, pozbawiony siły, nie wiedziała, czy chce się uwolnić, czy po prostu go dotknąć.
- Odejdziesz albo ja to zrobię - dodała ciszej, a w jej głosie zabrzmiało coś, czego wcześniej tam nie było. Nie groźba, nie gniew. P r o ś b a. - Odejdziesz albo pociągnę cię na dno - wtedy otworzyła oczy. Powoli, z wysiłkiem, jakby unosiła ciężar, który przygniatał ją od środka. Spojrzenie było inne niż wszystko, co widział wcześniej; zamglone, rozbite, a jednocześnie boleśnie świadome. Zbliżyła się, nieznacznie, jakby przyciągana czymś, czego nie potrafiła powstrzymać. Ich usta dzielił ułamek przestrzeni, który przestał mieć znaczenie. Dotknęła go, lekko i niepewnie, sprawdzając, czy to też było kłamstwo.
Pocałunek był krótki, złamany, pełen tęsknoty, która nie miała prawa istnieć.
- Zniszczę cię, Rhys - szepnęła w jego usta, a jej oddech zadrżał, mieszając groźbę z czymś bardziej bolesnym. - Będziesz błagał, żeby Carbone dopadł cię pierwszy, przysięgam - jej czoło niemal dotknęło jego, gdy wspięła się na palce, głos osunął się jeszcze niżej, jakby brakowało jej sił, by utrzymać go na powierzchni.
Pierwsza łza wyrwała się spod powieki, powoli, bez pośpiechu, sunąc po jej policzku jak dowód czegoś, co właśnie umarło. W tej jednej chwili straciła wszystko, co budowała - wiarę, że można ufać, pewność, że rozróżnia dobro od zła i tę jedną, naiwną część siebie, która wierzyła, że miłość w y s t a r c z y. - Dlaczego pozwoliłeś żebym się w tobie zakochała? - to pytanie zawisło między nimi cięższe niż wszystkie oskarżenia.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wiedział, że przekroczyli granicę, za którą nie było już powrotu. Że jego stopy znalazły się na krawędzi przepaści, że ruszyły do przodu, prosto w pustkę, od której nie było żadnej ucieczki. Wiedział, że każde z jego słów było zupełnie innego rodzaju ciosem - że uderzało wprost w jej serce, w jej duszę, w miłość, którą do niego żywiła. Rany, które zostawiały jego wyznania były głębokie, znaczyły jej łagodność, dobro, jej poczucie sprawiedliwości, a może nawet wiarę we własny osąd. Wiedział, że blizny, które zostawią, będą głębokie, że płynąca z nich krew nie ustanie ani dziś, ani jutro, ani nawet za rok.
Ale po raz pierwszy to p o c z u ł.
Poczuł, jak łamała się pod wpływem jego wyznań. Jak jej spojrzenie z wściekłego robiło się zdezorientowane, później oszołomione, zaszklone od łez, które usiłowały znaleźć ujście - aż wreszcie nieobecne. Jak jej podbródek drżał w jego dłoni, tak, jak drżało całe jej ciało, jakby odrzucało prawdę, która po raz pierwszy spłynęła z jego ust.
Wierzył, że jego serce pod wpływem czasu przekształciło się w kruszec, którego codzienność nie była w tanie złamać. Że blizny pozostawione po tym, co było wcześniej, utwardziły jego tkanki i, niczym prawdziwe, pozbawiły je czucia. A jednak gdy widział, jak Margo rozpada się w jego dłoniach, jak zamyka oczy byle tylko go nie widzieć, jak chwyta za jego nadgarstek, jak gdyby podporę w tej przepaści, do której ich doprowadził, coś w jego wnętrzu również zaczęło się łamać.
- Chciałbym, żeby to było tak proste - odpowiedział, cicho, złość uleciała natychmiast z jego słów i jak ogień, który przemknął przez las wypalając go do gołej ziemi, zostawiła jedynie pustkę i pył, który czuł na języku, który wysuszał jego gardło.
Jego serce, jego żałosne, rozbite serce drgnęło gdy kobiece usta musnęły jego własne w tym desperackim geście, jakby usiłowała sprawdzić ich smak, teraz, gdy poznała smak f a ł s z u, który z nich spływał.
Jakby chciała sprawdzić, czy chociaż to było prawdziwe.
- Nie chciałem tego - szepnął, gdy jej groźby odbiły się od tego kamienia, w który przekształciło się jego ciało. Wiedział, że jego słowa były puste, nie zmieniały tego wszystkiego, co zrobił - nie pragnął jej przebaczenia, na które nie zasługiwał. Pragnął, by zrozumiała - nie tylko to, co było w nim złe, ale też to, co nim kierowało. - Próbowałem trzymać się od ciebie z dala. Próbowałem cię ostrzec.
Jego dłonie bezwiednie skierowały się do niej, ujęły jej twarz, po raz
- Chciałbym powiedzieć, że tego żałuję. - krótkie, s z c z e re wydobyło się z jego ust gdy patrzył na jej twarz, uniesioną w górę, rozbitą na tysiące kawałków - jego dłonie ujmujące kobiece policzki jakby próbował powstrzymać ją przed całkowitym rozpadem, trzymać te kawałki w jednym miejscu. - Ale nie potrafię.
Złość wypaliła go do cna, pozostawiając wyłącznie migoczący w zielonym spojrzeniu ból. Ból, z którym oderwał wzrok od jej oczu, przeniósł go na jej poskręcane włosy, których zapach i faktura wyryły się w jego podświadomości już na zawsze.
- To nigdy nie miało się udać - przyznał, odgarniając jeden z kosmyków za jej ucho, w tym geście, który miał coś w sobie z prawdziwego pożegnania. - Ale nie byłem wystarczająco silny by z ciebie zrezygnować.
Przyciągnął jej twarz bliżej siebie, delikatnie, ostrożnie - samemu pochylając się, by musnąć ustami jej czoło w desperacko czułym geście.
- Wiem, że to zrobisz - odezwał się cicho, wspominając jej słowa, obietnicę pożogi i z n i s z c z e n i a. - Jesteś moją karą, Margo Mercer.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gniew, który zwykle był jej pierwszą odpowiedzią, który pchał ją do przodu, zmuszał do działania, do walki, zgasł, jakby ktoś brutalnie odciął dopływ powietrza. Zostało po nim tylko drżenie, pustka i to dziwne, otępiałe uczucie, rozlewające się po jej ciele, odbierając jej ostrość, odbierając jej samą siebie.
Może było za wcześnie? Może wszystko, co miało przyjść dopiero się w niej budziło, czekając na moment, w którym zostanie sama. A może prawda była znacznie prostsza i znacznie gorsza - może gdzieś głęboko w sobie zawsze w i e d z i a ł a. Od pierwszego spojrzenia, od pierwszego słowa, od pierwszego momentu, w którym coś w nim nie pasowało do reszty świata, który próbował jej pokazać. Te wszystkie drobne sygnały, te niewypowiedziane zdania, te spojrzenia, które trwały o ułamek sekundy za długo - one nigdy nie były przypadkowe.
Ona tylko zdecydowała się ich nie widzieć.
Dlatego teraz nie potrafiła być wściekła na niego, bo cała ta wściekłość, cała ta brutalna siła, która powinna była w niego uderzyć, skierowała się w nią samą.
To ona weszła w to głębiej. To ona została, mimo że ostrzegał. To ona zignorowała wszystko, co powinno ją zatrzymać. Każdy raz, w którym mówił, że to się źle skończy. Każdy moment, w którym się wycofywał, próbując postawić granicę, której ona nie chciała uznać. Ona ją przekraczała świadomie i z pełną determinacją. Otwierała się przed nim coraz bardziej, oddając mu coś, czego nie dawała nikomu wcześniej, jakby wierzyła, że tym razem wszystko będzie inne.
P r a g n ę ł a go całym swoim istnieniem. Nie tylko ciałem, nie tylko tym, co łatwe i oczywiste. Chciała go rozumieć, chciała być jego częścią, chciała być miejscem, do którego wracał. I w tej potrzebie zgubiła samą siebie, krok po kroku, aż nie zostało jej nic, czego mogłaby się złapać.
Jego wina była oczywista, niepodważalna, ciężka jak kamień, który powinien przygnieść wszystko. A jednak to nie ona dominowała. Teraz pierwsze miejsce zajmowało rozczarowanie, które czuła wobec siebie. To, że pozwoliła się oszukać; to, że mimo wszystko nadal go chroniła, nawet w swoich własnych myślach.
Wciąż tłumaczyła go, usprawiedliwiała. Szukała dla niego powodów, których nie powinna była szukać. Tak wyglądała jej miłość - była niezdrowa, ślepa, uparta, zawsze skierowana bardziej ku niemu niż ku niej samej.
Być może później przyjdzie gniew. Być może rozpali się w niej tak, jak zawsze, gwałtowny i nie do zatrzymania. Ale teraz była tylko cisza i on, stojący tak blisko, że czuła jego oddech, jego ciepło, jego obecność, która wciąż miała nad nią władzę, mimo wszystkiego.
- Wyjedź stąd, p r o s z ę - wyszeptała, a jej głos był cichy, zmęczony, niemal pozbawiony siły, której zwykle jej nie brakowało. Jej palce zacisnęły się na jego nadgarstku, nie po to, by go zatrzymać, lecz jakby potrzebowała jeszcze jednego punktu zaczepienia, jeszcze jednego dowodu, że to wszystko naprawdę się dzieje. Przytuliła policzek do jego dłoni, przymykając oczy, chłonąc ten dotyk, jakby próbowała zapamiętać go na zawsze. - Wyjedź i nie wracaj - powtórzyła ciszej, a słowa ledwie przeszły przez jej gardło. - Zostaw mnie tutaj i nigdy się nie pojawiaj.
Jej oddech zadrżał, gdy wtuliła się mocniej, a ciało wciąż walczyło z decyzją, którą właśnie podejmowała. - Zostaw mi jedyną rzecz, którą ma dla mnie znaczenie poza tobą - nie była w stanie go zniszczyć. Nawet teraz, nawet wiedząc w s z y s t k o. Ta myśl pojawiła się w niej jasno i bezdyskusyjnie. Nie wyobrażała sobie, by mogła go wydać, by mogła odebrać mu życie tak, jak on odebrał jej spokój. A jednocześnie nie widziała dla siebie miejsca w świecie, w którym musiałaby z tym żyć.
Jak miała codziennie patrzeć w lustro, wiedząc, co wie? Jak miała zakładać odznakę, powtarzać słowa o sprawiedliwości, o zasadach, o prawdzie, skoro wszystko, co stanowiło fundament jej życia, właśnie się rozpadło?
Uniosła na niego wzrok powoli, a w jej oczach odbijało się coś więcej niż ból. Tęsknota, żal, coś cichego i niebezpiecznego - uczucie, które najpewniej nie zgaśnie nigdy. - Nie zapytam dlaczego - powiedziała spokojnie, choć głos wciąż drżał na granicy. - Wiem, że mi nie powiesz. Dowiem się tego sama - ostatni raz zbliżyła się do niego, ujęła jego twarz w dłonie, mocno, zdecydowanie, jakby chciała go zatrzymać w tej jednej chwili. Pocałowała go - bez delikatności, bez ostrożności, bez tego wszystkiego, co wcześniej czyniło ich bliskość czymś miękkim i bezpiecznym. Był w tym chaos, był ból, były łzy, które spływały po jej policzkach i mieszały się z jego oddechem.
- Kocham cię - wyszeptała prosto w jego usta. - Dlatego daję ci szansę. B ł a g a m cię, zniknij - oderwała się gwałtownie, jakby ten kontakt parzył, wychodząc z przestrzeni, którą jeszcze przed chwilą dzielili. Jej dłonie drżały, gdy nerwowym gestem otarła mokre policzki, poprawiła włosy, próbując odzyskać choć namiastkę kontroli. Chłód natychmiast wdarł się w miejsce, w którym jeszcze chwilę wcześniej był on, jego ciepło i obecność.
Wtedy n a p r a w d ę to poczuła.
Nie było już nic do uratowania. Nie było drogi powrotnej, nie było słów, które mogłyby cofnąć to, co się wydarzyło. Wszystko, co mieli, zostało tam - między jednym kłamstwem a drugim, między jednym spojrzeniem a kolejnym, między chwilą, w której się w sobie zakochali a tą, w której to uczucie zostało złamane.
Rhys Madden
-
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Posługiwał się nim jak zasłoną, skupiając na tym ogniu, który piekł, którego temperatura utrudniała oddychanie. Pozwalało mu to na ignorowanie wszystkiego tego, co znajdowało się pod spodem. Języki ognia były wysokie i gorące, strach czy smutek znikały pod ich naporem, łatwe do przeoczenia.
Ale gniew był też łatwiejszy gdy należał do niej.
Gdy kierowała w jego stronę swoją wściekłość, gdy jej ręce zwijały się w pięści w podświadomym pragnieniu jakiegoś działania, ich dyskusja poruszała się po płytkich wodach. Ignorowała tę więź, splatającą ich losy ze sobą, ignorowała to wszystko, co było między nimi prawdziwe.
Co właśnie r u n ę ł o.
Ból na jej twarzy, dłoń zaciskająca się na jego nadgarstku, wszystko to sprawiało, że brakowało mu gniewu. T ę s k n i ł za nim, za krzykiem, za zimną furią i za jej nienawiścią. Tęsknił za tym wszystkim, co przysłaniało r o z p a c z, wypełniającą go od środka jak trucizna.
Jej desperackie prośby sięgały do jego wnętrza, do tego miejsca, które było zarezerwowane wyłącznie dla niej. Każdy cios zostawiał po sobie ślad, drążył zakamarki jego serca, pozostawiając po sobie wypełnione zimnym wiatrem korytarze. Powinien to zrobić. To jedno był jej winien - powinien zniknąć, pozwolić jej żyć dalej tak, jak żyła wcześniej - zanim wtargnął do jej życia, zanim rozdarł jej serce na kawałki wszystkimi, wypowiedzianymi przez siebie kłamstwami.
I był gotów to zrobić.
Był gotów zostawić swoją odznakę i złożyć służbową broń. Zamknąć za sobą drzwi komisariatu i nigdy więcej do niego nie wrócić. Zostawić tę jedną rzecz, która trzymała jego życie w ryzach na długo przed tym, gdy Sophie zniknęła. Jedyny sens jego pieprzonego istnienia, który zmuszał go do wstawania rano, doprowadzania się do porządku i wychodzenia do komisariatu.
Zostawiłby to wszystko. Dla niej.
- Zrobiłbym to - szepnął, w usta, które chwilę wcześniej zetknęły się z jego. Ich pocałunek był inny, miał inny smak, zabarwiony otaczającą ich rozpaczą. Smakował jak pożegnanie, jak ostatnia, prawdziwa rzecz między nimi, smakował jak k o n i e c. - Wyjechałbym na drugi koniec świata byle nigdy nie widzieć już twoich łez.
Zostawiłby Toronto za sobą, zostawiłby j ą za sobą, skazując samego siebie na wygnanie i potępienie nawet, jeśli rozdarłoby to resztki jego przeklętej duszy na pół. Nawet, gdyby nigdy więcej miał jej nie zobaczyć, a jakaś jego cząstka miałaby umrzeć wraz z tą nicią, która łączyła ich od samego początku.
- Ale nie mogę. - jego głos załamał się pod naporem tej prawdy, której nie chciała usłyszeć. Carbone nigdy by mu na to nie pozwolił. Nigdy nie wypuściłby go ze swoich szponów teraz, gdy znalazł nowe narzędzie, z pomocą którego mógłby zacieśniać założony na niego kaganiec, ciągnąć za smycz.
Teraz miał M a r g o.
Wypuścił jej twarz ze swoich dłoni, z trudem, z wyraźnym oporem, jakby same lgnęły do jej skóry, jakby tam było ich właściwe miejsce.
- Zrób co musisz. - chłód, który wtargnął do jego ciała gdy odsunął się w tył wsunął się również do jego głosu. Mercer była policjantką. wiedział, że powinna go zatrzymać - w ten czy inny sposób. Dlatego kocham cię znów utknęło mu w gardle, jakby nie było prawdziwe - jakby było manipulacją, mającą na celu umniejszenie tego wszystkiego, co zrobił. Zasługiwała na więcej.
Wiedział, że miała być jego własnym końcem.
margo mercer
-
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie symbolicznego, nie takiego, który można było zamknąć w jednym kroku w tył czy w odwróceniu wzroku, lecz prawdziwego. Takiego, który oddzielał ciało od ciała, myśli od jego obecności, serce od tego, co nie przestawało do niego ciągnąć mimo wszystkiego, co właśnie usłyszała. Wiedziała, że jeśli zostanie tu choć chwilę dłużej, jeśli pozwoli sobie jeszcze raz poczuć ciepło jego skóry albo ciężar jego spojrzenia, rozpadnie się w sposób, którego nie zdoła już poskładać.
Musiała się odciąć, brutalnie, bez miękkości, bez miejsca na zawahanie. Musiała zmusić nogi, by zrobiły pierwszy krok, choć zdawały się obce, ciężkie, jakby należały do kogoś innego. Musiała zmusić własną głowę, by przestała szukać dla niego usprawiedliwień, by nie układała w pośpiechu nowych wersji rzeczywistości, które uczyniłyby to wszystko łatwiejszym do zniesienia. Najtrudniejsze jednak było serce, przeklęte, uparte, które mimo bólu wciąż próbowało wracać, wciąż wyciągało się ku niemu, jakby nie rozumiało, że właśnie zostało złamane.
- W porządku - skinęła głową spokojniej, niż się spodziewała. Przyjęła jego odpowiedź bez walki, bez kolejnego pytania, jakby coś w niej nagle zgasło. Uświadomienie przyszło powoli, lecz było nieubłagane; nie tylko nie mógł odejść, nie tylko nie chciał wybrać jej ponad to wszystko, ale odbierał jej również ostatnią przestrzeń, w której jeszcze potrafiła oddychać.
Pracę, którą kochała. Fundament, na którym budowała siebie przez lata. Świat, w którym zasady miały znaczenie, a sprawiedliwość nie była pustym słowem. Rozbierał to wszystko na części z taką samą łatwością z jaką wcześniej wchodził do jej życia i zajmował w nim miejsce, którego teraz nie potrafiła już odzyskać.
Nie słuchał jej nigdy, teraz widziała to wyraźnie, bez złudzeń, bez łagodzącej wszystko miłości. Zawsze mówił, zawsze prowadził, zawsze decydował, a ona uparcie szła pod prąd, przekonana, że tym razem będzie inaczej.
Myliła się.
Był gorszy, bo nie tylko ją ignorował - skazywał ją na wybór, którego nie powinna była nigdy dostać.
Nie potrafiła żyć tak jak on. Nie potrafiła wsunąć broni do kabury i odznaki do kieszeni z pełną świadomością, że przestały coś znaczyć. A jednak właśnie do tego ją zmuszał. Do milczenia, do w s p ó ł u d z i a ł u. Do zdrady wszystkiego, co stanowiło jej kręgosłup. I najgorsze było to, że mimo tej wiedzy, mimo wstrętu, który powinna czuć, wciąż gdzieś głęboko wybierała jego.
Nie powiedziała już nic więcej. Słowa stały się zbędne, puste, niewarte wysiłku. Odwróciła się powoli, jakby każdy ruch wymagał od niej ogromnej siły, której już prawie nie miała. Nie było w tym dumy, nie było wyprostowanej sylwetki ani podniesionej głowy; wyszła zgarbiona, przygnieciona ciężarem, który osiadł na jej barkach i nie zamierzał ustąpić. Drzwi zamknęły się za nią z cichym kliknięciem.
Na klatce schodowej powietrze wydało się zbyt gęste, zbyt ciężkie. Zatrzymała się, opierając dłoń o ścianę, jakby potrzebowała czegoś, co utrzyma ją w pionie. Oddech urwał się nagle, płytki, nierówny, a płuca zapomniały, jak pracować. Serce waliło chaotycznie, myśli zaczęły się rozbiegać, zderzać ze sobą, tworzyć niezrozumiały szum, w którym nie potrafiła odnaleźć żadnego punktu zaczepienia. Ruszyła dalej niemal instynktownie, szybciej, potem jeszcze szybciej, aż znalazła się na zewnątrz, łapiąc powietrze tak, jakby wynurzyła się spod wody.
Droga do samochodu zlała się w jedną rozciągniętą chwilę. Usiadła za kierownicą i przez moment patrzyła przed siebie, nie widząc nic konkretnego. Silnik odpalił, ręce same ułożyły się na kierownicy, noga nacisnęła pedał - wszystko działo się bez udziału świadomości. Jechała, lecz nie pamiętała trasy. Ulice mijały ją jak obce miejsca, jakby nigdy wcześniej ich nie widziała. Dopiero gdzieś w połowie drogi dotarło do niej jedno, krótkie, bolesne pragnienie.
Chciała z a p o m n i e ć.
Nie tylko o drodze. O nim, o ostatnich miesiącach. O każdej chwili, która doprowadziła ją do tego punktu. A jeszcze bardziej pragnęła cofnąć się do początku i posłuchać go wtedy, gdy powiedział jej, żeby poprosiła o zmianę partnera.
koniec
Rhys Madden