52 y/o
Enjoy the simplest things
182 cm
złodziej bankowy
Awatar użytkownika
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Santiago stresował się tym spotkaniem. Nie mógł spać w nocy - co jakiś czas się budził, rzucał z boku na bok, przerabiał w głowie różne scenariusze; a w dodatku jeszcze wisiało nad nim widmo wyjazdu do Neapolu w celu zdecydowanie nie związanym ze zwiedzaniem. Uwielbiał Włochy i normalnie cieszyłby się na ten wyjazd, ale teraz chodziło o pobyt w klinice, w której być może mieli dla niego lek, mogący przedłużyć mu życie. A być może nie - i ta niepewność go dobijała. Zwłaszcza w połączeniu z tym, co usłyszał od brata i związaną z tym niepewnością, czy w ogóle jeszcze rzeczywiście są braćmi.
Dlatego też kiedy w końcu pojawił się pod drzwiami jego pokoju, ubrany w czarny wełniany płaszcz, podpierając się elegancką laską ze srebrną gałką w kształcie głowy pantery, wyglądał jak siedem nieszczęść. Ta laska była dla niego nie tylko ozdobą: kupił ją jakiś czas temu na gorsze dni, kiedy obawiał się poruszać bez niej, bo nie czuł się na siłach, jak dzisiaj. Miał podkrążone i zaczerwienione z niewyspania oczy i był bledszy, niż wczoraj, a serce waliło mu w piersi jak młotem. Miał wielką ochotę stąd uciec i nie przeprowadzać w ogóle tej rozmowy, ale wiedział, że nie może tego ominąć, bo inaczej coś rzeczywiście się skończy między nim i Salem, a tego zdecydowanie nie chciał. Bardzo mu zależało na bracie i miał nadzieję, że jednak uda im się dogadać.
Świadomość, że Alvaro go tu przywiózł i jest gdzieś w pobliżu, dodawała mu trochę otuchy. W końcu zapukał, mając duszę na ramieniu i walcząc z pokusa odwrócenia się na pięcie i ucieczki.
- Witaj - odezwał się zduszonym głosem, kiedy Salazar w końcu otworzył drzwi i wpuścił go do środka. Santiago odwiesił płaszcz na haczyk i podpierając się laską przeszedł powoli i niepewnie w głąb pokoju, nie bardzo wiedząc, jak zacząć mimo, że wielokrotnie już przerobił różne scenariusze w głowie - Nie chce zajmować ci dużo czasu, więc pozwól, że od razu przejdę do rzeczy - zdecydował wreszcie, stając na środku i odwracając się w stronę brata - Jutro wyjeżdżam na miesiąc do Neapolu i nie chciałbym pozostawiać niedomówień. Naprawdę myślisz o mnie to wszystko, co mi powiedziałeś? To dla mnie istotne, bo... nie chciałbym, żebyś widział we mnie aż takiego skurwysyna i nie sądziłem, że mógłbym akurat ciebie doprowadzić do czegoś takiego.
Widać po nim było, że to wszystko sprawia mu ból, którego tym razem nie próbował przesadnie ukrywać.

Salazar Martinez
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
55 y/o
Welkom in Canada
178 cm
emerytowany sportowiec, czasem złodziej, aktualnie głównie pisarz na home office
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne
typ narracji3 os. l.p.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

outfit


Salazar cieszył się, że Santiago napisał do niego jeszcze tego samego dnia wieczorem; on sam zbierał się do tego, chciał go należycie przeprosić, chciał spróbować wyjaśnić, co kryło się za jego zachowaniem - i choć sam nie do końca to rozumiał, to dzięki rozmowie, którą odbył z mężem tuż po tym, jak wrócili do hotelu i nieco się ogarnęli, był chyba na mniej więcej dobrej drodze, żeby odkryć faktyczny cel swoich słów. No dobrze, właściwie to wydawało mu się, że już wiedział co nim kierowało i mimo że nie miał stuprocentowej pewności, to według niego to wyjaśnienie miało sens, a skoro Sergio nie uznał go za idiotyczne, to zapewne według niego również mogło faktycznie być tak, jak Salazar twierdził - że powiedział to wszystko, żeby ich ukarać. W każdym razie - umówił się z bratem na konkretną godzinę i kolejnego dnia, gdy mieli się spotkać, od samego rana chodził po pokoju jak po rozżarzonych węglach, nie wiedząc w co ma włożyć ręce, co ze sobą zrobić i nie mogąc znaleźć niczego, co mogłoby choć trochę ukołysać jego nerwy. Sergio był w pracy; rano, gdy się żegnali, powiedział mu, że umówił się z bratem i że ten przyjdzie do hotelu i poprosił, żeby trzymał za nich kciuki. Nie miał pojęcia jak potoczy się ta rozmowa, ale miał nadzieję, że nie skoczą sobie do gardeł, że uda mu się wyjaśnić Santiago co nim kierowało i że ten przyjmie jego wyjaśnienia. Że prędzej czy później mu wybaczy, nawet jeśli nie od razu.
Gdy otworzył bratu drzwi do pokoju hotelowego przeszły go nieprzyjemne dreszcze, a żołądek mu się ścisnął na widok mężczyzny za progiem. Tak, pamiętał, że Santiago wspominał o swojej chorobie, Alvaro zresztą również mu o tym mówił wtedy przez telefon i chyba przyjął to jakoś do wiadomości, ale w takim stanie i tak chorego jeszcze go nie widział, więc był to dla niego dość mocny cios w potylicę. Mimo wszystko cofnął się w końcu i wpuścił go do środka, ostrożnie zamykając za nim drzwi i odprowadzając go wzrokiem najpierw do wieszaka, a potem w głąb pokoju.
- Do Neapolu? Na miesiąc? - powtórzył za nim jak echo, zaskoczony jego słowami, ale zaraz potem pokręcił głową i odchrząknął, gdy Santiago przeszedł do rzeczy i spytał o to, co musiało go dręczyć od tej nieszczęsnej kłótni na kolacji. Domyślał się, że Santiago mógł nie spać w nocy, a jeśli nawet spał, to niezbyt dobrze i niezbyt długo; podkrążone oczy mu o tym mówiły, podobnie jak jego własne, gdy jeszcze jakiś czas temu patrzyły na niego z lustra w łazience. On też miał za sobą bezsenną noc, podczas której głównie wtulał się w bok Sergio, starając się jak najmniej ruszać, żeby go nie budzić i nie fundować bezsenności również jemu.
- Nie, nie myślę o tobie tego, co powiedziałem - odezwał się po chwili milczenia, podchodząc nieco bliżej brata, jednak zatrzymując się w pewnej odległości, żeby go nie osaczać i nie wprawiać w jeszcze większy dyskomfort. Najchętniej po prostu by się do niego przytulił, ale wiedział, że muszą odbyć tą rozmowę, żeby znów móc normalnie rozmawiać i żeby znów być braćmi, którymi byli do czasu wybuchu w tunelu. Pragnął tego jak niczego innego, naprawdę - powrotu do normalności. - Nie uważam, że jesteś aż takim skurwysynem, przysięgam. Zastanawiałem się długo nad tym dlaczego to powiedziałem, rozmawiałem też o tym z miśkiem, gdy wróciliśmy do hotelu... i chyba doszedłem do tego, co mną kierowało i dlaczego powiedziałem to, co powiedziałem. Chyba po prostu wciąż mam do was obu pretensje - do ciebie o to sfingowanie własnej śmierci, a do Alvaro o to, że ukrywał przede mną, że żyjesz, przez pieprzone pół roku. - westchnął ciężko i przeczesał włosy dłonią. - Ale mimo to, że chciałem was ukarać, to nie chciałem sprawić wam aż takiego bólu. Nie panowałem do końca nad tym, co mówię, nawet nie wiem w jaki sposób dobierałem słowa; mam wrażenie, że gadałem co ślina mi na język przyniesie, żeby tylko sprawić wam ból. Nie jestem z tego dumny, chcę, żebyś to wiedział. Kurewsko mocno żałuje każdego słowa, powiedzianego wczoraj w złości.

Santiago de la Serna
palermo
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
52 y/o
Enjoy the simplest things
182 cm
złodziej bankowy
Awatar użytkownika
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W pierwszym momencie miał ochotę cofnąć się, gdy Salazar do niego podszedł: w tym momencie nie czuł się komfortowo w towarzystwie brata, ale przecież właśnie przyszedł tu po to, żeby tę atmosferę oczyścić. Stłumił wiec w sobie tę ochotę wycofania się, która - swoją drogą - nieco go nawet zaskoczyła. On się przecież nie cofał, nie uciekał, a jeśli ktoś naruszał jego przestrzeń osobistą, on prostował się i hardo podchodził jeszcze bliżej, patrząc wyzywająco w oczy przeciwnika. Ale przecież Salazar nie był jego przeciwnikiem, był kimś, kogo Santiago kochał i kogo cholernie bał się stracić, skoro już go przed chwila odzyskał. Po jego plecach przeszły nieprzyjemne ciarki, kiedy uświadomił sobie, że wolałby, żeby Sal się teraz do niego nie zbliżał, póki nie dokończą tej rozmowy.
Opuścił głowę, wspierając się obiema dłońmi na swojej lasce i przenosząc ciężar ciała na jedną nogę. Oddychał teraz ciężko i sam nie był pewien, czy to przez chorobę, czy przez nerwy - a prawdopodobnie z jednego i drugiego powodu. Bezwiednie gładził kciukiem wierzch drugiej dłoni, wpatrując się teraz w podłogę. W końcu mruknął ciche "hm", nie będąc pewnym, czy mu wierzy.
- Potrzebujesz jeszcze przegadać to, co zrobiłem i dlaczego? - zapytał w końcu, nie patrząc na Sala - Mogę ci jakoś pomóc to przetrawić? - uniósł w końcu wzrok i popatrzył bratu w oczy - Alvaro to ukrywał, bo zabroniłem mu o tym mówić komukolwiek. Wcześniej zabroniłem tego mojej pielęgniarce, ale ona powiedziała Alvaro, bo przestała sobie ze mną radzić i uznała, że jeśli nie sprowadzi go do mnie, to umrę szybciej, niż zabiłaby mnie sama choroba. I miała rację.
Temat Neapolu na razie pozostawił bez komentarza uznając, że później powie Salowi o tej cudownej terapii, która miała szansę dać mu jeszcze trochę czasu. Uciekł jednak zaraz spojrzeniem gdzieś w bok, zaciskając i rozluźniając szczęki.
- Nie do końca ci wierzę, że nie myślisz o nas tego, co powiedziałeś - przyznał cicho mając nadzieję, że nie wkurzy tym Sala: nie chciał się z nim kłócić, tylko wyjaśnić - Głównie dlatego, że wiem, że nie jestem dobrym człowiekiem i zapracowałem sobie na taką opinię, a twoje słowa skądś się jednak wzięły, skądś ci to wszystko przyszło do głowy. Ale nie chcę cię stracić. I nie chcę, żebyś akurat ty miał mnie za takiego gnoja, na jakiego pozowałem przed wszystkimi innymi, którzy nie byli moją rodziną.

Salazar Martinez
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
55 y/o
Welkom in Canada
178 cm
emerytowany sportowiec, czasem złodziej, aktualnie głównie pisarz na home office
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne
typ narracji3 os. l.p.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przyglądał się bratu w napięciu, musząc przyznać choćby przed samym sobą, że nie wyglądał on najlepiej i Sal miał wrażenie, że zaraz być może skończy się to tak, że będzie trzeba zbierać go z podłogi - ten ciężki oddech w połączeniu z tym jak kiepsko Santiago wyglądał kazały mu myśleć, że jest to całkiem prawdopodobna opcja, nawet jeśli nadal trudno było mu dopuścić do siebie to, że jego brat jest śmiertelnie chory i że umiera. Wciąż wydawało mu się to abstrakcyjne, bo chodziło przecież o Santiago, a nie o byle kogo - Santiago był niezniszczalny, niepokonany, nie mógł umrzeć... mimo że już raz umarł. A przecież nikt nie umierał dwa razy.
- Może chcesz usiąść? - zapytał nieco niepewnie, wskazując gestem dłoni na kanapę i fotele znajdujące się nieopodal. Miał nadzieję, że jego brat nie odbierze tego jako ataku, bo nim nie było, nie było też litowaniem się, po prostu nie chciał sprawiać mu większego dyskomfortu, niż i tak sprawiała mu sama rozmowa.
- Tak myślałem, że mogłeś mu zabronić. - westchnął cicho. - Nie wiem czy możesz mi jakoś pomóc, chyba sam muszę to jakoś przepracować. Jeszcze nie miałem wystarczająco dużo czasu, żeby to zrobić, po prostu. To nadal jest dla mnie... świeży temat. - potarł dłonią o swój kark i oddalił się na chwilę w kierunku aneksu kuchennego, z którego przyniósł butelkę whisky, którą rozpoczął pić w nocy. Nie wypił dużo, jedną szklaneczkę raptem. No i może drugą w czasie oczekiwania na brata. Ale miał ochotę na trzecią, a pomyślał, że jego brat również może chcieć się napić; obaj potrzebowali tego chyba w równym stopniu. Postawił więc na stoliku przy sofie dwie szklaneczki i butelkę, a po chwili zastanowienia usadził swoje cztery litery na kanapie, tym samym chcąc ośmielić go, żeby zrobił to samo. Ulżyłoby mu, gdyby Santiago usiadł.
- Rozumiem, że mi nie wierzysz. Moje słowa wzięły się z tego, że wiem co mogło was zaboleć, bo znam was obu. Wiem, że uważasz, że nie byłeś dobrym mężem i że przez ciebie rozpadały się twoje związki. Wiem, że Alvaro wciąż gdzieś w głębi duszy uważa się za chłopca z rynsztoka, który zawdzięcza ci wszystko. - westchnął ciężko i na moment ukrył twarz w dłoniach. - Z tego wynikało to, co powiedziałem. Nie z tego, że faktycznie tak o was myślę. Z tego, że wy tak myślicie.

Santiago de la Serna
palermo
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
52 y/o
Enjoy the simplest things
182 cm
złodziej bankowy
Awatar użytkownika
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Słysząc propozycję zajęcia miejsca siedzącego, Tiago spojrzał niepewnie na kanapę, a później przez chwilę na brata. Zastanowił się nad tym, przesuwając koniuszkiem języka po swoich wargach i z jednej strony chciał usiąść, ale z drugiej nie był pewien, czy by to wytrzymał: był tak spięty, że aż go bolały mięśnie na karku i plecach. Nie był pewien, czy byłby w stanie teraz usiedzieć, więc na razie nie skorzystał z propozycji. Odprowadził Salazara wzrokiem do kuchni, a później na kanapę i obserwował, jak ten nalewa whisky do szklanek. Tiago przełknął ślinę nagle uświadamiając sobie, jak sucho ma w ustach.
Ostatnie słowa - to wyjaśnienie, skąd wzięły się takie słowa w ustach Sala - mocno go zabolały, ale nie poczuł się atakowany. Raczej: ciężko mu było usłyszeć, że Sal wie, że Tiago tak o sobie myśli; a co jeszcze gorsze: że ma w tym rację. Cos go ścisnęło za gardło, więc znów przełknął ślinę, próbując powstrzymać łzy, które znów - cholera jasna - zaczynały cisnąć mu się do oczu. Nie dotarły do nich, ale były blisko.
Wreszcie westchnął ciężko i rzeczywiście usiadł obok brata, opierając brodę na gałce laski i zastanawiając się nad tym, co właśnie usłyszał. Wpatrywał się przy tym w swoją szklankę, rozważając, co odpowiedzieć. W końcu chwycił szklankę, odchylił się na oparcie kanapy, zakładając nogę na nogę i przybierając pozę Pana Eleganta.
- Rozumiem - powiedział w końcu, nie mając odwagi spojrzeć na Sala. Napił się i wbił wzrok w stół, obracając szklankę w dłoniach - Tak, rzeczywiście jestem przekonany, że to przeze mnie rozpadły się moje małżeństwa.
Westchnął znowu i rozejrzał się po pokoju.
- Wiesz, kiedy Alvaro do mnie przyjechał, byłem już na skraju - zaczął po chwili uznając, że być może jeśli powie bratu dokładnie, co się z nim dzieje, to łatwiej mu będzie zrozumieć to udawanie martwego - Praktycznie byłem jedną nogą po tamtej stronie. Nie chciałem jeść, odmawiałem przyjmowania leków, siedziałem w fotelu i czekałem na śmierć. Pielęgniarka nie mogła mnie zmusić do tego, żeby żyć, bo nie widziałem w tym żadnego sensu. Nie byłem w stanie się poruszać... i owszem, sam się do tego doprowadziłem, jak widać na załączonym obrazku - poruszył ręką, wskazując swoje ciało i to, że teraz chodzi i funkcjonuje - ale wiedziałem, że jeśli będę brał leki, to i tak mnie to wszystko czeka, tylko najwyżej trochę później i będzie trwało trochę dłużej. Nadal jestem zdania, że to nie ma sensu, ale Alvaro udało się mnie zmusić do tego, żebym się ogarnął i pożył jeszcze chwilę. Zaopiekował się mną.
Potarł nerwowo nos kostkami palców i znów się napił.
- W każdym razie wtedy byłem potwornie chudy i nie byłem w stanie wykonać nawet najprostszych czynności, a świadomość, że ktoś mi bliski miałby na to patrzyć i jeszcze się mną opiekować w takim stanie, była... jest dla mnie koszmarem. Nie chcę wymagać takiej opieki i nie chcę, żebyście mnie takim widzieli, naprawdę.
Odetchnął głęboko, starając się w ten sposób choć trochę rozluźnić i spojrzał wreszcie na brata.
- Alvaro znalazł jakąś cudowną terapię eksperymentalną w Neapolu, jutro tam jedziemy, mam tam zostać miesiąc i w tym czasie okaże się, czy to na mnie jakkolwiek działa, czy nie. I powiem ci, brat, że jestem tym przerażony.
Parsknął nerwowym śmiechem, kręcąc głową i znów się napił.

Salazar Martinez
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
55 y/o
Welkom in Canada
178 cm
emerytowany sportowiec, czasem złodziej, aktualnie głównie pisarz na home office
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne
typ narracji3 os. l.p.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Ulżyło mu, gdy Santiago faktycznie usiadł - bał się o niego, że nogi mogą go dzisiaj nie utrzymać, że może zakręcić mu się w głowie, że naprawdę może wylądować na podłodze, więc Sal będzie próbował mu pomóc, a co za tym idzie - Santiago się wścieknie, bo nienawidził litowania się nad nim i przyjmowania od kogokolwiek pomocy. Odetchnął więc z ulgą, chociaż nie dosłownie, że ten postanowił jednak zająć miejsce i że w dodatku usiadł przy nim, a nie zajął fotel; to chyba znaczyło, że faktycznie chciał się pogodzić, że nie był do niego nastawiony od A do Z negatywnie i że nie skreślił go już, zarówno za to co powiedział wtedy i jeszcze dodatkowo - za to, co powiedział teraz.
Oparł plecy o oparcie kanapy, wciąż ze szklanką w dłoni (po tym, jak wziął kolejnego łyka) i spojrzał na niego, słuchając uważnie i nie wchodząc mu w słowo; starał się być cicho i po prostu pozwolić bratu mówić. Domyślał się, że takie zwierzenia nie są dla niego łatwe, zresztą znał go dobrze i w sumie był nawet z niego dumny, że zdecydował się powiedzieć mu to, co mówił teraz. Słuchał więc, a im dłużej Santiago opowiadał o tym, w jakim stanie był przed tym, jak Alvaro do niego przyjechał, tym bardziej przebiegały mu po plecach ciarki niepokoju.
- Nie wiedziałem, że było z tobą aż tak źle - zaczął po jakimś czasie, niepewnie, opierając dno szklanki o swoje kolano. Również siedział z nogą założoną na nogę, bo jednak parę cech wspólnych miał z Santiago (pewnie więcej, niż sam zauważał) i przyglądał się bratu niepewnie, znów przewalczając chęć przytulenia go. Wiedział, że jeszcze nie jest to dobry pomysł, więc się powstrzymał, ale tym bardziej po tym wyznaniu miał na to wielką ochotę. - Alvaro nie mówił mi w jakim byłeś stanie, tylko że byłeś chory i że odmawiałeś brania leków. - przełknął ślinę, wracając myślami do tej rozmowy telefonicznej z Salvatierrą. - Musiał się bardzo postarać, żebyś w ogóle dał sobie pomóc... wyobrażam sobie, że nie było łatwo. - uśmiechnął się niepewnie. Zaraz jednak wyprostował się nieco bardziej, słysząc o eksperymentalnej terapii.
- Nie dziwię się, też bym był przerażony: że terapia nic nie da, a jedynie obudzi we mnie nadzieję na to, że będzie lepiej. - zawahał się po chwili, po czym obrócił się bardziej przodem do brata, patrząc na niego znów w napięciu. - Zakładam też, że nie chciałeś jechać na żadną terapię. Jak cię przekonał? Ma aż tak wielki dar przekonywania?

Santiago de la Serna
palermo
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
52 y/o
Enjoy the simplest things
182 cm
złodziej bankowy
Awatar użytkownika
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiechnął się smutno połową ust i znów wbił spojrzenie w szklankę. Rzeczywiście to, co mówił nie było dla niego łatwe: przyznawał się właśnie do słabości, do tego, że potrzebował pomocy i że ją przyjął. Kiedy to mówił, czuł ciarki przebiegające raz po raz po jego ciele.
- Nie było - przyznał i kiwnął głową - ale z drugiej strony też nie aż tak trudne, biorąc pod uwagę, że on się uparł i był zdeterminowany, a ja nie bardzo mogłem się bronić, bo nie miałem na to siły.
Opróżnił swoją szklankę i odstawił ją na stolik, mając jednak ochotę na więcej, choćby po to, żeby zająć czymś ręce i usta: żeby mieć pretekst do robienia przerw, kiedy ich potrzebował, bo nie mówiło mu się o tym wszystkim łatwo.
Zakręciło mu się w głowie, kiedy usłyszał wypowiadane na głos myśli, które sam niedawno wyrażał do Alvaro: że boi się, że terapia nic nie da, a tylko przyniesie mu nadzieję, która może runąć w gruzach. Poruszył nerwowo szczęką, czując w klatce piersiowej ukłucie strachu.
- Nie musiał mnie długo namawiać - powiedział po chwili cicho - Kocham go i skoro on się uparł, żeby być przy mnie mimo, że widział mnie w najgorszym momencie, skoro go to nie odrzuciło mimo, ze ma świadomość, że zaraz znów może na to patrzyć, skoro wysilił się, żeby znaleźć coś, czego ja nie znalazłem mimo że szukałem... to się zgodziłem. Bo... - głos mu zadrżał, więc musiał przerwać na chwilę - Bo chcę z nim być choć chwilę dłużej, jeśli to możliwe.
Żeby jakoś zamaskować to, co teraz czuł i jaki ból sprawiły mu te słowa i myśl, że to wcale może nie być tak znów długo; niemal rzucił się na butelkę, dolał sobie i bratu, po czym utopił usta w tym złocistym trunku.
- Mimo wszystko nabrałem jakiejś nadziei - odezwał się po chwili, nadal nie patrząc na Salazara - mimo, że jej nie chcę i się jej boję, to czuję, że ona tam jest, joder. No, ale nic z tym nie zrobię... - wzruszył ramionami i znowu się uśmiechnął, przybierając teraz maskę kogoś, kto właściwie się tym jakoś szczególnie nie przejmuje.

Salazar Martinez
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
55 y/o
Welkom in Canada
178 cm
emerytowany sportowiec, czasem złodziej, aktualnie głównie pisarz na home office
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne
typ narracji3 os. l.p.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sal nie był świadom, że właśnie wypowiedział na głos to, czego Santiago się bał, czyli że narobi sobie tylko fałszywej nadziei. Powiedział to odruchowo, nie zastanawiając się nad tym, że może mu sprawić jakiś ból czy dyskomfort; ot, po prostu wypowiedział na głos to, o czym pomyślał w pierwszej chwili, czyli jakby sam się poczuł, gdyby był śmiertelnie chory i dostał możliwość uczestnictwa w terapii eksperymentalnej. Zauważył jednak spięcie się Santiago i nerwowy ruch jego szczęki, więc szybko zganił się w myślach za to, co palnął - mógł jednak wpaść na to, że mówienie takich rzeczy przy kimś, kto faktycznie będzie brał udział w eksperymentalnej terapii w Neapolu mogło nie być specjalnie dobrym pomysłem. Postanowił, że będzie się bardziej pilnował.
Uśmiechnął się pod nosem, słysząc, że Santiago chciałby być z Albaro choć chwilę dłużej, jeśli to możliwe i że go kocha - jakoś słuchało mu się tego jednocześnie przyjemnie i z lekkim bólem w sercu, ale to chyba głównie dlatego, że mimowolnie stawiał się w ich sytuacji, stawiając na ich miejscach siebie i Sergio, w obu konfiguracjach. Sama myśl o tym, że coś takiego mogłoby ich spotkać, że coś by ich rozdzieliło, że ich czas miałby być policzony.... napawało go to strachem i niepokojem, nad którym wolał się nie zastanawiać, bo im dłużej o tym myślał, tym bardziej był przerażony.
- Cieszę się, że znalazłeś szczęście, Tiago - odezwał się po chwili łagodnie, przyglądając się profilowi brata. Upił kilka łyków ze swojej szklanki, a potem nadstawił szklankę, żeby Santiago mógł dolać mu whisky, skoro już lał sobie i skoro i tak ruszył butelkę; bez sensu było chyba udawanie, że nie ma ochoty na alkohol i że nie potrzebuje alkoholu, żeby rozmawiać. Najwyraźniej obaj alkoholu potrzebowali, jeden mniej drugi bardziej, zależy od konkretnego momentu.
- Nadzieja nie jest niczym złym, tak właściwie - odezwał się po chwili namysłu, bawiąc się szklanką i przelewając alkohol po jej dnie. - Ja też mam nadzieję, że ta terapia faktycznie ci pomoże i że wrócisz stamtąd zdrowszy, silniejszy i bardziej niepokonany, jak dawniej - wyciągnął rękę, żeby dotknąć jego dłoni, ramienia lub czegokolwiek, ale w ostatniej chwili jego ręka zatrzymała się nieco wyżej, w pewnej odległości od ręki brata. - Naprawdę jedziesz tam na miesiąc? W sensie - musisz tam siedzieć miesiąc? Tego bym się chyba bał najbardziej: bycia daleko od kogoś, kogo kocham.

Santiago de la Serna
palermo
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
52 y/o
Enjoy the simplest things
182 cm
złodziej bankowy
Awatar użytkownika
Sk*wiel, jakich mało
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I w ten sposób: mówiąc o strachu przed rozdzieleniem z kimś, kogo kochał, Salazar dotknął drugiej bolączki Santiago. Kocur uśmiechnął się nieco szerzej, nieco ironicznie, spoglądając najpierw na tę wyciągniętą w jego stronę dłoń, a później w końcu w oczy brata. Chyba ból spowodowany jego oskarżeniami na kolacji w końcu zaczynał mijać, teraz ustępując miejsca pewnemu rozczuleniu faktem, że byli do siebie tak bardzo podobni, choć jednocześnie dość różni. Obaj mieli te same lęki; czy raczej - Sal doskonale wiedział, czego Tiago się boi, bo sam bałby się tego samego na jego miejscu. To było na swój sposób piękne.
- Alvaro mówił, że tak: że mam tam spędzić miesiąc, żeby mogli ocenić, czy w ogóle cokolwiek na mnie podziałało - odpowiedział, siląc się na beztroskę - I naprawdę chciałbym wierzyć, że ten miesiąc nie pójdzie na marne, że będzie miał jakikolwiek sens, a nie stanie się jedynie miesiącem straconym na leżeniu w obcym wyrze, z daleka od domu i odzyskanych bliskich; miesiącem, który jest cholernie długim czasem, biorąc pod uwagę, że tych miesięcy przede mną może jeszcze kilka.
Odetchnął i znów się napił, nieco się ożywiając: kiedy starał się udawać, że nic mu nie jest, nagle nabierał nieco więcej energii. Czasami jego samego to zaskakiwało, ale podejrzewał, że polega to głównie na tym, że do takich zabiegów po prostu musiał wykrzesać z siebie więcej energii, potrzebnej do maskowania; a sam fakt udawania, że jest lepiej, niż było naprawdę, również dodawał mu trochę sił. Nie tak znów wiele, ale jednak.
- Nie sądzę, żebym jeszcze kiedykolwiek był taki, jak dawniej - odezwał się po chwili neutralnym tonem, wpatrując się w wiszący na ścianie obrazek: wydrukowaną na płótnie "akwarelę" przedstawiającą jakiś letni widoczek nad jeziorem - Ostatecznie przez te lata choroba zdążyła już zasiać jakieś tam spustoszenie w moim organizmie. Ale może faktycznie uda się ją zahamować. Ostatecznie miewam lepsze dni, kiedy nie muszę nawet używać laski.
Błysnął zębami w uśmiechu i puścił bratu oczko.
- No, ale nic: zobaczymy, jak będzie. Tak czy inaczej nie mam na to wpływu: jedyne, co mogę zrobić, to tam pojechać i się przekonać. Gdybym tego nie zrobił, to do końca życia zastanawiałbym się, czy może jednak nie byłoby jakiejś szansy; a wy pewnie byście mi tego nie wybaczyli, bo zdaje się, że chcecie mnie tu zatrzymać najdłużej, jak się da. Masochiści.
Parsknął śmiechem i znów zamoczył usta w alkoholu.

Salazar Martinez
call me by my name
> Wielbię dramy :D > Lubię grać na ostro ;) Uszkodzenia fizyczne i psychiczne na propsie > Nie lubię typowo bekowych sesji (raz na jakiś czas mogę taką zagrać i dobrze się bawić, ale nie ciągle). Poza tym gram wszystko > Nie kieruj moją postacią. Jeśli potrzebujesz jakiegoś jej zachowania do posta - zapytaj
55 y/o
Welkom in Canada
178 cm
emerytowany sportowiec, czasem złodziej, aktualnie głównie pisarz na home office
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne
typ narracji3 os. l.p.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tak, to prawda, że byli do siebie podobni - pewnie bardziej, niż dostrzegali to wcześniej. Sytuacje kryzysowe i awantury, gdy już się je pokonało, potrafiły najwyraźniej przynieść też coś dobrego: nowe spojrzenie na pewne kwestie.
- No, ma to sens, że powinieneś zostać, żeby lekarze mogli cię obserwować - pokiwał głową, przyznając rację i bratu, i Alvaro, który - z tego co Sal zrozumiał - kazał mu tam grzecznie zostać i nie odwalać niczego głupiego. Był w stanie sobie nawet wyobrazić podobną rozmowę między nimi, ale też między Sergio a nim, gdyby to on miał zostać gdzieś z dala od domu, na jakiejś obserwacji. Nie zauważył nawet, że zaczął się uśmiechać do swoich myśli, zanim na głos dodał. - Sergio też kazałby mi zostać w takiej sytuacji. I zapewne musiałbym się meldować co parę godzin, żeby był pewien, że nadal jestem w ośrodku na terapii, a nie np. na jakichś Bahamach pijąc drinki z palemką. - parsknął krótko.
Nie skomentował tych rzekomych kilku miesięcy, które zapewne zostały jego bratu - nie chciał przyjąć do siebie tego, że faktycznie może mieć jeszcze tylko kilka miesięcy życia. Napił się ze swojej szklanki, pijąc może nieco zbyt szybko, bo znów powoli zaczynał widzieć dno szklanki, ale uznał, że nie chce się upijać w ciągu kilku minut wizyty Santiago, więc odstawił szklankę na blat, żeby aż tak bardzo go nie kusiło; gdyby trzymał ją w ręku, to za dwie minuty na bank byłaby pusta.
- Oczywiście, że byśmy ci tego nie wybaczyli i że chcemy trzymać cię tu jak najdłużej się da. - popatrzył na niego, niby to oburzony. - Na pewno ja, ale zakładam, że Alvaro też. Swoją drogą, naprawdę ładnie ze sobą wyglądacie i... cieszę się, że po tylu latach postanowiliście spróbować czegoś innego, niż przyjaźń. I naprawdę mam nadzieję, że wam się uda. - uśmiechnął się do niego szczerze, ostatecznie decydując się na chwilę położyć dłoń na jego dłoni; zabrał ją zaraz, żeby nie denerwować Santiago, przez chwilę jeszcze myśląc nad czymś gorliwie. - Swoją drogą... pasuje wam taki układ, jaki macie...? To znaczy, mam na myśli... czy myśleliście o jakimś ślubie czy coś?

Santiago de la Serna
palermo
nie lubię kierowania moją postacią i wiecznych śmieszków w grach, ale poza tym piszę dosłownie wszystko
ODPOWIEDZ

Wróć do „Pan Pacific Hotel”