-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
— Kiedy przychodził, spałam... — nawet teraz próbowała go wytłumaczyć. Rozumiała doskonale, w jakich warunkach żyli, co było od nich wymagane. Wbrew pozorom rozumiała go. Chociaż wbrew pozorom Cherry zachowała się przeciwnie do niego, kiedy stanęło mu serce, siedziała, dopóki nie wpuścił jej do środka. Tyle że wtedy pierwszy raz poczuła, że miała naprawdę złamane serce. Jak miała czuć się w perspektywie, że inna go uszczęśliwiła? Powiedział jej to w najgorszym momencie, a jednak, ani razu go nie opuściła, stała przy nim, dopóki ich drogi się nie rozeszły — czasami musisz wybierać między firmą a własnym szczęściem. Gdybym przestała pracować, a była sama, ludzie mogliby stracić pracę, — wtedy nie pracowała, nie myślała, nie była w stanie funkcjonować. Pomogło jej jedynie wsparcie rodziny, uczucie, że mogła mieć kogoś przy boku. Mogli nie być przy niej fizycznie, ale działali w firmie, by ona mogła się zregenerować — naprawdę to rozumiałam, nawet jeśli samotność mnie dobijała. Miałam tylko Koko — jedyna, wierna towarzyszka Cherry w tamtym okresie. Wtedy chyba pokochała ją jeszcze bardziej niż wcześniej — chociaż w nocy budziłam się, płacząc — a Galen spał na kanapie. Bał się jej łez, jej rozpaczy, która owładnęła całe ciało Charity. Nie potrafił jej wesprzeć w najgorszym momencie życia — dlatego wolę być sama Ethan... — mruknęła, pociągając nosem. Dotyk Ethana był kojący, ale bała się. Bała się łez napływających do jej oczu na samo wspomnienie tego, co przeżywała w tamtym okresie — nie był w stanie znieść mojej rozpaczy — Cherry też nie potrafiła. Tyle że nie mogła wyjść z własnego ciała. Zadrżała na samo wspomnienie tamtych chwil, chowając się jeszcze mocniej w ciele Hartleya. Nie powinna mu o tym mówić, a jednak powiedziała. Czuła się przy nim bezpiecznie.
— Dasz radę na pewno, Ethan — mruknęła słabym głosem — nawet sobie radzisz w mojej firmie — pochwała. Hartley powinien zapisać ją w sobie w kalendarzu. Cherry chciałaby mieć poprzeczkę na poziomie rodzeństwa. Wtedy byłaby w stanie ją przekroczyć. Nie znała jego brata, słyszała jedynie o wypadku, ale podskórnie czuła, że Ethan był stworzony do wielkich rzeczy.
Chociaż to poczucie zniknęło, słysząc jego kolejne, krnąbrne słowa. Aż strzeliła oczyma, nie mogąc się przed tym powstrzymać. Kontrola przebiegła pomyślnie. Co to miało do cholery znaczyć? Wspomnienie pierwszego spotkania dalej wywoływało w niej niechęć. Nawet jeśli ciało Ethana było zachęcające, uśmiech rozbrajający, to nie mogła wyjść z postawy obronnej. Przynajmniej do usłyszenia kolejnych słów, na które lekko skapitulowała.
— Noc się skończy, jak wyjdziemy z mieszkania — a ten czas niewątpliwie się zbliżał. Koko była chodzącym zegarem, o który trzeba było zadbać odpowiednim spacerem. Księżniczka zaczynała już jeść, a Cherry coraz bardziej uświadamiała sobie, że nie chciała końca. Ethan zdążył rzucić na nią niezrozumiały czar, zdążyła się przed nim obnażyć. Nie powiedziała wszystkiego, ale wystarczająco sporo, by poddać całe jej zachowanie pod znak zapytania — oba. Chociaż rzadko kiedy miałam okazję, by obserwować, jak ktoś dla mnie gotuje — stwierdziła, wpatrując się w jego oczy i aż zaśmiała się. Czy trafiła właśnie na odpowiedniego faceta? — ostatnio musiałam uczyć byłego wkładania kubków do zmywarki, lub umywalki — rozbawiło ją to, jak bardzo różnili się od siebie. Łączyło ich jedno. Obydwoje rozbroili ją na tyle, że pozbyła się resztek obronnej warstwy. Mogła pokazać swoją słabszą stronę. Tyle że wiele ich różniło, a właśnie te cechy coraz bardziej przeważały na szalę Ethana. Pierwszy raz od dawna poczuła się wolna od widma przeszłości. Kosztując truskawkę, nie myślała o nikim innym, jak o mężczyźnie stojącym przed nią z zaskakująco zielonymi tęczówkami. Zieleń koiła nerwy i to powoli robił z nią Hartley.
Wpatrywała się intensywnie we wargi mężczyzny, jak rozkosznie próbował truskawkę. Wolała, by zamiast niej znalazł się tam inny owoc. Owoc, sama Charity, a nie owoc. Przełknęła nerwowo ślinę, czekając aż skończy, czuła jak serce, zaczyna jej galopować coraz bardziej nieustannie.
— Często ją mam — miód dla jej uszu. Aż wstrzymała oddech na sam dźwięk tych słów. Tak do niej trzeba było mówić. Uwielbiała mieć rację, choć jeszcze bardziej polubiła czuć mocne bicie serca Hartleya pod jej dłonią.
— Zobaczymy — mruknęła, stając na palcach tak bardzo, że to było niemoralne. Muskanie jego ust, ich dotyk, smak. Chciała raz jeszcze ich zasmakować. Najlepiej całego ciała Ethana. Pierwszy raz liczyła na to, że przekroczy barierę. Jeszcze niedawno czuła rozkosz pod wpływem jego dotyku i szczerze? Przestało liczyć się dla niej śniadanie, przed sobą miała dużo lepsze danie główne. Nie zwlekała ani sekundy, czując jak serce chce jej uciec z klatki piersiowej, kiedy tylko wyczuła jego usta. Chciała kosztować ich raz, za razem nieustannie. Smakował truskawkami, które były tak samo słodkie jak jego pocałunki. W trakcie kolejnych muśnięć warg zaczynała zdawać sobie sprawę, nie chciała, by to była jedyna noc. Mogła trwać długo, a w końcu będą musieli stąd wyjść. Może dlatego z jeszcze większą gorliwością oraz zaangażowaniem całowała go, aż przegryzła delikatnie dolną wargę mężczyzny. Cholera, chciała, by był jej. Tylko i wyłącznie jej.
— Weź mnie — mruknęła, przerywając pocałunki. Wszystko inne przestało się liczyć, nerwowo ściągnęła mu koszulę, rzucając ją gdzieś na podłogę. To chwycenie jej za pośladek było jak płachta na byka. Jeśli wcześniej mogła zatrzymać całą machinę, teraz całowała go z całą posesywnością. To był żar, którego nie dało się zatrzymać, dopóki nie dostał on tego, czego chciał, a Cherry chciała Ethana.
-
You don't need to say you're mine...
I already know you're mine
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Och, Cherry - westchnął i bez namysłu przekręcił się na bok, żeby całkiem zamknąć ją w swoich ramionach, pozwalając, by przyległa do niego całym swoim ciałem i schowała się w nim przed całym światem. Sam złożył na czubku jej głowy drobny pocałunek, po czym oparł się o nią brodą. Miał nadzieję, że chociaż sama jego obecność odrobinę jej pomoże.
— Mmm, skoro Ty tak mówisz to rzeczywiście tak musi być - uśmiechnął się leniwie na to docenienie go i pochwałę, która pewnie nie zdarzała się jej zbyt często. Wiele rzeczy z tej nocy chciał zapamiętać.
Na jej strzelenie oczami znacznie poszerzył uśmiech. No, po prostu nie mógł oprzeć się przed rzuceniem tej uwagi, wiedząc, jak mogła na nią zareagować. I nie zawiódł się. Widząc jej lekceważący wyraz twarzy, uświadomił sobie, że drażnienie jej chyba nigdy mu się nie znudzi.
— Dobrze, pani Marshall - przytaknął w końcu grzecznie, nie czując najmniejszej potrzeby się z nią spierać. Bez względu na to, ile czasu im zostało, chciał się zwyczajnie nią nacieszyć. Ta noc była zbyt wyjątkowa, by wyszedł stąd bez pożegnania, jak to miewał w swoim zwyczaju. - Czyli masz niepowtarzalną okazję zobaczyć spektakl grany wyłącznie dla Ciebie - stwierdził z łobuzerskim uśmiechem i błyskiem w oku. Musiał przyznać, że lubił jej śmiech. Zwłaszcza taki szczery, który rozpromieniał całą jej twarz. Do twarzy było jej z uśmiechem. - Znalazłaś go pod kamieniem? - ściągnął brwi, spoglądając na nią z rozbawieniem w oczach. - Dobrze, że zmienił Ci się gust - dodał zaraz pewnym siebie tonem. Oczywiście, że uważał siebie za lepszy wybór, a skoro nadal pozwalała mu tu przebywać, to coś musiało znaczyć. Wykorzystanie truskawek jako pretekst do podejścia bliżej tylko potwierdził fakt, że oboje wciąż czuli niedosyt. I doskonale wiedzieli, jak go zaspokoić.
- Ukrywanie treści: włączone
- Hidebb Message Hidden Description
Cherry Marshall