
Chociaż nawet tutaj musiał odbębnić trochę swojego niezdecydowania. Wpierw miał być szeregowym, skończył w marynarce, ale składał też papiery na pilota. Dowództwo stwierdziło po wynikach testów fizycznych w marynarce, że nadawałby się do służb specjalnych. Tam miał dostać to, czego chciał, po trochu z wszystkiego. Traf chciał, że to właśnie tutaj odnalazł swoje prawdziwe powołanie. Głównie przez poznanych kandydatów. To właśnie tutaj nawiązał przyjaźnie, które miały zostać z nim do końca życia. Wreszcie dostał braci, których nigdy nie miał. To dla nich warto było przejść przez te wszystkie degradujące testy by w końcu zostać komandosem.
Jego życie zaczęło rozkwitać. Również to prywatne. Za sprawą swoich druhów otworzył się trochę bardziej na resztę świata. Poznał dziewczynę. Co zabawne jedną, z którą znał się w liceum tylko nigdy jakoś nie zrobili żadnego kroku w swoją stronę. Ich relacja szła niespodziewanie dobrze. Szybko uświadomił sobie, że się po prostu zakochał. Miał dla kogo starać się w wojsku oraz do kogo wracać na przepustkach. Nawet kochana rodzicielka stwierdziła w końcu, że wszystko było na właściwym torze. Nawet jeśli niezbyt zgadzała się z wyborem kariery swojego syna.
Z czasem jego dziewczyna stała się nawet jego żoną. Wesele było huczne, jak na takie imprezy przystało. Byli tam wszyscy bliscy, również z jego oddziału. Jego praca niestety zaczęła wywierać negatywną presję na życie nowożeńców. On, ciągle był w rozjazdach. Ze względu na swoją pozycję przez większość czasu nawet nie mógł powiedzieć swojej żonie gdzie tak właściwie był. Nie było z nim kontaktu. Czasami znikał nie na tygodnie, a miesiące bez żadnego kontaktu. Próbowali jakoś to pogodzić, chodzili na terapie, ale on nie potrafił odpuścić swojej pracy. Nie dlatego, że czuł jakieś wielkie powołanie względem swojego kraju. Był zbyt zżyty ze swoim oddziałem. Nawet jeśli nie był za nich odpowiedzialny, nigdy nie wynieśli go do rangi dowódcy, tak łączyły ich więzy krwi. Absolutna lojalność. Nie mógł pozwolić by byli na froncie bez niego. Rozwód był ciężki. Rozwleczony.
Gdy w końcu został sfinalizowany w myśl zasady, że gdy pada, leje w jego życiu musiało się wydarzyć coś więcej. Misja, w której wszystko, co mogło poszło nie tak. Nie osiągnęli swojego celu, zostali bez wsparcia, a gdy wrócili jedynym pocieszeniem było to, że wrócili wszyscy. Nie wszyscy natomiast byli zdolni do dalszej służby. Nie wrócili w jednym kawałku. Jednym z nich był Sal. Wyniszczone stawy, złamany kręgosłup, który co prawda udało się zaleczyć, lecz nie wrócić do pełnej sprawności. Gdy on leżał w szpitalu zmarli również jego rodzice. Wracając do Toronto wrócił do zupełnie innej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której musiał się jakoś odnaleźć. Nie potrafił całkowicie odejść od swojego wyszkolenia, od swoich nawyków. Więc pieniądze z wojska przeznaczył na wykupienie studia w którym mógł prowadzić zajęcia ze sztuk walki. Wprowadził się do domu swoich rodziców i próbuje ułożyć sobie życie na nowo.
