ODPOWIEDZ
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
kucharz The Beaches Boardwalk
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Praca, sraca, slayers kurwa.
Miał już dość swojej roboty i z dnia na dzień ciężej mu było zwlec się z łóżka, zmusić do ogarnięcia, spaceru do roboty, by potem odbębnić zmianę byle było. Może był po prostu bardziej grumpy niż zwykle, bo już nie miał się do kogo cieszyć poza pracą? Motylki w brzuchu poszły sobie tak szybko, jak szybko sobie przyszły i generalnie nie zapowiadało się, żeby chciał szukać sobie kogoś innego. Może. Może kiedyś, ale nieprędko; za dużo roboty, za mało zysku i tak naprawdę wolałby się skupić na znalezieniu dla siebie ścieżki kariery, która rzeczywiście mogłaby zapełnić większość jego życia. Straż miała wszystko, w czym się odnajdywał, prawda? Działanie, zamiast siedzenia, szybka, fizyczna decyzja zwykle stała ponad staniem w miejscu i dyskutowaniem o opcjach, pomaganie ludziom w terenie, chaos w którym odnajdował się najbardziej.. Problem był tylko taki, że to trwało. Cały proces rekrutacji trwał cholernie długi i niby mógł to szanować, ale szlag go już trafiał w tym przypierdółku na plaży, okay? Ilość razy, kiedy przez ostatni tydzień czy dwa zastanawiał się, czy wskoczyć na wagonik dostawcy dla Uber Eats, ot, żeby coś ze sobą robić innego niż trwać w tym samym miejscu..
- Lillebror. - machnął na baby-face Marshalla, nadal w swoich kucharskich ciuchach, wyglądając do niego z zaplecza. Nie widział go wieki, a najlepiej się było mu zorganizować do socjalizacji zaraz po pracy; wiadomo, podążając za ciosem wielu godzin w pracy, w których chcąc nie chcąc musiał się komunikować z ludźmi. Fujka. - Co chcesz jeść, to pójdę zrobić. - mógł to potraktować jako oznakę sympatii, bo normalnie machnąłby ręką i pozwolił, żeby bilecik poszedł regularną drogą, przechodząc przez całą kuchnię, zamiast brać zamówienie na siebie.
I tak już w teorii skończył pracę. Ich zamówienie było ostatnim, co zrobił, zanim poszedł się przebrać, teoretycznie jeszcze zanim jego zmiana dobiegła końca... I miał to w dupie. Jak to teraz dzieciaki nazywają? Odchodzenie po cichu? Kiedy nie chciało ci się pracować tak bardzo, że wszyscy wiedzieli, że niedługo będziesz odchodzić..? Coś w tym stylu. - Yooo. - dołączył do niego przy stoliku w kącie, żonogijka (których miał chyba setki) i dresowe spodnie to była zdecydowanie jego ulubiona stylówa po pracy. Rzucił plecak z ciuchami pod swoje nogi, siadając ciężko. - Kurwa, stary, kopę lat. Wiesz, że mam być świadkiem na ślubie Charliego, nie? - zagadnął go od razu... Głównie po to, żeby móc go wyczuć, czy też zna sekrety swojego starszego brata, czy może Theo miał unikać tematu jak ognia, żeby się nie wygadać. Na tamten moment zatkał sobie ryłu kurczakowym burgerem z ekstra serem i bekonem za który nie zapłacił, bo jebać jebać nic się nie bać.

cas
LemonSpice
none
28 y/o
For good luck!
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Powoli wracał do życia w Toronto, chociaż w dalszym ciągu było mu kurewsko ciężko przyzwyczaić się do tego wszystkiego. Do faktu, że wciąż musiał zmuszać się, by isc na te pierdolona terapie. Nie chciał tam chodzić. Po co? Na cholerę? Ale wszystko dla ukochanej siostry Cherry, no nie? Poza tym odgryzłaby mu głowę, a co najgorsze, upewniłaby się, żeby już nigdy w życiu nie mógł zapalić, i co wtedy? Kaput. Nie dałby rady. Na dobrą sprawę utożsamiał się z paczką fajek do takiego stopnia, że przejmował się bardziej tym, czy ma je w płaszczu, niż telefonem.
Zdziwił się, gdy otrzymał telefon od Mattheo, który chciał się z nim spotkać, na tak zwany hang out. Był przyjacielem Charliego, znali się i kumplowali, ale Caspian nie miał pewności, czy Theo faktycznie by go polubił, gdyby nie fakt, że ich łącznikiem był właśnie Charlie. Swoją drogą Caspian bardzo lubił Mattheo. Był jednym z tych ludzi, którzy mówili wszystko, jak jest, i nie owijali w bawełnę. A w świecie udawanej sympatii i wymuszonej życzliwości Marshall naprawdę to sobie cenił.

Wchodząc do miejsca jego pracy, które znajdowało się przy plaży, opierał się o laskę i wszedł do środka, podnosząc rękę i posyłając mu delikatny uśmiech. - Vecchio - rzucił do niego, śmiejąc się pod nosem. Był od niego starszy, więc to chyba było zrozumiałe, że nazywał go staruszkiem, co nie? Tak było już za gówniarza i tak jakoś zostało.- Zabiłbym za jakiegoś burgera z pleśniowym serem i frytki - rzucił, znajdując stolik i rozsiadając się przy nim. Wyciągnął fajkę i bawił się nią pomiędzy palcami, czekając, aż Bachmann do niego dołączy. Nie był pewien, czy może zapalić w środku, więc najwyżej poczeka, aż zjedzą, i wyjdzie na zewnątrz. Wsunął papierosa za ucho, a gdy po chwili Theo do niego dołączył, dał mu na wpół przytulasa, podnosząc się kalecznie, po czym znowu usiadł, upewniając się, że laska oparta jest tuż obok. - Wygląda zajebiście - spojrzał na burgera i frytki, zgarnął wszystko w dłonie i odgryzł kawałek. Słysząc o Charliem, uniósł brew i spojrzał na Theo. - Znasz mojego brata. Nie uwierzę w nic, dopóki nie zobaczę, że ma na palcu obrączkę - prychnął, przeżuwając jedzenie. Przewrócił oczami na samą myśl. Nie był w stanie zrozumieć Charliego. Nie był pewien, co siedzi mu w głowie. Miał swoje historie z kobietami, a Caspian tylko przyglądał się temu z boku, nie wiedząc zbytnio, jak zapytać go, czy naprawdę jest szczęśliwy. Może to były te lata niepewności i zazdrości ze strony Caspiana, a może po prostu różnica wieku między nimi. Nie był pewien.- Jak u ciebie, Bachmann? Masz jakąś kobietę? Jak praca? - spojrzał na niego z ciekawością. Miał nadzieję, że opowie mu o sobie jak najwięcej i o tym, co się u niego działo, żeby Caspian mógł po prostu skupić się na tym, jak kurewsko dobrze smakował ten burger.

Bachmann
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
kucharz The Beaches Boardwalk
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W jego głowie to było bardzo proste; rodzina jego najlepszego przyjaciela z automatu była dla Theo również bliska, okay? Cassie może rzeczywiście nigdy nie miał czasu, żeby ulokować się na stabilnej pozycji przyjaciela, ale zdecydowanie nie był jakimśtam przypadkowym obcym. Bachmann po prostu był bardzo beznadziejny w utrzymywaniu kontaktu i sprawdzaniu co u jego ziomeczków się działo. Ten konkretny sobie grabił nazywając go staruszkiem, no ale.. Okay, zasłużone, sam nazwał go małym braciakiem. Nie był taki mały, duży chłopiec z niego był, a na tamta chwilę dodatkowo poznaczony przez aktywną służbę. Przyjął jego zamówienie, w robieniu jedzonka oczywiście był bardzo szczodry, bo.. Wiadomo, stażem był w tej budzie najstarszy, podobnie jak doświadczeniem i wykształceniem, więc nikt nie mógł mu podskoczyć oprócz właściciela. Ale właściciela nie było, więc kto by się tym przejmował, nie?
- Oy, uważaj na siebie. - klepnął go lekko po plecach, w sumie nie mając pojęcia co mu dolega w nogę czy obie, ale generalnie woląc dmuchać na zimne. Zauważył też fajka za jego uchem, skinął w stronę części praktycznie nie-używanych poza sezonem stolików na zewnątrz. - Jak chcesz palić, to możemy iść na zewnątrz.. Tylko nie zamarznij, nie chcę cię mieć na sumieniu. - o siebie się martwić nie musiał. Był zahartowany od małego przez Norweskie zimy i sposób wychowania, także te Kanadyjskie absolutnie niczym nie mogły go zaskoczyć, nawet przy zmianie klimatu i całej reszty katastrofalnych wydarzeń ekologicznych.. Nie zmarznie. Caspian był znacznie drobniejszy w budowie, Theo nie mógł być pewny, czy chęć palenia była silniejsza od chęci pozostania w cieple, więc pozwolił mu zdecydować.
- Mnie tam tylko zależy na tym, żeby pakował się w małżeństwo tylko dlatego, że wasi rodzice tak ustalili, okay. - rozłożył lekko ramiona, unosząc jedną brew w stronę młodszego Marshalla. Wszystko sprowadzało się do szczerej niechęci, jaką Bachmann darzył sposób, w jaki Charlie wydawał się kurczowo trzymać wszystkiego, co jego rodzina kazała mu robić i.. Dobra, mogło to być bardzo godne szacunku i tak dalej, ale czy w tym przypadku naprawdę było? Trochę jakby jego rodzice zrobili sobie dzieciaka po to, żeby mieć na kogo przepisać biznes, a potem postanowili postarać się o młodsze, żeby był jako "spare" gdyby jednak to pierwsze nie wypaliło. Bez sensu.
- Nope, jak zawsze sam sobie jestem, chyba tak po prostu wolę.. Żeby nie musieć odpowiadać za czyjeś emocje? Tak. - skrzywił się lekko na wspomnienie swojej ex-emocjonalnej ameby, ale zaraz wzruszył ramionami, machnął dłonią, stwierdzając w duchu, że nie ma co gadać nawet. - O stary, chcę zmienić zawód, nie? Strażakiem chcę zostać. I ja naprawdę nie wiedziałem, że to tak długo będzie trwało, a szlag mnie już tutaj trafia.. - zaczął, wywracając lekko oczami. Ogromnie szanował, że Cas zadawał mu pytania wprost i generalnie nie było w jego tonie ani postawie nic, co mogłoby sugerować, że pyta z uprzejmości. Nie chciał gadać o sobie i Theo mógł to szanować.

cas
LemonSpice
none
28 y/o
For good luck!
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

- Stary, mam wszystko pod kontrolą - zerknął na niego, prychając pod nosem. - Nie widzisz, że mam branie? Od teraz zawsze laska u boku. - uniósł brwi i zrobił minę jak Leonardo DiCaprio unoszący drinka w toaście. Wydawało mu się, że wszystko ma pod kontrolą, ale z faceta, który kiedyś był w pełni sprawny i absolutnie pewny siebie, stał się kaleką. Nic nie było w porządku. Koszmary przesiąknięte czerwienią, większy zgiełk pojawiający się randomowo wtedy, gdy najmniej się tego spodziewał - to miało na niego wpływ. Cholernie mocny. Nie chciał jednak ukrywać się we własnym domu, dać się przytłaczać własnym myślom, kiedy dochodziło do tego, że wpadał niemal w maniakalny stan wewnętrznej rozpaczy. Nie chciał tego. Wolał wyjść, zapalić, rozejrzeć się, pooceniać ludzi swoim sępim spojrzeniem. Ewentualnie iść do baru i przelecieć jakąś rudowłosą kobietę, jak zrobił to wtedy… swoją drogą nie narzekał. To była trzecia kobieta, z którą przespał się odkąd spotkało go to cholerstwo i uważał, że poszło mu nawet dobrze. Zajebiście dobrze.

Spojrzał na Theo i machnął ręką. - Zjemy to pójdziemy, przeżyję kilkanaście minut bez peta. - uśmiechnął się do niego. Matheo od zawsze był równym gościem. Charlie zawsze go chwalił, chociaż w sumie nie musiał. To był koleś typu do rany przyłóż. Caspian od razu wiedział, że jakakolwiek kobieta z nim będzie, będzie cholerną szczęściarą. To był typ, który wskoczyłby za kimś w ogień i nawet przez moment w to nie wątpił.
Małżeństwo, a mianowicie szopka, którą ugrali rodzice Marshallów… Caspian na samo wspomnienie przewrócił oczami i zerknął na Matheo. - Mnie nie musisz tego mówić. Ja przestałem się w cokolwiek mieszać. - uniósł ręce ku górze w geście niewinności. - Jestem wyznawcą używania rozumu, a nie serca. Nie bawię się w żadne związki, pląsy i inne gówna. - dodał, po czym zgarnął frytkę i wrzucił ją sobie do buzi.- Same problemy później są. - westchnął, zerkając w talerz i przypominając sobie tamtą baletnicę, którą poznał jakieś dwa tygodnie wcześniej. Uniósł wzrok, ocknąwszy się na jego kolejne słowa.- I dobrze. Po co zaprzątać sobie głowę jakimiś kobietami. - wstrząsnął głową i ugryzł burgera.
Słuchał z zaciekawieniem planów Bachmanna o nowej pracy i o tym, że chciał porzucić rolę szefa kuchni. Crazy? Hell yeah. Stupid? Fuck no. - Strażakiem? Co tak nagle cię ruszyło, żeby tego spróbować? - oparł się wygodniej, chwytając chusteczkę i przecierając nią usta. - W sumie już pracujesz przy ogniu, teraz tylko będziesz w niego wskakiwał. - zaśmiał się, ale nie z pogardy, raczej z własnego tekstu. Poza tym podziwiał go na swój sposób, bo to, co mówił, miało sens, a Caspianowi przynajmniej wydawało się, że była to praca wręcz stworzona dla niego.

fireboy
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
kucharz The Beaches Boardwalk
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Szanował czarny humor jako mechanizm radzenia sobie z ciężkim gównem, nawet jeśli sam stosował rzadziej niż może powinien. Swoje traumy zakopywał głęboko i chociaż zwykle ich nie ukrywał, odpowiadając na wprost zadane pytania, jeśli takie się pojawiały, to sam nigdy nie podnosił tematu.. Nie szukał rad, a jedynym ujściem dla kotłujących się pod jego blond lokiem myślami czy emocjami ściskającymi nieprzyjemnie obszerną klatkę, były ćwiczenia. Ćwiczenia, bycie wiecznie czymś zajętym i nie pozwalanie sobie na zbyt wiele wolnego czasu, bo jeszcze by coś wymyślił, albo odpychane na bok niepewności i rany zalały by go absolutnym tsunami, topiąc. Parsknął na jego żarcik, pokręcił lekko głową, ale generalnie nie skomentował, stwierdzając, że chyba nie musiał.
Skinął krótko głową przyjmując, że nikotynowy nałóg młodego Marshalla nie był AŻ tak wymagający. Nie miał porównania, nie pamiętał, żeby kiedykolwiek czuł się zależny od substancji, nie ważne o których była mowa. Może cukier. Cukru by chyba nie był w stanie wykluczyć ze swojej diety, ale z drugiej strony gdyby musiał, to pewnie by się jakoś przemógł. - Nie no, wszystko spoko jak rzeczywiście związek ma ręce i nogi... nie? Meh, gówno wiem na temat związków. - zmarszczył lekko brwi, zaraz wzruszył ramionami i wgryzł się we własnego burgera. Boże drogi, jaki był głodny; nie zdawał sobie z tego sprawy przez całą zmianę i, jak zawsze, puszczał innych kucharzy na przerwy, oprócz siebie... Musiał zapamiętać, żeby karmić się częściej, zwłaszcza ze swoim nowym celem na horyzoncie. Siły nie dało się budować jadąc na oparach. - Nie wiem stary, całkiem podoba mi się koncept wracania do domu do kogoś i budzenia się obok kogoś? Za dużo pracuję, a jak nie pracuję to i tak pracuję.. Yo, może poznam kogoś na siłowni. - parsknął, rozbawiony własnymi słowami, pakując do gęby frytki. Może, gdyby nie fakt, że ze swoim ADHD na siłowni stawał się bardzo skupiony na kolejnych zadaniach i nie zwracał uwagi absolutnie na nic innego. Już kiedyś słyszał, że nikt mu nie chce wchodzić w drogę, bo skupiony, ma na mordzie absolutny bitch face. Powinien sobie zrobić koszulkę z napisem "I swear I'm nice, it's just my face.".
Trzymało się go poczucie humorku, hm? Po raz kolejny się lekko roześmiał, zastanawiając przez moment co właściwie miał mu odpowiedzieć, żeby przypadkiem go nie zanudzić gadaniem zbyt długo.. - Kucharzem zostałem, bo starzy mi kazali zdobyć dyplom, nie? Lubiłem gotować zawsze więc... Oto jestem. - rozłożył ramiona, lekki ukłon, taki bez wstawania, był raczej komiczny. Rozbawiony uśmiech błądził po jego ustach, kiedy się wyprostował. - Ale z drugiej strony mam też rękę do kryzysowych sytuacji, jakkolwiek beznadziejnie to nie brzmi? Mam te kilka kursów też z różnych rodzajów pierwszej pomocy, byłem kiedyś ratownikiem... I w sumie będą mi płacić za to, żebym został w formie, co jest całkiem zajebistą opcją, nie? Nie wiem, pojebało mnie, myślisz? - znów lekko zmarszczył brwi i.. Chyba przez sam fakt, że proces miał trwać długo, tyle lat spędził w roli kucharza, a pewności siebie nadal się nie nauczył, trochę wątpił. We wszystko. W siebie, że może rzeczywiście coś ze sobą zrobić i komuś się na coś przydać.. Chciał tego. Zwątpienie wynikało bardziej z głęboko zakorzenionych lęków przed porażką. - Po prostu chcę pracę, która ma więcej sensu i więcej.. Służby? I liczy się bardziej, niż przyrządzanie jedzenia dla gości restauracyjnych? Wiesz o czym mówię, nie? - jako żołnierz, może rzeczywiście wiedział.

cassy
LemonSpice
none
28 y/o
For good luck!
182 cm
International Affairs Specialist at Northland Power
Awatar użytkownika
.♱⋆cigarettes after sex⋆♱.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kiwnął głową, przeżuwając burgera niespiesznie i słuchając Matheo z lekkim, trochę kpiącym, ale w gruncie rzeczy całkiem ciepłym uśmiechem. Otarł kciukiem kącik ust, po czym sięgnął po serwetkę i niedbale rzucił ją obok tacki. Rozsiadł się wygodniej na krześle, wyciągając nogi przed siebie i na moment zerknął gdzieś w bok, w pewnym sensie naprawdę przetrawiał nie tylko jedzenie, ale też to, co Bachmann mówił. - No, 'budzenie się obok kogoś'… brzmi całkiem nieźle, jak to mówisz - mruknął w końcu, wzruszając ramionami. - Ja na razie wolę budzić się sam, we własnym świętym spokoju, bez czyjegoś łokcia w żebrach o siódmej rano, ale szanuję, że ty chcesz czegoś takiego. Jak znajdziesz odpowiednią osobę, to będzie miała szczęście. - Uśmiechnął się pod nosem i sięgnął po frytkę, ale zanim wrzucił ją do ust, zawahał się na moment. Tak swoją drogą, przez ułamek sekundy przemknęło mu przez głowę, czy sam nie powinien w końcu zapytać tej cholernej baletnicy o randkę. Brzmiało to absurdalnie wręcz śmiesznie, zwłaszcza w jego własnej głowie, ale im dłużej o tym myślał, tym mniej wydawało mu się to kompletnym debilizmem. Prychnął cicho do siebie i w końcu wsunął frytkę do ust, nie komentując tej myśli na głos.

Przygladając się, jak Matheo pakuje do buzi kolejne frytki, parsknął cicho śmiechem i pokręcił głową.- Chcesz poznać kogoś na siłowni? - rzucił z rozbawieniem, ale bez złośliwości. - Stary, z twoim skupieniem będziesz tam pewnie wyglądał, jakbyś planował podbój świata albo co najmniej zamach stanu. - Po paru chwilach odłożył jedzenie, patrząc na niego z autentycznym zainteresowaniem. - Wiesz co? Nie uważam, że cię pojebało. Wręcz przeciwnie - powiedział szczerze - Jeśli już masz w sobie takie podejście do kryzysowych sytuacji, do tego te wszystkie kursy z pierwszej pomocy i ratownictwa… to naprawdę ma sens, żeby pójść właśnie w tym kierunku. Bycie strażakiem to nie jest zwykła robota. To nie jest jakieś tam odbębnienie ośmiu godzin, kawka, papierosek i do domu. Będziesz pracował w stałym ryzyku. - Machnął lekko ręką, bardziej dla podkreślenia swoich słów niż z potrzeby gestykulacji. Potem oparł łokieć o stół i przez moment obracał szklankę w dłoni, wpatrując się w niego z dziwnym zamyśleniem, które pojawiało się u niego rzadko - Ja po tym całym gównie, które mnie spotkało, serio doceniam, kiedy ktoś chce robić coś więcej niż tylko przetrwać dzień - dodał, już ciszej. - Większość ludzi po prostu istnieje od rana do wieczora i tyle. A ty chcesz mieć robotę, która ma sens, w której możesz komuś pomóc i faktycznie coś zmienić. To jest godne podziwu. Naprawdę.- Uśmiechnął się lekko - swoją drogą... ostatnio poznałem taką Włoszkę. - zerknął na niego onieśmielony.- myślisz, że powinienem napisać?

Theo
32 y/o
Mark your calendar for Canada Day
197 cm
kucharz The Beaches Boardwalk
Awatar użytkownika
come as you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkija?
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Związki chyba nie musiały być wcale bolesne... Prawda? Nie, żeby się znał. Jego rodzice nie mieli ze sobą wiele wspólnego, a on sam unikał kobiet na dłuższą metę, sparzony całkiem poważnie w młodym wieku. Może miał jakieś traumy których nigdy nie przerobił. Może zbliżanie się do kogoś zarówno z głęboko platonicznej jak i intymnej, fizycznej strony to było po prostu za dużo dla niego...? Za dużo oddawania kawałków siebie, za dużo zaufania, którym musiałby tą osobę darzyć i po prostu przytłaczające to wszystko się wydawało? Po ostatnim swoim wyskoku też zwątpił, czy w ogóle powinien ufać swoim zdolnościom oceniania ludzi; myślał, że kobieta z którą spotykał się przez krótki moment mogła być naprawdę okay wyborem na dłuższą chwilę, absolutnie pomijając w swojej ocenie bardziej życiowe kwestie. Może się do tego nie nadawał i był skazany na życie w samotności. Może i dobrze. Nie czuł się, jakby zasługiwał na wiele tak czy siak, a ostatnie doświadczenia tylko go w tym utwierdziły. - Wiesz, nie mam w zwyczaju oceniać wyborów partnerów, ale... Z kim ty sypiasz, że atakują cię z łokcia z samego rana? - parsknął na własny mały żarcik, nawet jeśli zrozumiał, że chodziło mu bardziej o sam fakt. Mógł to szanować. Lubił mieć swój kąt i swoją przestrzeń, nawet jeśli siedzenie na dupie wcale mu się w większości przypadków nie uśmiechało. Rzucił w niego frytką, marszcząc brwi, ale zaraz sam się roześmiał. - Dobra, cicho. - tak, tak, wyglądał groźnie podnosząc ciężary, ups. I tak pewnie jakakolwiek próba flirtu z czyjejś strony absolutnie by go ominęła... Z drugiej strony może dlatego, że w większości nie był zainteresowany? Weszło mu w krew izolowanie się od ludzi których nie znał i niechęć do poznawania ich. W większości. Zbyt łatwo się przywiązywał tak czy siak.
Pokiwał lekko głową, czując też jak część niepewnego ciężaru spada mu z ramion. Wszystko co mówił, miało rzeczywiście sens i, właśnie, słysząc je w ustach kogoś, kto sam wybrał życie w służbie, sprawiało, że rzeczywiście słyszał. Że nie wpadało jednym uchem, a wylatywało drugim. - Niewielu ludziom w swoim życiu mówiłem.. Mojej mamie to chyba w ogóle powiem jak się dostanę do akademii, albo jeśli zacznę ten aktywny wolontariat najpierw, żeby nie dać jej szansy zawracania mi dupy dzień w dzień, próbując przekonać, żebym jednak nie zmieniał pracy. - kochana była i w ogóle, ale jednak matka jak matka, będzie się martwiła i robiła mu wyrzuty, mając głęboko w dupie, że była to praca, którą ktoś wykonywać musiał. Bo przecież tym "kimś" mógł być ktoś inny, nie jej syn i jedyne dziecko, prawda?
- Możesz to pytanie absolutnie zignorować i nie będę cię dręczył, ale.. Radzisz sobie? - jego twarz przybrała na moment poważniejszy wyraz, przyglądając mu się krótko. Znał traumę. Sam swoje przeżył, wiedział, że bywało... Ciężko to za mało powiedziane. Piekło na ziemi, nie-fizyczny ból, poczucie winy tego, który przeżył, kiedy inny stracił życie.. Przerabiał to. Z drugiej strony wiedział też, że nie było łatwo o tym wszystkim mówić i byłby hipokrytą, gdyby go do tego zmusił w jakikolwiek sposób. Sam swoje traumy zakopał w większości głęboko i liczył na to, że przy odpowiedniej ilości wysiłku i nadmiaru pracy, prędzej go zabije nadciśnienie, niż będzie musiał się z rozpakowaniem tego wszystkiego zmierzyć. Może. Jak tak dalej pójdzie i tak czy srak będzie w tym życiu sam jak palec, nie byłoby takiej wielkiej straty, prawda? Zostanie strażakiem, zrobi co będzie mógł, popracuje ile będzie mógł i ze wszystkimi typami raka, na jakie strażacy byli codziennie wystawieni, pewnie tak czy srak nie dożyje starości. Albo rak albo nadciśnienie; jedno i drugie w swoim beznadziejnym przypadku toksycznej męskości którą był otoczony, wolał bardziej, niż przerabianie swoich traum.
- Uuuu, tak. Team Europejczycy. - wyszczerzył się do niego lekko, pozwalając też, żeby zignorował poprzedni temat i zamiast tego poopowiadał mu trochę o jakieś pannie którą poznał. - Możesz do niej zarywać w ojczystym języku, czad. - totalnie by na to leciał, gdyby jakaś lasia się wysiliła i próbowała do niego mówić po norwesku, zwłaszcza jeśli nie byłby to jej pierwszy czy drugi język, okay? Hot.

cassie
LemonSpice
none
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Beaches Boardwalk”