-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A jednak, wbrew jakiejkolwiek logice – to akurat żadna nowość, logika zdecydowanie nie była tym, czym mógłby się na co dzień kierować… – zamiast trzymać się z dala od szkoły aż do kolejnego dnia, faktycznie postanowił do niej wrócić. I to prawie – w końcu marne dziesięć minut to jeszcze nie spóźnienie! – nie spóźniając się na te nieszczęsne korepetycje, które Doug musiał ubzdurać sobie najpewniej tylko po to, żeby uprzykrzyć mu życie. Bo w dobre intencje i chęć zadbania o jego edukację jakoś tak wciąż trudno byłoby uwierzyć, biorąc pod uwagę, jakim palantem był.
Gdyby ktokolwiek spróbował zapytać go o choćby jeden logiczny powód, dla którego zdecydował się wejść do biblioteki i bez zbędnego ociągania podejść do stolika, przy którym tkwiła już Elsa – najpewniej i tak nie potrafiłby odpowiedzieć. Na pewno nie chodziło o chęć spędzenia czasu nad porywającymi notatkami z fizyki. Co do tego sprawa była jasna – zdecydowanie potrafił znaleźć sobie zajęcie dalece bardziej interesujące od tego. Jeżeli więc chodziło tylko o chęć przekonania się, czy kolor włosów dziewczyny zdążył się już zmienić od ostatniego spotkania – oczywiście, że tak… – i czy tym razem trafił, zgadując przed wejściem na jaki – oczywiście, że nie… – to pewnie wystarczyłoby, żeby będąc wcześniej w szkole, po prostu znalazł ją na korytarzu i odhaczył odpowiedź na oba pytania. Przynajmniej nie musiałby później tracić czasu, który… no właśnie – mógł spożytkować jakkolwiek inaczej. Choćby wybierając się na imprezę, o której wspominał jeden ze znajomych i która prezentowała się jako o wiele ciekawsza alternatywa.
A jednak mimo wszystko wybór padł na bibliotekę. I tę nieszczęsną fizykę. I… dziewczynę, w stosunku do której coraz trudniej było tak po prostu kierować kolejne złośliwości, jakby faktycznie to miało być jej winą, że musiał tkwić akurat tutaj.
– Dobra, tak się składa, że trochę mi się spieszy, ty pewnie też masz… – na moment urwał, rozsiadając się na krześle przy zajmowanym przez nią stoliku i łapiąc się na tym, jak idiotyczna myśl wpadła mu w międzyczasie do głowy. A przecież oczywiście, że nie zamierzał proponować jej wspólnego wyjścia na imprezę. Choćby dlatego, że najpewniej i tak by się nie zgodziła, więc nie było sensu jakkolwiek się wysilać. – …ciekawsze rzeczy do roboty, więc możemy ogarnąć to jakoś w miarę szybko, co?
Z nieskrywaną niechęcią zerknął na rozłożone przed nią notatki. W tym momencie mógł całkiem szczerze zwątpić w swoją poczytalność – co niektórzy przyjęliby pewnie ze zdziwieniem w związku z tym, że zaczął w nią wątpić dopiero teraz… – skoro faktycznie przyszedł tu z własnej woli. I… na co właściwie liczył? Że mieliby jakoś ciekawie spędzić czas…? Z fizyką w roli głównej raczej nie wchodziło to w grę, a tylko po to przecież spotykali się w tej bibliotece. Na dobrą sprawę nawet nie powinni się przecież lubić – chociaż chyba coraz trudniej przychodziłoby mu upieranie się przed samym sobą, że faktycznie nadal nie zdążył polubić jej ani trochę. Tak samo jak coraz częściej łapał się na tym, że rzeczywiście starał się o tych całych korepetycjach pamiętać i przychodzić na nie mniej więcej punktualnie, nie każąc jej na siebie zbyt długo czekać, jak to miało miejsce na samym początku ich znajomości.
Chociaż… może i to dałoby się jakoś logiczne wytłumaczyć. Skoro Douglas wcale nie irytował się aż tak bardzo, jak Dante mógłby się spodziewać, kiedy całkowicie odpuszczał sobie te spotkania… może skuteczniejszą metodą miało być udowodnienie mu, że te wcale nie były aż tak bardzo upierdliwe.
– Albo… nie wiem, całkiem sobie odpuścić… – mruknął, nie fatygując się nawet tym, żeby przesunąć ze stolika kartki, zanim zdecydował się oprzeć na nim przedramiona i ułożyć na nich głowę, twarzą zwróconą w kierunku Elsy.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Zdarzało jej się także uczyć czy odrabiać zadania w sali, którą nauczyciel zostawiał otwartą, także jeśli ktoś poza osobami z jej klasy próbowałby ją spotkać w szkole to miał stosunkowo krótkie okienko czasowe, chyba że jakimś cudem zaczaiłby się do tego znienawidzonego przez większość miejsca, a mianowicie do wspomnianej wcześniej biblioteki.
Siedziała przy stoliku najbliżej okna, które uchyliła, aby wpadło do pomieszczeni trochę świeżego powietrza. Pochylona nad swoją pracą domową wydawała się być bardzo skupiona i oderwana od rzeczywistości. Delikatny powiew wiatru bawił się jej świeżo pofarbowanymi na różowo lokami, łaskocząc ją po skroniach, tak jakby próbował odwrócić jej uwagę od opasłego tomiska zbioru zadań – nic z tego.
Nie patrzyła na zegarek. Przyzwyczaiła się, że on nigdy nie pojawiał się punktualnie na umówione spotkania, niekiedy w ogóle się nie pojawiał. Dlatego po którymś razie przestała się przejmować. Nieważne, że siedziała nad materiałami dla niego do późnych godzin nocnych, przerabiała swoje notatki tak, aby były dla niego bardziej czytelne i zrozumiałe, zaznaczając własnoręcznie narysowanymi śnieżynkami – które miały o dziwo naprawdę wiele detali – zagadnienia mające duże prawdopodobieństwo pojawienia się na najbliższych sprawdzianach.
Oczywiście, że ją irytował – lenistwem, niefrasobliwością, kompletnie niczym się nie przejmował, za to ona martwiła się za ich dwójkę. Ile to już razy nie mogła się skupić na swoich zajęciach, bo w tej samej chwili jego klasa pisała sprawdzian z matmy albo chemii? O tym, że osobiście prosiła nauczycieli, aby mógł zaliczyć test w innym terminie z powodu choroby – kac to w końcu też choroba, ewentualnie karma za bycie głupim chlejusem – już nawet lepiej nie wspominać. Tłumaczyła sobie, że robiła to głównie dla siebie, aby jej ciężka praca i zszargane nerwy nie poszły na marne, ponieważ książę nie dał rady wstać na piątą lekcję, ale taki jeden upierdliwy głosik z tyłu głowy ciągle podszeptywał, że to wszystko było także dla niego. Bo skoro już się namęczył z nią podczas tych trzech godzin korepetycji, to dobrze by było, żeby coś z tego miał. Nawet jeśli miałaby to być trója na szynach dana z litości, aby przestał przychodzić na poprawy.
Przez swoje skupienie nawet nie zwróciła uwagi, kiedy tak nagle wparował do biblioteki i dopiero skrzypnięcie krzesła sprawiło, że odwróciła głowę w jego stronę, odkładając na bok rozwiązywane przez siebie zadania.
– Po pierwsze… dzień dobry Dante, miło cię widzieć w to piękne popołudnie – odparła z zadziornym uśmieszkiem, zdmuchując z oczu niesforny kosmyk, który wiatr postanowił uczesać po swojemu. – Po drugie, co można mieć lepszego do roboty po lekcjach, dzień przed sprawdzianem z fizyki jak nie właśnie uczenie się? – zapytała, unosząc wymownie brew. Oczywiście, że słyszała o imprezie. Nie była jakimś totalnym wyrzutkiem, a ludzie z rocznika, wbrew pozorom, chyba nawet ją lubili, bo dostała na biologii liścik od jednego z kolegi z zapytaniem czy się z nim nie wybierze i że podobno mają być wszyscy fajni ludzie. Odpisała grzecznie, że w takim razie nie będzie psuła statystyki, ale nie zdążyła jej odrzucić, bo akurat nauczyciel robił sobie przechadzkę po klasie, a potem po prostu o niej zapomniała, więc biedna karteczka leżała gdzieś w torebce między książkami. A może wrzuciła ją do piórnika?
Wywróciła teatralnie oczami, kiedy zaproponował, żeby sobie po prostu odpuścili. Ech, płyta mu się zacięła jak nic, bo miała wrażenie, że co zajęcia słyszała ten sam tekst. Ostatecznie nigdy z nich nie wychodził przed czasem, chyba że sama Elsa musiała skończyć wcześniej bądź on podał w miarę logiczny powód, który nie brzmiał nie chce mi się.
Gdy tak nagle położył się na ławce, a raczej na swoich ramionach i jej notatkach, które tak skrupulatnie przygotowywała wczorajszej nocy, wykrzywiła usta w delikatnym uśmiechu i… zrobiła to samo – przedramiona na otwartej książce od fizyki, głowa na przedramionach, ale zwrócona w stronę chłopaka.
– Jak się nie skupisz to tylko taka pozycja pomoże ci w zaliczeniu egzaminów… łeb na książce i modlitwa, żeby wiedza sama ci do niego wpłynęła… ale póki co to nie ma żadnych dowodów naukowych, że ta metoda działa, więc jakbyś mógł być dużym chłopcem i wziąć się w garść, co? Im szybciej zrozumiesz temat energii potencjalnej i kinetycznej tym szybciej sobie stąd pójdziesz i nie będziesz musiał znosić mojego przynudzania… a jak zrobisz dobrze zadania ze śnieżynkami to podzielę się z tobą żelkami. Bibliotekarka pozwoliła mi je tutaj jeść podczas nauki, ale shhh… – Z ostatnim słowem przyłożyła palec do ust, puszczając mu przy tym oczko. Tak jakby właśnie zdradziła mu największą popełnioną zbrodnię, a on tym samym stał się współwinny.
Oj Elsa… ty rebelu.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Choć pewnie skłamałby, gdyby próbował upierać się, że przynajmniej kilkakrotnie nie zdarzyło mu się już podejść do jakiejś poprawy – albo w ogóle pojawić na sprawdzianie w pierwszym terminie – tylko i wyłącznie przez nią. Oraz tę głupią myśl, że może w jakiś sposób faktycznie jej na tym zależało, skoro poświęcała zdecydowanie zbyt dużo czasu na to, by tłumaczyć mu wszystkie te tematy i zagadnienia, na których naprawdę nie miał najmniejszej ochoty się skupiać. A skoro w żaden sposób nie ułatwiał jej zadania podczas tych ich bibliotecznych spotkań, to… może przynajmniej zaliczając jakiś sprawdzian mógł jej to w pewnym stopniu zrekompensować.
Jakby w ogóle miało ją to obchodzić…
A jednak w pewien sposób faktycznie zdawała się być zadowolona, kiedy mógł jej przekazać, że jej wysiłek dawał jednak jakieś efekty. Co zaskakujące, przynajmniej parę razy okazało się to też całkiem niezłą motywacją, by również z siebie wykrzesać przynajmniej to minimum wysiłku.
Chociaż… może niekoniecznie akurat dziś…
– Piękne popołudnia zazwyczaj spędza się gdzieś poza biblioteką. To może być co najwyżej bardzo przeciętne, Śnieżynko – nie pamiętał co prawda, kiedy dokładnie przylgnęło do niej to określenie, ale pewnie mogło mieć to coś wspólnego z tymi jej rysunkami pojawiającymi się notorycznie obok zadań. I… właściwie całkiem pasowało. – I… no nie wiem, może na przykład cokolwiek…? Zwłaszcza, kiedy niekoniecznie ma się zamiar pisać ten sprawdzian.
Wzruszył obojętnie ramionami, raczej nie widząc nic nieodpowiedniego w swoim założeniu. Tym bardziej, jeśli rzeczywiście nie miał jeszcze bladego pojęcia, czy zamierzał w ogóle pojawiać się na tym wspomnianym przez nią sprawdzianie. Istniało spore prawdopodobieństwo, że… no niekoniecznie. Jeżeli faktycznie chciał jeszcze dziś wybrać się na imprezę, to śmiało można było założyć, że nie wróciłby z niej zbyt szybko. Na pewno nie na tyle, by grzecznie położyć się spać o względnie przyzwoitej porze i rano wybrać się do szkoły. Nie wspominając już o tym, że takie wyjście po prostu musiało zakończyć się kolejną chorobą.
Uśmiechnął się mimowolnie, kiedy również położyła głowę na stoliku. Dopiero po chwili pozwolił sobie natomiast na wymowne wywrócenie oczami, by… w kolejnej parsknąć krótkim śmiechem na konspiracyjną wzmiankę o żelkach.
– No nieźle, nie poznaję cię. Jeszcze trochę i zaczniesz kryć się z ziołem gdzieś między regałami. Co prawda do tego możesz już nie przekonać jej tak łatwo, ale… coś pewnie wymyślisz – przy okazji pewnie znacznie ułatwiłaby sobie przekonanie go, że całe to przesiadywanie popołudniami w bibliotece nie musiało być wcale takie najgorsze. Albo nawet bardzo przeciętne. Kto wie, może nawet udałoby dobrnąć się do poziomu względnie w porządku… – Pół godziny. Tyle masz dzisiaj na swoje przynudzanie, zadania odpadają, a resztę możesz mi wytłumaczyć w drodze do Chrisa. Żelki możesz wziąć ze sobą, ktoś pewnie je doceni. Jego młodsza siostra na pewno, ale nie wiem, czy w zamian pozwoli ci się napić herbatki z jej pluszakami.
Tyle by więc było, jeśli chodziło o nieproponowanie jej wspólnego odpuszczenia sobie korków i wyskoczenia na imprezę. Ale… przecież zasugerował to tylko po to, żeby przynajmniej od czasu do czasu zmusić ją do wyjścia z ludźmi – co na pewno można byłoby uznać za zdrowszą rozrywkę niż idiotyczne tkwienie w bibliotece i ślęczenie nad równie idiotycznymi notatkami. Przy okazji – niekoniecznie zastanawiając się nad tym, co właściwie robił – wyciągnął niespiesznie rękę, mimowolnie chwytając w palce jeden z rozsypanych na notatkach różowych kosmyków, który wiatr akurat przesunął nieco bliżej niego.
– Zapisujesz sobie jakoś te kolory, żeby nie powtarzały się w jednym tygodniu, czy po prostu to zapamiętujesz? – oczywiście, że nawet temat jej kolorowych włosów można było uznać za ciekawszy niż jakieś energie – potencjalne, kinetyczne, jakiekolwiek. Jeśli więc rzeczywiście wciąż oczekiwała od niego jakiegoś większego skupienia, to… chyba właśnie powinna przestać się łudzić. Zwłaszcza, że ten schemat również powtarzał się niemal za każdym razem – trochę tak, jakby jego mózg po prostu podświadomie wyszukiwał i podsuwał mu wszelkie inne tematy, którymi można było się rozpraszać.
Elsa Eriksen
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Gdy znów nazwał ją śnieżynką, wywrócił teatralnie oczami i łapiąc za swój zbiór zadań, zamachnęła się jakby chciała go zdzielić. Ostatecznie opasek tomisko tylko przeleciało mu przed twarzą, po chwili lądując z powrotem na ławce pod oknem, czekając na swoją kolej, aby móc wykrzesać Jeszce odrobinę wiedzy z chłopaka pod koniec korepetycji.
- Oho… zapomnij. Idziesz jutro na ten sprawdzian. Choćbym miała cię siłą wyciągnąć z łóżka i ciągnąć twoje zwłoki po chodniku do samej szkoły, napiszesz go i mało mnie interesuje, że nie chcesz — niemalże warknęła, chcąc chyba brzmieć tak groźnie, żeby się faktycznie jej przestraszył i jednak zmienił zdanie co do swojej obecności, czy też jej braku, na jutrzejszej klasówce. I jeśli choć trochę zdążył ją poznać to powinien wiedzieć, że była do tego zdolna. Skoro potrafiła znikąd wyrosnąć między nim a jego kumplami podczas zgadywania się na wagary z trzech ostatnich lekcji, złapać go za nadgarstek i bezczelnie pociągnąć w stronę szkoły, bo przecież dzień wcześniej spędziła z nim dwie godziny, aby na zadawalającym jej własne ego poziomie wbić mu do głowy cały dzień genetyki. I naprawdę miał w głębokim poważaniu, co później tamto kółeczko wzajemnej adoracji zielska i chmielu o niej mówiło czy myślało.
— Mam zielone żelki w kształcie liści. Ale chyba są o smaku jabłka… satysfakcjonuje cię to? — odpowiedziała spokojnie, jak gdyby w ogóle nie przejmowała się tym, że właśnie się z niej nabijał. Nie była fanką używek, chociaż kłamstwem by było, gdyby stwierdziła, że nigdy nie próbowała. Raz. Raz dała się namówić na jednego bucha, ale dostała takiego ataku kaszlu, że myślała, że zaraz wypluje swoje do tej pory nieskalane niczym płuca.
Kiedy jednak zaczął stawiać jej warunki, parsknęła śmiechem, jednak nadal leżała w tej samej pozycji, ciągle wpatrując się w oczy chłopaka. Gdyby tak ktoś ich nakrył w takiej sytuacji, pewnie próbowałaby się wymigać, tłumacząc, że po prostu chciała zniżyć się do jego poziomu. Bo za cholerę by nie przyznała, że tak było… dosyć przyjemnie.
Ale póki co zamierzała mu udowodnić, że chyba się zamienił z dupą osła na głowy.
— Dobry żart… mam cię wpisanego w kalendarzu na trzy godziny. W pół godziny to ty nawet jednego wzoru nie zapamiętasz, zwłaszcza, kiedy dalej będziesz co chwilę zmieniał temat… zresztą, kiepska ta impreza skoro zaczyna się tak wcześnie. Jest dopiero… no prawie osiemnasta. Rodzice Chrisa wracają dziś wcześniej? Może zamiast sprowadzać do siebie bandę idiotów zająłby się młodszą siostrą? Traumy z oglądani waszych zjaranych i pijanych twarzy nawet żelki nie wyleczą… — Ale się rozkręciła! Nie była pewna skąd u niej ten słowotok, jednak obstawiała standardowo nerwy. Tylko czy się tak zdenerwowała, tym że postanowił olać ich zajęcia na rzecz jakiejś głupiej domówki u równie głupiego gospodarza? Nie potrafiła odpowiedzieć. — Półtorej godziny porządnej nauki, zgoda? A potem idź se gdzie chcesz — mruknęła jeszcze, zamykając oczy, jakby samo wyjaśnienie mu zasad ich spotkan było wystarczająco męczące. Poza tym, zachodzące powoli słonko przyjemnie miziało ją po nosie. Idealny moment na drzemkę. I może jakimś cudem przysnęłaby na przysłowiowe pięć minut, gdyby nie usłyszała głosu chłopaka. Uniosła więc leniwie powieki i wtedy jej wzrok natrafił na jego dłon, która z dziwnym zainteresowaniem bawiła się jej włosami.
Przyjemne…
— Nie… po prostu… to samo z siebie jakoś wychodzi. Wczoraj naszykowałam sobie różową spódnicę do szkoły i uznałam, że dobrze byłoby, żeby pasowała mi do włosów. No i jeszcze wiśnia zaczęła kwitnąć, więc chyba chciałam się wpasować w klimat — wymruczała leniwie, pozwalając sobie na jeszcze sekundę odpoczynku, po czym uniosła się, wyswobadzając kosmyki spod palców Dantego. Zaraz też wysunęła delikatnie, bo przecież nie mogły się podrzeć, notatki z ciężaru chłopaka. Sięgnęła jeszcze po ulubiony długopis w pandy i spojrzała na kartki, jakby chciała sobie przypomnieć co w ogóle tam pisała.
— Półtorej godziny, zgoda? Spójrz… to wcale nie jest takie trudne… — odparła ściszonym tonem głosu, po chwili tłumacząc mu czym w ogóle były te całe energie potencjalne i kinetyczne i do czego mogłyby mu się teoretycznie przydac. Bo nie oszukujmy się, w praktyce, jeśli nie zamierzał bawić się małego fizyka w przyszłości, to nie przydałoby mu się to do niczego. No chyba że zdecydowałby się na udzielanie korepetycji. Ale do tego potrzebowałby jeszcze przynajmniej połowy cierpliwości, którą Elsa miała do niego.
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Tak, zdecydowanie potrafiła być wyjątkowo irytująca i upierdliwa. Bo widocznie nie zdążył jeszcze uświadomić sobie, że bardziej od niej, zdecydowanie drażniły go te idiotyczne docinki ze strony znajomych. I to niekoniecznie te adresowane do niego, które potrafił przecież przyjmować ze sporym dystansem, zwykle zresztą nie pozostając dłużnym. Gorzej wychodziło mu za to puszczanie mimo uszu albo dołączanie do tych uszczypliwości, które tyczyły się bezpośrednio jej. A nawet jeśli zasugerowanie znajomym w paru niewybrednych słowach, że mogliby się po prostu odstosunkować, zwykle niespecjalnie poprawiało sytuację… parokrotnie chyba rzeczywiście już mu się to zdarzyło.
– Chętnie zobaczę jak próbujesz – roześmiał się na jej groźne warknięcie, mimo wszystko pod tym względem czując się dość bezpiecznie z myślą, że jeśli planował nie dotrzeć do szkoły już rano, bardzo mało prawdopodobne było, by miał spać w domu. W innym wypadku ryzykowałby przecież nie tylko poranną wizytę Elsy i zawleczenie go do szkoły przez nią, ale też możliwość, że Douglas miałby przed pracą podwieźć go niezbyt przytomnego pod szkołę i niespecjalnie zwracać przy tym uwagę na to, że chłopak wracając do domu nad ranem nie miałby czasu ani na odespanie nocy, ani nawet na to, by porządnie wytrzeźwieć…
Wymowne uniesienie brwi musiało jej natomiast wystarczyć za odpowiedź na kolejne pytanie. I nie, zdecydowanie nie była to odpowiedź twierdząca. Bardziej dość jasna sugestia, że nie widział już nawet sensu wypowiadania się na ten temat, bo… no serio…?
– Aha, czyli teraz już nie tylko przemycasz jedzenie do biblioteki, ale też robisz za speca od organizowania domówek…? Dobrze wiedzieć, następnym razem podeślę do ciebie Chrisa, będziesz mogła dać mu kilka wskazówek – oczywiście, że z pełnym przekonaniem mógłby uważać, że na temat potencjalnie udanej imprezy nie wiedziała absolutnie nic. I pewnie właśnie dlatego powinna wybrać się akurat na tę, żeby wreszcie oderwać się od tych swoich książek, notatek i innych zbiorów zadań. Wprawdzie zabarwione żartobliwą nutą uszczypliwości może niekoniecznie były najskuteczniejszym sposobem, żeby ją do tego przekonać, ale… Chwilowo widocznie nie wpadł mu do głowy żaden inny. – A żelki może i nie wyleczą jego siostry z tej traumy, ale bez nich będzie pewnie jeszcze gorzej. Zastanów się, czy chcesz mieć to na sumieniu…
Niezbyt zadowolony – raczej zbolały i wyrażający absolutne nieszczęście – pomruk prawdopodobnie miał być zgodą na to, by całe te negocjacje zakończyć w ten właśnie sposób. Właściwie… skrócenie czasu o połowę nie brzmiało mimo wszystko najgorzej. Nawet jeśli wciąż nie było to zaproponowane przez niego pół godziny.
I nawet jeśli wciąż nie zanosiło się na to, by zamierzała wybrać się do Chrisa.
Pozwolił bezwładnie opaść ręce na stolik, kiedy jej włosy wyślizgnęły się spomiędzy jego palców. Przy okazji uraczył ją spojrzeniem całkiem nieźle pasującym do tego wcześniejszego pomruku – choć pewnie trudno byłoby jednoznacznie stwierdzić, czy chodziło bardziej o wysunięcie spod niego notatek i zakończenie tego całkiem przyjemnego leżenia na stole, czy może jednak o pozbawienie go możliwości dalszej zabawy tym różowym pasemkiem…
Mimo wszystko ostatecznie sam również podniósł wreszcie głowę. Przynajmniej częściowo – na moment podparł ją jeszcze na zgiętej w łokciu i opartej o stolik ręce. I to był ten krótki moment, w którym jeszcze przynajmniej można było podejrzewać go o to, że jakkolwiek próbował jej słuchać i skupiać się na tym, co do niego mówiła. Niewiele jednak trzeba było, by jego uwagę przykuł w końcu leżący na blacie długopis, który w zadziwiająco fascynujący sposób kręcił się po każdym trąceniu go palcem. Choć najwyraźniej i to nie było wystarczająco zajmującym zajęciem, skoro w ciągu ledwie kilku minut zdążył znudzić się również tym, odchylając się ostatecznie do tyłu wraz z krzesłem i po raz kolejny sięgnął po pasemko jej włosów. Zdążył właśnie odkryć, że po każdej próbie zawiązania na nim supełka, to samoistnie rozplątywało się, kiedy dotarło do niego, że od pewnego momentu Elsa nic nie mówiła i że najwyraźniej rzucane od czasu do czasu przytaknięcie przestało jej już wystarczać.
– Co…? – mruknął więc niezbyt przytomnie, domyślając się, że najpewniej w takim razie zdążyła zadać mu jakieś pytanie, na które mhm, jasne niekoniecznie było satysfakcjonującą odpowiedzią.
Elsa Eriksen