-
Ona królowa, kupię koronę jej daleko poza domem
Chodź do mnie na słówko, zaraz dla nas wybije północ
Dla nas zaraz przyniosą z wódką drinki, whiskey, ananas i ziółko
Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/white-2115/california-lovenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiTrzecia osobaczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Im bliżej było do spotkania z Panem Lawrence, tym większy stres czuła. Nie miała zbyt wielu informacji. W zasadzie nie. Nie miała praktycznie żadnych informacji które mogły być istotne. Miała tylko cholerne zdjęcie, które mogło okazać się fałszywym tropem i słowa ojca, żeby szukała odpowiedzi tu - w Toronto. Tym bardziej czuła stres przed spotkaniem, bo wiedziała że cała sprawa jest idiotyczna. Opierała się na strzępkach informacji i na fakcie, że Josephine bardzo zależało by nie odkryła prawdy. W końcu przez 25 lat skrupulatnie trzymała to w tajemnicy, a kiedy wyszła na jaw nie chciała rozmawiać. Nie mogła przestać czuć też tego dziwnego uczucia zawodu w sercu. Jakby ktoś zawiódł ją zbyt mocno niż powinien. A przecież nie znała powodu dlaczego została adoptowana. I jakiś cichy głos, który starała się za wszelką cenę zdusić podpowiadał jej jeszcze jedno pytanie… czy gdyby została z nimi miałaby lepsze życie?
Punkt jedenasta była pod wskazanym adresem, czując jak serce podchodzi jej do gardła. Jakaś część jej krzyczała, że to co robi jest złe. Że wychowali ją Josephine i Patrick i to oni są jej rodzicami bez względu na wszystko. Że dali jej wszystko, nigdy nie musiała martwić się o dobrą szkołę, o pieniądze i posprzątany pokój. Może powinna była odpuścić… I odejść. Zrezygnować i wrócić do domu… Może matka miała jakiś cel w tym, żeby nie mówić jej prawdy. Może chciała ją chronić. Albo siebie… zawsze myślała tylko o sobie…. I ta myśl sprawiła, że jej palec nacisnął dzwonek do drzwi.
Chwilę później drzwi otworzył jej wysoki mężczyzna i pierwsze co rzuciło jej się w oczy to fakt, że na pewno nie był rodowitym kanadyjczykiem. Jego ciemne oczy obrzuciły ją skanującym spojrzeniem, a sama Francesca poczuła nieprzyjemne ciarki na plecach. Zupełnie jakby mężczyzna stojący przed nią w sekundę miał poznać jej wszystkie grzechy. Szybko jednak wzięła się w garść i przybrała na twarz firmowy uśmiech.
- Francesca McCovey. - Coś ścisnęło ją w żołądku kiedy wypowiedziała swoje nazwisko na głos. Uczucie jakby wcale nie było jej wkradło się do duszy niespodziewanie niczym nieprzyjemny kamień do buta. Całe życie posługiwała się przecież tym nazwiskiem. Paszport, prawo jazdy, dyplomy i całe życie było pod szyldem McCovey. Więc skąd to dziwnie uczucie, które niemal chciało wyszarpać to nazwisko z jej ust. Z jej życia. Wyrzucić, jakby wcale nie była go godna…. Jakby nie było jej. - Byliśmy umówieni. - Choć w środku drżała, jej głos pozostał pewny. Jej jedyna broń jaką miała w tym całym pojebanym świecie to udawanie. Tłumienie emocji i strachu. Matka zawsze powtarzała, że emocję to słabość… A ona nie chciała być słaba. Nie mogła być słaba.
Enzo Lawrence