Wciąż z przymkniętymi oczami, kreślił wzorki na jej nagich plecach, równając powoli oddech, pozwalając mięśniom zrelaksować się całkowicie, pozwalając, by ciało stało się pod nią ciężkie.. Może trochę senne. Było mu tak dobrze, że mógłby z łatwością zasnąć, zwłaszcza czując na sobie jej ciężar, małe pocałunki na swojej skórze i cały ogrom jej miłości; chwilę wcześniej szalenie zaborczej, a w tamtym momencie rozbrajająco czułej. Zerknął na nią, gdy zaczęła mówić i.. Słuchał z głupim uśmiechem, odbijającym się również w oczach, zakładając wolną dłoń za głowę. - A ja kocham ciebie.. I chcę ci dać wszystko czego potrzebujesz.. - jego głos wciąż ociekał pożądaniem, ciało reagowało natychmiastowo na każde jej słowo, które wyrażało całkowite oddanie i wszystkie te absolutnie nie-czyste. - Wszystko.. - zaczął, zmuszając swoje mięśnie do podjęcia działania, znów łapiąc ją przy sobie mocniej, by zgrabnie zamienić ich miejscami z cichym westchnieniem wysiłku. Oparł kolana o materac, tym razem przy jej boku, drobnymi pocałunkami znacząc jej szyję. - ..i wciąż musisz mi powiedzieć te wszystkie rzeczy, które chcesz ze mną robić później. - uśmiechnął się bezczelnie w jej skórę, zanim wyprostował, łapiąc dłoń Holloway, podnosząc sobie do ust, całując krótko jej nadgarstek. - Ale na razie.. Chodźmy pod ten prysznic w końcu, a potem weźmy ślub, hm? - brzmiało jak plan, nie? A jeśli jej plany będą bardziej... Zaawansowane i potrzebowali się zaopatrzyć w profesjonalne rzeczy, był pewny, że jakiś sklep się napatoczy po drodze. Nie ma rzeczy niemożliwych dla ich dwójki..
Było też bezpieczniej dla ich planów, jeśli szybki prysznic wezmą osobno, nie? Za bardzo kuszący wydawał mu się koncept sunięcia dłońmi po jej mokrym ciele, ślizgając się z łatwością w lśniących mydlinach i.. Nope, definitywnie musieli wziąć osobne prysznice.
Prysznic, ciuszki i kaplica.
Taki był dokładnie plan i.. w zależności od tego co planowali później, może nawet wstąpili do jakiegoś sex shopu po drodze, prawda? Nigdy z tą parą nie wiadomo. Freaks. Przynajmniej pasowali do swoich szaleństw i jedno drugiego wydawało się absolutnie rozumieć. Dobrze dla nich!
Podążając za tematyką, którą Vi lubiła najbardziej, wypożyczyli na kilka godzin retro garnitur i białą sukienkę; generalnie cokolwiek chciała wypożyczyć, dawał jej absolutnie wolną rękę. Wyglądałaby fantastycznie w firance nawet, przecież o tym wiedział, nie? Przebrali się już na miejscu, kapliczka miała swoje szatnie. I swojego Elvisa.
Szczerze, uśmiał się. Było fantastycznie. Nawet jeśli wszystkie obietnice, które sobie składali miało ten zabawny, retro wydźwięk i wydawało mu się, że każde zdanie należało do jakiegoś Elvisowskiego przeboju sprzed lat. Może tak było. Może tylko maniera aktora sprawiała takie wrażenie. Jedyne, co liczyło się dla Alexisa, to to, jak szeroko i szczerze się uśmiechała, jej śmiech, w którym marszczyła nos na przezabawną interpretację ceremonii zawierania małżeństwa w stylu Vegas. Pasowało do nich idealnie, nie? Chaos, lekkość, zabawa, głupie teksty, które tak naprawdę znaczyły bardzo dużo i cała ta miłość której nie dało się między nimi ukryć. I mieli nawet dużo zdjęć, bo kapliczka miała własnego fotografa! I świadków do wypożyczenia, co bawiło go chyba najbardziej z tego wszystkiego.
Vita Bennett. Jego Vi.
Państwo Bennett to już nie byli tylko jego rodzice.
Drogi Boże, nie wiedział, że mógł być tak szczęśliwy w swoim życiu i już nie mógł się doczekać, żeby wziąć ją za żonę raz jeszcze, "porządnie" jak bozia przykazała, z ich przyjaciółmi i rodziną w późniejszej dacie, jak już się ogarną z życiem.
Oddali ciuszki, głównie po to, żeby mieć wszystkie zobowiązania z głowy. Naładowali baterie zajebistymi tacosami z food trucka po drodze, wzięli kilka porcji na wynos też, bo przecież planowali spędzić czas ciesząc się sobą.. Dobrze, że wziął hotel z dostawą jedzonka do pokoi, hm?
- Pani Bennett.. - zaćwierkał z szerokim uśmiechem, zgarniając ją w swoje ramiona, po tym, jak już otworzył ich pokój i.. Hey, musiał ją przenieść przez próg, nie? To nie był ich dom, nawet nie ich mieszkanie, ale to nie było ważne! Podniósł ją jak księżniczkę, przyciskając do siebie mocno, spokojnym spacerkiem wszedł z nią do środka, zaraz potem kopnięciem zamykając za nimi drzwi i.. Od razu kierując swoje kroki do łóżka na które ją odłożył z westchnieniem wysiłku. Definitywnie musi wrócić na siłownię. Później. Dużo rzeczy musiał ogarnąć jak już wrócą, ale.. Mieli dwa dni na robienie czegokolwiek chcieli. Nie miał zamiaru myśleć o obowiązkach, kiedy ten najważniejszy obowiązek domagał się jego uwagi. Jego żona. Ha! Prędko mu się nie znudzi wołanie tak na nią. Złapał jej twarz za policzki, pochylając się do niej, wciąż stojąc przy łóżku, ukradł dla siebie krótki, ale mocny pocałunek, zanim się wyprostował, odskakując od niej.. A potem podskakując jeszcze kilka razy, w kółko, jak duży królik z szerokim uśmiechem i szczerym śmiechem. - Jesteś moją żoną, Vi! Uwierzysz? Ha! - on absolutnie wierzył i dziecinnie szczera radość rozpierała go rodzajem energii, której chyba nigdy wcześniej nie czuł. Niewinna, beztroska, absolutnie przejmująca, taka która chciała uciekać z jego klatki jak światło latarni. Promieniał absolutną radością, kiedy się zatrzymał, żeby zrzucić z siebie kurtkę, którą ciepnął na bok i rozpiął kilka pierwszych guzików własnej koszuli, przyglądając się SWOJEJ ŻONIE z absolutnie rozbrajającym, szerokim uśmiechem. I, tak, wziął własną koszulę z mieszkania, tak się postarał, nawet jeśli i tak wypożyczył porządny garnitur, ale.. No, liczył się gest, nie?
pani Bennett