
...była już taka odpowiedzialna!Inari w twoim wieku...
...nie sprawiała ciągle takich kłopotów!
...umiała zająć się sobą dłużej niż piętnaście minut!
...sama pilnowała swoich zadań domowych!
Hana to ostatni Prywatny Projekt państwa Nilsinger-Choi, który ujrzał światło dzienne prawie siedem lat po Projekcie Numer 2 (czyt. środkowej siostrze, do której zresztą przez resztę życia miała być porównywana). Stereotypowo najmłodsze dziecko, a już zwłaszcza dziewczynka, powinno być oczkiem w głowie rodziców — tymczasem Hana okazała się głównie źródłem bólu owych głów i to bez żadnego wyraźnego powodu; chyba że za ów powód uznamy fakt, że po prostu nie była swoją siostrą.
Kochała rodziców; tak jak się kocha kogoś, kto patrzy surowo znad gazety i zdaje się oceniać nawet sposób, w jaki przeżuwała ryż, kogoś, kto nawet krótkim westchnieniem jest w stanie wyrazić swoje rozczarowanie, kogoś, kto w pewnym momencie przestał pokładać w niej jakiekolwiek nadzieje i cicho pogodził się z porażką wychowawczą.
Kochała starszego brata; tak jak się kocha kogoś, kto wyprowadził się z domu zanim zdążyła go dobrze poznać, kogoś, kogo pamiętała głównie ze sprzeczek z ojcem i targania jej za włosy, kogoś, kto raz a dobrze wypisał się z rodzinnego interesu i stał się atrakcją przychodzącą dwa razy w roku na obiad.
Kochała też swoją siostrę; tak jak się kocha kogoś, kto od zawsze jest niedoścignionym wzorem, do którego Hana miała aspirować, kogoś, kto ustawiał jej poprzeczkę tak wysoko, że jej krótkie nóżki nie były w stanie doskoczyć, kogoś, kto nie był przecież wcale winien tego wiecznego porównywania.
...miała już jakiś pomysł na siebie!Inari w twoim wieku...
...nie marnowała czasu na głupoty!
...potrafiła się zachować przy ludziach!
...dobrze wiedziała, co jest w życiu ważne!
Pogodziła się z łatką tej problematycznej Nilsingerówny, kiedy w wieku lat szesnastu doprowadziła matkę do płaczu faktem, że zrobiła sobie trzy nowe kolczyki w uchu. To właśnie była skala jej przewinień — nie wagary, słabe oceny czy popalanie zioła w weekendy. Nowy kolczyk, chęć zafarbowania włosów na czerwono i noszenie do szkoły oversize'owych T-shirtów zamiast eleganckich koszul. A, no i może spędzanie zbyt dużej ilości czasu na hobby, które nie miało nic wspólnego ze ścieżką kariery, jaką rodzice sobie dla niej wymarzyli.
Sama nie wie, kiedy dokładnie się to stało, ale w którymś momencie... po prostu się poddała. Być może była już zmęczona rozczarowanymi spojrzeniami i znaczącymi westchnieniami rodziców, gdy Inari opowiadała z coraz większą pewnością siebie o kolejnych sukcesach i pięciu się po szczeblach poważnej kariery, a może — jak utrzymuje jej matka — po prostu z m ą d r z a ł a.
Duży wpływ na ten proces mądrzenia miał Nathaniel Hayes.
Porządny chłopak z porządnej rodziny, z porządnym funduszem powierniczym i porządną posadą w firmie ojca. Wymarzony kandydat na
Dzięki niemu Hana zaczęła budzić się jako prawie wymarzona córka swoich rodziców. Teraz w każdy wtorek i czwartek chodzi na pilates, a w sobotnie wieczory na jogę. Raz w tygodniu spotyka się na brunch ze swoimi przyjaciółkami, nie opuszcza żadnych targów ślubnych, samo wspomnienie o giełdzie kwiatowej wprawia ją w doskonały nastrój, a telefon służbowy zdaje się być przyklejony do jej ucha, bo przecież każda pora jest dobra, by przedyskutować z pirotechnikami szczegóły dotyczące pokazu zimnych ogni na zbliżającym się weselu.
I tylko czasami — gdzieś między jednym eventem a drugim, między budzikiem o 5:55 a szybkim spacerem po latte na mleku owsianym, między przymiarkami sukien ślubnych, z których żadna nie wydaje się tą idealną, a uzgadnianiem listy gości ze