Renley Masters — bo dzięki kilku słowom zamienionym z Garą w jego
— Jest pani też barmanką? — Wróciła do formy grzecznościowej, z której pozwoliła sobie zrezygnować przy ostatnim razie.
Cisza.
I to ciężkie, beznamiętne spojrzenie, które znów wydawało się wycelowane w Palomę, ale tak naprawdę zatrzymywało się gdzieś przed nią, w przestrzeni między atomami, oddalonej o milimetry od jej twarzy.
Drgnięcie kącika pociągniętych ciemną szminką ust. Nie krzywy uśmieszek, nie grymas zniecierpliwienia, a coś pośrodku stawki. Chyba nawet nie spodziewała się jakiejkolwiek odpowiedzi na swoje pytanie i póki było ono równie nieistotne, cisza po drugiej stronie bardziej ją bawiła niż drażniła.
— Coś dobrego.
Widziała po reakcji Masters — czy raczej jej braku, że to nie wystarczy.
Powinna być bardziej konkretna — powinna wiedzieć dokładnie, czego chce, bo właśnie tego można było spodziewać się po kobiecie jej pokroju. Wciąż wyróżniała się na tle klienteli Ho-Oh, ale nie emanowała tą samą energią, co jeszcze kilka dni wcześniej. Zmęczenie przebijało spod starannego makijażu, który nie był w stanie w pełni zamaskować ciemnych półksiężyców pod oczami. Przemyślany strój tego wieczoru wydawał się bardziej przebraniem, niż ubraniem, zupełnie jakby dekolt bluzki miał jedynie odwracać uwagę od subtelnych oznak zwątpienia, a nie być atrybutem kobiecości.
— Dobrze, może inaczej. Proszę podać mi coś… coś obrzydliwie dekadenckiego. Coś, co wypali z języka gorycz rozczarowania. Drink, nad którym dyskutuje się o upadku kultury zachodniej… nie? Nadal nic? — Uśmiechnęła się, tym razem wyraźniej. Twarz Palomy na moment pojaśniała — a może to tylko sekundowe przepięcie w układzie, przez które przydymione światła rozbłysły mocniej.
Wzrok przemknął po szeregu butelek za barem. Na ich tle Masters również się przesadnie nie wyróżniała; niezwykłe było to, jak potrafiła wtopić się w każde tło, bez względu na to, czy za jej plecami akurat znajdowała się podróbka chińskiej kaligrafii, oczojebny neon, tandetny „gobelin” za trzy dolary, wypłowiała tapeta, pusta przestrzeń czy — tak jak teraz — kolorowe szkła o różnym stopniu zakurzenia. Człowiek zauważał jej obecność — ale oczy prześlizgiwały się po niej gładko, bez dłuższego zastanowienia. Bynajmniej dlatego, że była nieciekawa; to specyficznie ciężkie spojrzenie spod przydługiej grzywki na pewno potrafiłoby zwrócić uwagę, gdyby Renley sama tego chciała.
Paloma pół życia spędziła na rozgryzaniu, dlaczego konkretne obiekty są pożądane przez ludzi; potrafiła zatem docenić kształtny profil i pięknie wykrojone usta nawet wtedy, gdy te pozostawały zupełnie bez wyrazu, a ich posiadaczka robiła wszystko, by ukryć się w zapadniętym fotelu w recepcji lub półmroku ciasnego lobby. Było to pozbawione ładunku emocjonalnego czy ekscytacji kobiecą urodą; czysta ekspertyza i zauważanie rzeczy oczywistych, chociaż umykających pierwszemu lepszemu oku, które nie spoglądało dalej niż workowate dżinsy, obszerna bluza i nieprzystępna obojętność na twarzy.
— Jak na moje… absynt brzmi wystarczająco dekadencko — zdecydowała z ociąganiem, czując na sobie pusty a intensywny wzrok. Nie wydawał się jej ponaglać, brakowało w nim wyraźnego zniecierpliwienia.