W końcu wbrew temu, na jaką osobę pozowała, była niesamowicie niepewna siebie, a na niczym nie zależało jej bardziej, jak na cudzej akceptacji.
Tracy właśnie to potrafił jej zagwarantować. Przy nim naprawdę czuła, że nie musiała się w ogóle hamować, ponieważ on nie był obok po to, aby ją oceniać. Co więcej, poprzedniego wieczora zdołał udowodnić, że mogła również na niego liczyć, czym jeszcze bardziej u niej zaplusował. Trochę też ją zaskoczył, choć gdy myślała o tym dzisiaj, nie czuła się wcale aż tak zdziwiona.
I to wcale nie dlatego, że już się do niej d o b i e r a ł.
Tym z kolei nie zaskoczył ją ani trochę, choć warto nadmienić, że Debbie bynajmniej nie zamierzała narzekać na takie zwieńczenie poranka. W kwestii tego, jak czuła się w towarzystwie Raynotta nie zmieniło się nic - nadal pociągał ją równie mocno, a ona nie potrafiła mu się oprzeć. Nie chciała też nawet próbować, ponieważ pomimo tego, co przed chwilą wygadywała, nie miała nawet cienia wątpliwości co do tego, że tym razem znów miało być jej z nim d o b r z e. Tracy przecież doskonale wiedział, jak się z nią obchodzić.
W odpowiedzi zamruczała tylko cicho, a później sama naparła na jego usta. Nie odmówiła sobie też delikatnego przygryzienia jego wargi, co było reakcją na to, że jego dłonie zakradły się już pod materiał jej koszulki. Nie zamierzała ich przed tym powstrzymywać, podobnie zresztą, jak sama nie planowała odmawiać sobie tego, aby jeszcze bardziej eksplorować jego ciało. A skoro dziś żadne z nich nie musiało stawić się w pracy, mogli poświęcić temu zadaniu tyle czasu, ile tylko mieli ochotę - i dokładnie tak też zresztą zrobili.
Tym razem, na szczęście, Debbie nie pomyliły się już imiona.