ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
170 cm
specjalista ds. marketingu i PR Pan Pacific Hotel
Awatar użytkownika
Ona królowa, kupię koronę jej daleko poza domem
Chodź do mnie na słówko, zaraz dla nas wybije północ
Dla nas zaraz przyniosą z wódką drinki, whiskey, ananas i ziółko

Tekst pochodzi z https://www.tekstowo.pl/white-2115/california-love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiTrzecia osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Leżący na kuchennym blacie telefon brzęczał uporczywie od kilku minut, wyraźnie wskazując że osoba po drugiej stronie nie ma zamiaru przestać dobijać się do niej. Ale France skutecznie ignorowała irytujący dźwięk. Na wyświetlaczu pokazywał się kontakt, z którym nie chciała rozmawiać. Matka dobijała się do niej od godziny, ale Franka dobrze wiedziała czego kobieta chce. Jej powrotu. Bo gdy była kilka tysięcy kilometrów od Josephine, ta nie mogła jej kontrolować. Nie mogła sprawdzać co robi, co mówi… O czym opowiada. A największym lękiem kobiety było to, że córka zachwieje ich idealny wizerunek. Jej idealny wizerunek. Ale Francesca była zbyt uparta i zbyt zdeterminowana by w tej kwestii ulec matce. Chciała odkryć prawdę, dowiedzieć się kim byli jej prawdziwi rodzice i może po części zacząć żyć po swojemu. Bez niewygodnych pytań, czujnego oka i ciągłej presji bycia idealną. Toronto nie tylko było jej przepustką do wolności ale też sposobem na odkrycie samej siebie. Do tej pory Francesca była po prostu marionetką Josephine i chciała odkryć jaka jest naprawdę. A do tego potrzebowała czasu. Od prawie dwóch tygodni była w Kanadzie i nadal łapała się na rzeczach, które już nie powinny ją interesować. Nie musiała zakrywać tatuaży, ani prostować naturalnie kręconych włosów. Nie musiała wstawać przed świtem i nakładać idealnego makijażu, ani chodzić w cholernie drogich kompletach z kolekcji matki. Mogła być sobą, ale problem leżał w tym że sama nie wiedziała kim jest. Dlatego wciąż prostowała włosy, bo całe życie słyszała że tylko w takich wygląda dobrze. Znów wstała grubo przed 6 i nałożyła idealny, wyćwiczony do perfekcji makijaż. Była do tego zaprogramowana i jeszcze dużo czasu miało minąć zanim to wszystko odejdzie w niepamięć.
Im bliżej było do spotkania z Panem Lawrence, tym większy stres czuła. Nie miała zbyt wielu informacji. W zasadzie nie. Nie miała praktycznie żadnych informacji które mogły być istotne. Miała tylko cholerne zdjęcie, które mogło okazać się fałszywym tropem i słowa ojca, żeby szukała odpowiedzi tu - w Toronto. Tym bardziej czuła stres przed spotkaniem, bo wiedziała że cała sprawa jest idiotyczna. Opierała się na strzępkach informacji i na fakcie, że Josephine bardzo zależało by nie odkryła prawdy. W końcu przez 25 lat skrupulatnie trzymała to w tajemnicy, a kiedy wyszła na jaw nie chciała rozmawiać. Nie mogła przestać czuć też tego dziwnego uczucia zawodu w sercu. Jakby ktoś zawiódł ją zbyt mocno niż powinien. A przecież nie znała powodu dlaczego została adoptowana. I jakiś cichy głos, który starała się za wszelką cenę zdusić podpowiadał jej jeszcze jedno pytanie… czy gdyby została z nimi miałaby lepsze życie?
Punkt jedenasta była pod wskazanym adresem, czując jak serce podchodzi jej do gardła. Jakaś część jej krzyczała, że to co robi jest złe. Że wychowali ją Josephine i Patrick i to oni są jej rodzicami bez względu na wszystko. Że dali jej wszystko, nigdy nie musiała martwić się o dobrą szkołę, o pieniądze i posprzątany pokój. Może powinna była odpuścić… I odejść. Zrezygnować i wrócić do domu… Może matka miała jakiś cel w tym, żeby nie mówić jej prawdy. Może chciała ją chronić. Albo siebie… zawsze myślała tylko o sobie…. I ta myśl sprawiła, że jej palec nacisnął dzwonek do drzwi.
Chwilę później drzwi otworzył jej wysoki mężczyzna i pierwsze co rzuciło jej się w oczy to fakt, że na pewno nie był rodowitym kanadyjczykiem. Jego ciemne oczy obrzuciły ją skanującym spojrzeniem, a sama Francesca poczuła nieprzyjemne ciarki na plecach. Zupełnie jakby mężczyzna stojący przed nią w sekundę miał poznać jej wszystkie grzechy. Szybko jednak wzięła się w garść i przybrała na twarz firmowy uśmiech.
- Francesca McCovey. - Coś ścisnęło ją w żołądku kiedy wypowiedziała swoje nazwisko na głos. Uczucie jakby wcale nie było jej wkradło się do duszy niespodziewanie niczym nieprzyjemny kamień do buta. Całe życie posługiwała się przecież tym nazwiskiem. Paszport, prawo jazdy, dyplomy i całe życie było pod szyldem McCovey. Więc skąd to dziwnie uczucie, które niemal chciało wyszarpać to nazwisko z jej ust. Z jej życia. Wyrzucić, jakby wcale nie była go godna…. Jakby nie było jej. - Byliśmy umówieni. - Choć w środku drżała, jej głos pozostał pewny. Jej jedyna broń jaką miała w tym całym pojebanym świecie to udawanie. Tłumienie emocji i strachu. Matka zawsze powtarzała, że emocję to słabość… A ona nie chciała być słaba. Nie mogła być słaba.


Enzo Lawrence
Asta
Nie mordujmy piesków, kotków i nie gwałćmy małych dzieci i będzie super.
32 y/o
For good luck!
189 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Six.


Cierpliwość. Spokój. Opanowanie. Trzy rzeczy, które przywiózł ze sobą z Mediolanu i trzy, które wzmocnił na przełomie tych dwunastu lat, jakby od zawsze były wpasowane w jego osobowość. W gruncie rzeczy było to dość zabawne zważywszy na to, że jako dziecko i nastolatek nigdy nie był cierpliwy. Spokojny, owszem. Nie mógł pozwolić sobie na emocje, gdy stawał przed obliczem ojca tyrana. Okazanie lęku, okazałoby słabość — a ojciec drwił ze słabych ludzi. Małym Lorenzo kierowała wtedy chęć przypodobania się ojcu, chciał zostać kimś godnym pochwały i dumy. Nic nadzwyczajnego. Wszak każde dziecko dorastające w dysfunkcyjnej rodzinie chciało tylko zaistnieć i zwrócić na siebie uwagę rodziców. Osób, które powinny kochać mimo wszystko i wspierać, gdy najmłodszy członek rodziny tego potrzebował. Lorenzo nie mógł pozwolić sobie na normalne, pełne miłości dzieciństwo — wszystko traktowano jak transakcję. Wartość człowieka zależna była od ilości włożonych w życie pieniędzy i umiejętności poprowadzenia rozmowy w taki sposób, żeby opuścić spotkanie z jak największą korzyścią dla siebie. Ciemnowłosy nie nadawał się do negocjacji tego typu. Z natury był analitykiem, planował i potrafił znaleźć wygodne dla obu stron rozwiązanie, ale nie interesował się tym na tyle, żeby się angażować. Egzystował we własnym świecie i to na nim starał się przede wszystkim skupić. Nie na ludziach — stawiał w epicentrum siebie i swoje wymysły. I pieniądze. O nich też myślał często, ale w nieco innych kategoriach niż ojciec.
Sprawa zaginionych rodziców była szansą na przypływ gotówki; w dodatku nietypową. Młoda kobieta, która zgłosiła się do niego o pomoc, nie miała zbyt wielu informacji. Zamierzał się dowiedzieć, jakimi operowała dokumentami i czy były szczególnie ważne. Doszukiwanie się wszystkiego od podstaw i cierpliwe rozwiązywanie sprawy krok po kroku należało do jego u l u b i o n y c h rzeczy. Dlatego nawet nie oponował, gdy Francesca zadzwoniła w celu umówienia się na spotkanie. Przez telefon nie chciał o nic pytać. Wolał spotkać się z nią osobiście, najlepiej we własnym mieszkaniu i biurze. Siedząc przy biurku, przeglądał akurat informacje dotyczące sprawy przemytnika zatrzymanego na lotnisku. Mężczyzna miał przy sobie sfałszowane dokumenty tożsamości — tę sprawę przejęli kryminalni. Lorenzo musiał się natomiast dowiedzieć, kim był ten człowiek i skąd przyjechał. Sprawa była dość... Trudna. Pojawiało się wiele pytań, głównie o to, w jaki sposób udało mu się oszukać kanadyjski system. Procedury były jasne i raczej ich przestrzegano. Najwidoczniej człowiek był mieszkańcem prowincji Ontario, tylko czyje dane kryły się pod falsyfikatem? Rozpoczął pracę od przejrzenia listy gości i samolotu i pracowników lotniska. Najbardziej utkwiła mu w pamięci niejaka Harper, do której wracał myślami, zastanawiając się, jak sobie radzi ze stresem, którego wtedy doświadczyła. Może powinien...
Może powinieneś do niej napisać?
Uniósł głowę znad papierów, gdy dobiegł go głośny dźwięk dzwonka. Powolnym ruchem przesunął wzrokiem po pomieszczeniu, zatrzymując spojrzenie na wysokości leżącego w pobliżu telefonu. Sięgnął do niego palcami, by go do odblokować i sprawdzić godzinę. Wybił moment spotkania z panną McCovey. Nie podniósł się od razu z miejsca, choć spóźnianie się na spotkanie we własnym domu nie należało do szczytów dżentelmeństwa. Ale czy on mógł nazwać się dżentelmenem? Może połowicznie. Jego ostatnie wybryki nie należały do zbyt kulturalnych, bo nachodzenie w barze dawnej znajomej i przypominanie o morderstwie jej ojca — w które notabene był zamieszany. Może nie d o s ł o w n i e, ale w pewnym sensie tak. Francesce McCovey otworzył drzwi z papierosem wsuniętym między wargi i oceniającym spojrzeniem. Takim, które mówiło, że wie o niej więcej, niż mogłaby się spodziewać, choć tak naprawdę — jak na razie — nie wiedział o niej nic. Planował to zmienić w najbliższym czasie. Intensywne spojrzenie bruneta powędrowało po jej sylwetce, zatrzymując się ostatecznie na wysokości jej oczu. Ładna blondynka. Intrygująca. Z uroczym pieprzykiem na policzku.
— Lorenzo Lawrence, zapraszam — otworzył drzwi, wpuszczając ją do środka i zamknął je tuż za ich plecami. Wnętrze domu było surowe; niby jasne, choć odrobinę przytłaczające. W bardzo męskim stylu, lecz minimalistyczne. Nie potrzebował wielu ozdób, by czuć się tutaj dobrze. Właściwie, gdyby wszystkiego było dużo, czułby się przytłoczony. Uważał, że dom powinien kojarzyć się przede wszystkim pozytywnie. Nie mógł tego powiedzieć o tym, z którego się wywodził, więc tutaj pragnął mieć cząstkę siebie i świadomość, że miał do czego wracać. I to z przyjemnością, bez przymusu.
Otworzył drzwi do gabinetu. Słońce wpadające przez na wpół przysłonięte rolety podświetlało stojące pod oknem, ciężkie biurko wykonane z ciemnego drewna. Leżące na blacie dokumenty, niemal prosiły się o uwagę, kusząc przechodzące obok osoby do zajrzenia. Mężczyzna podszedł do biurka śmiałym krokiem, zamykając leżącą teczkę — tak na wszelki wypadek, gdyby jednak Francesca pokusiła się, by na nie spojrzeć. Niestety akta były tajne i niedostępne dla obcych oczu. Po jednej stronie biurka stało krzesło. Brązowe, klasyczne. Jedno z tych biurowych, które można spotkać w urzędach. Po drugiej, od strony dokumentów, stało krzesło obrotowe — i to na nim zasiadł Enzo, wskazując Fran miejsce naprzeciw siebie.
— Teraz powiedz, co cię do mnie sprowadza — powiedział chłodnym tonem przypominającym zimne szkło. Oczekiwał konkretów, nie półsłówek, nie niedopowiedzeń. Chciał wiedzieć w s z y s t k o, co mogłoby okazać się pomocne.

Francesca McCovey
ODPOWIEDZ

Wróć do „#10”