-
What would I do without your smart mouth? Drawing me in, and you kicking me out.
You've got my head spinning, no kidding, I can't pin you down
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Na przykład choroba, której nie dało się przezwyciężyć. W ostatnich tygodniach życia mamy patrzył, jak powoli ulatywało z niej życie i jaki wpływ miało to na niego i tatę. Mimo wszystko zapamiętał słowa Anthony’ego usłyszane podczas tamtego wieczoru po śmierci: Gdybym mógł wrócić się w czasie, wiedząc to, co wiem teraz, zrobiłbym dokładnie to samo. Bo ją kochałem. I nadal będę. Dla niej byłoby warto. Trafiły do niego, przekonując, że dla tej jedynej warto było podjąć się ryzyka.
I tą jedyną trzymał właśnie w ramionach. Nawet, jeśli prędzej czy później dojdzie między nimi do konfliktu, którego się obawiał, w głębi siebie był pewien, że zrobi wszystko, by między nimi się ułożyło. Z różami, na kolanach, wiodąc ustami po jej wargach i całym ciele. Dla niej byłoby warto.
Nie dało się zaprzeczyć, że na niego nie działała, a siedzenie w drugim kącie jacuzzi nie było dla niego żadną przeszkodą. Z drugiej strony potrzebował rozmowy, szczerości i oddechu, wiedząc, że gdyby siedziała przy nim, nie potrafiłby się oprzeć przed muskaniem wargami jej szyi, czy wodzeniem palcami po jej ramieniu. Jego gesty zdawały się być instynktowne, naturalne, jakby miał to zapisane w swoim kodzie genetycznym. Skye z pewnością wpisała się w nim na stałe.
Z tym, że jego Skye w tym momencie wydawała się… zazdrosna? W pierwszym odruchu ściągnął brwi i przekrzywił głowę na bok, ale po usłyszeniu przeprosin zaraz jego rysy twarzy złagodniały, a kąciki jego ust drgnęły pod wpływem delikatnego uśmiechu. Była urocza, gdy okazywała względem niego zazdrość, choć zupełnie nie miała ku temu żadnego powodu. Aż zdziwił się w myślach, że też gryzła się w język w pracy, gdy musiała z nią pracować. Nic mu nie wspominała o tym, jak znosiła ich współpracę.
— Czy coś się między Wami wydarzyło podczas mojej nieobecności? - zapytał w zamian, nagle zainteresowany tym tematem. Nie pytał ze względu na Sydney, tylko przede wszystkim przejmował się tym, czy Skye miała z powodu jego decyzji dotyczącej przekazania jej projektu jakieś nieprzyjemności.
— Mam taką nadzieję - uśmiechnął się w odpowiedzi, patrząc w jej stronę spojrzeniem tak ciepłym, że sam pod jego wpływem mięknął. Oczywiście, że schlebiało mu to, iż po nim nie potrafiła być z nikim innym. I pragnął, by tak już zostało.
Na jej warunek drgnęła mu brew w geście zaintrygowania, a w jego oczach pojawił się łobuzerski błysk. Obserwował, jak niespiesznie zmniejsza odległość, a wraz z kolejnymi jej słowami uśmiech blondyna zaczynał się poszerzać. Już wyobrażał sobie te pikantne wiadomości w ciągu dnia, które tylko wzmagały jego apetyt, by z wyczekiwaniem wpatrywać się w zegarek i to go zadowalało. Przez cały ten czas również nie spuszczał z niej wzroku, czując na swoich udach jej dłonie, a fakt, że pochyliła się w jego stronę w wiadomym celu, już teraz mącił mu w głowie. Kusiła go niesamowicie, i dobrze o tym wiedziała. - Mówisz, że może być tego więcej? - podchwycił jej słowa cicho, powoli przesuwając błękitnym wzrokiem z jej oczu do ust i z powrotem. Mimo tego, jak bardzo chciał teraz złączyć ich wargi, świadomie odchylił głowę do tyłu. - Ustalmy kilka zasad - stwierdził, bo jeśli miał się na to zgodzić, to też należało doprecyzować. - Po pierwsze, żadnych przyjaźni ze swoim mentorem. Nie szukaj dla mnie zastępstwa - uniósł znacząco brew, uśmiechając się przy tym nieznacznie. - Po drugie, nie przynosimy pracy do domu. Nie tylko ze względu na swój pracoholizm, ale i konkurencyjność. I właściwie chyba ode mnie to tyle. Coś byś dodała? - dopytał, szczerze zainteresowany jej odpowiedzią. Jeszcze tego mu brakowało, żeby zaraz zaprzyjaźniła się z jakimś nowym kolegą. Zbyt dobrze wiedział, jak to działało. Co do reszty był w stanie iść na kompromisy.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Miałyśmy po prostu rozmowę na temat projektu podczas Twojej nieobecności i cóż… nie wywarła na mnie zbyt dobrego wrażenia- zaczęła mówić niewiele się zastanawiając nad odpowiednim doborem słów. Obiecali sobie szczerość, więc automatycznie odpowiadała mu na zadane pytanie.- Ewidentnie sprawdzała i zaznaczała swój teren- doprecyzowała posyłając mu znaczące spojrzenie i wtedy to do niej dotarło. Aż uśmiechnęła się szeroko, może nawet nieco złowieszczo? - Znaczy ten, który myślała, że jest jej- bo przecież teraz w jacuzzi poza Toronto, to ona - Skye - siedziała z Dominicem, a nie wspomniana blondyna. To Skye wyznawał miłość, całował ją i doprowadzał, że traciła dla niego głowę. To ją kochał, a nie jakąkolwiek inną kobietę i świadomość tego dawała jej poczucie dumy.
Tak samo jak to, że tak mu zawróciła w głowie, że nie był w stanie spojrzeć na inną, już wtedy gdy jeszcze nie byli razem. To musiało coś znaczyć, prawda? - Też na to liczę. Wspólna przyszłość brzmi… dobrze?- trochę się zapędziła i nie wiedziała jak zakończyć wypowiedź. Nie chciała go przytłaczać, bo ledwie co wyznał jej miłość, a już mówiła o wspólnej przyszłości? To było zdecydowanie za szybko. Jednak nie mogła walczyć z pewnymi słowami, które pojawiały się na jej języku ilekroć na niego patrzyła. Uśmiech i wzrok, którymi ją obdarzał, powodował, że miękły jej kolana i serce. Nie chciała przyspieszać pewnych spraw, bo już wiele razy to robiła i za każdym razem kończyło się to porażką, a przecież obiecała mu, że jej nie straci. Ona nie chciała go stracić.
Była totalną romantyczką i dotychczas szybko się zakochiwała i wpadała w związek. Jednak równie szybko motylki się kończyły, a ona sklejała swoje złamane serce. Jednak z Dominicem było zupełnie inaczej. Nie mogła mu odmówić wielu zalet - atrakcyjności, inteligencji, humoru. Wywarł na niej całkiem dobre wrażenie za pierwszym razem, ale z perspektywy czasu miała wrażenie, jakby wtedy kursowali po różnych orbitach. Przez ten rok czasu krążyli wokół siebie, pomału , niespiesznie zbliżając się do siebie, aż znaleźli się właśnie na tej samej. To nie był wtedy ich czas. Może oboje potrzebowali miłości dojrzałej? Rodzącej się z przyjaźni, zaufania, wzajemnego wsparcia, a nie chwilowej fascynacji. Dlatego Skye miała teraz poczucie, że to naprawdę się uda, więc mówienie o ich przyszłości było całkiem naturalne.
Tak samo jak kuszenie go, bo ciągnęło ją do niego niemiłosiernie. Dlatego nie mogła się oprzeć, by do niego nie podejść, ale nie pocałowała go! Grzecznie wpatrywała się z bliska w jego oczy. - Więcej wiadomości? Zdecydowanie- przekrzywiła głowę w bok uśmiechając się zalotnie, a dłońmi zjechała po udach w poszukiwaniu końca nogawek jego spodenek. - Chyba, że wolisz dostać moje zdjęcie w samej bieliźnie podczas spotkania z zarządem i wiedzą, że jestem tuż za ścianą?- dłońmi wsunęła się pod materiał i zaczęła błądzić nimi po jego nagiej skórze ud.- Wydaje mi się, że bezpieczniej wtedy zachować większą odległość- uśmiechnęła się zadziornie czując jak jest tuż tuż obok jego męskości, więc się grzecznie wycofała i spojrzała na niego będąc naprawdę rozbawiona teraz!
- Nawet jeśli będzie stary, łysy i pomarszczony?- spytała ledwie powstrzymując śmiech, ale przecież… Może Dominic jej nie ufa? Zaraz szybko wybiła sobie ten pomysł z głowy.- Ale dobrze, rozumiem- przytaknęła wciąż delikatnie jeżdżąc dłońmi po jego udach. Miała ochotę przejechać nimi wyżej, a ustami wpić się w jego wargi, ale powstrzymała się pozostając grzeczą.- Teraz mówimy o zasadach dotyczących tylko pracy czy ogólnie związku ? Bo nie wiem czy już teraz powinnam się wycofać- czy może w zależności od jej zasad, odpowiednio go przygotować do ich wysłuchania?
Dominic Reyes
-
What would I do without your smart mouth? Drawing me in, and you kicking me out.
You've got my head spinning, no kidding, I can't pin you down
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Gdy ciemnowłosa mówiła o tamtym spotkaniu, słuchał jej z uwagą i nieco ściągniętymi brwiami. - Ach, tak? - mruknął na wspomnienie o zaznaczaniu terenu. Uważał, że uświadamiając Sydney o oddaniu swojego serca komuś innemu, w końcu odpuści, ale najwyraźniej tak nie było. A przynajmniej jeszcze nie do momentu, w którym blondynka nie wiedziała, o kogo chodziło. Była zbyt bystra, żeby się nie domyślić, kto skradł jego serce. - A jaka była na to Twoja odpowiedź? - odwzajemnił jej uśmiech, dostrzegając w jej oczach przebłysk dumy. Ciekawiło go, czy już wtedy Skye zdradzała przejawy swoich uczuć do niego, gdyż po czymś Syd musiała wywnioskować ich bliższą relację. - Mogłem zlecić to komuś innemu - westchnął jeszcze, bo naprawdę nie chciał być źródłem konfliktu. Na szczęście obie były profesjonalistkami i nie zarzuciły pracy nad projektem. Inaczej Dominic nie znalazłby się w tym miejscu, w którym był teraz.
— Czy to jest moment, w którym chcesz porozmawiać o swoich życiowych celach? - uniósł wyżej brew z dozą ostrożności. Mówiąc o przyszłości, nie myślał jeszcze o niczym konkretnym, jak byciu po prostu tu i teraz i czekaniu na to, co przyniesie im czas. Nie wiedział, co powinien myśleć na temat kolejnych kroków, bo dziś zrobił już jeden poważny, co wymagało od niego nie lada odwagi. Jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że Skye kierowała się w życiu pewnymi oczekiwaniami i choć obecnie było między nimi dobrze, to gdzieś w głębi siebie nadal odczuwał obawy, czy będzie dla niej wystarczający i sprosta wszystkiemu, czego pragnęła od życia? Chyba w tym momencie nie chciał o tym myśleć.
Koncepcja krążenia po różnych orbitach i stopniowego zbliżania się do siebie bardzo pasowała do tej dwójki. Wyglądało na to, że oboje potrzebowali dojrzeć emocjonalnie do pewnych spraw, a w przypadku mężczyzny odkryć, czego naprawdę potrzebował i co powinien zrobić, żeby to uzyskać. Życie było grą stworzoną dla wszystkich, a miłość była nagrodą. Patrząc na Skye, obserwując jej piękne, błyszczące w świetle przyciemnionego światła tarasowego oczy oraz uśmiech rozpromieniający całą twarz, miał wrażenie, że zdobył już wszystko, czego pragnął. Najlepszą nagrodę, jaką mógł dostać od życia.
A gdy tak się do niego zbliżała, świadomie próbując go uwieść, z trudem przychodziło mu opieranie się jej wpływowi. Zwłaszcza, kiedy wiedział, co kryło się za jej figlarnym spojrzeniem i jak smakowały jej pełne, uzależniające usta, z których okrzyki rozkoszy prędzej czy później z pewnością zatrzęsą tym domkiem w posadach.
Mruknął przeciągle pod wpływem jej dłoni wsuwających się pod materiał jego kąpielówek. I choć w pierwszej chwili przecież nie zamierzał jej pozwolić się tak torturować, próbując zmienić temat, to kiedy znajdowała się tak blisko niego, niemal czuł, jak chwyta go w dłonie i… chciał więcej. — Jesteś bardzo kreatywna. Miałbym oddać konkurencji taki skarb? - rzucił jej jako jedyny kontrargument, który w tym momencie przyszedł mu do głowy. I wbrew pozorom wcale nie mówił o kreatywności, jaką wykazywała się w pracy. Była jego skarbem, przez który momentalnie tracił całą swoją silną wolę. W chwili, gdy uśmiechnęła się zadziornie i wycofała dłonie, mimowolnie odetchnął. Ewidentnie robiła mu wodę z mózgu.
— Jeśli tacy Ci się podobają - uśmiechnął się łobuzersko z rozbawieniem. Dobrze wiedziała, jaką przyjaźń miał na myśli. Nadal czuł jej dłonie na swoich udach, które tylko podsycały jego pragnienia. - Jednego i drugiego - stwierdził, a słysząc o jej wycofaniu się, bez zastanowienia włożył trzymane dotychczas na krawędziach jacuzzi ręce do wody i stanowczym ruchem złapał ją za pośladki, przyciągając do siebie, żeby usiadła na nim okrakiem i przysunął jej wargi do własnych. Wszystko po to, byle poczuć ją bliżej. - Jeszcze jedno. Nie drażnij się ze mną tak. Chyba, że chcesz się doigrać - rzucił niebezpiecznie niskim tonem, muskając jej usta swoimi. Oplótł ją swoimi ramionami tak, że między ich ciałami nie znajdowała się żadna przestrzeń. Mogła go poczuć pod sobą i upewnić się, że wszystko, co robiła, wywoływało w nim odpowiednią reakcję.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kolejny jego komentarz nie mogła już tym bardziej zostawić be słowa. Nie chciała żeby sobie coś zarzucał. W końcu nie jego wina, że Sydney chciała zarzucić na niego swoją sieć. - Daj spokój. Oprócz Ciebie jestem jedyną osobą, która mogła sobie z tym poradzić- zazwyczaj nie była aż tak pewna siebie, ale teraz jej zależało, aby wymazać z niego poczucie winy, które w nim rozbudziła. Ponadto, jego rekomendacja dała jej cholernie duże możliwości rozwoju i połechtał przy tym niesamowicie jej ego.
Niestety jej ego w tym momencie zostało nieco zachwiane, gdy całkiem niechcący poruszyła temat przyszłości. Wiedziała, że trochę przesadziła, ale jego pytanie było takie… oschle. - Moich?- spytała podkreślając określenie, którego użył. Uniosła znacząco brew i nieco ją zirytowało to sformułowanie, ale zaraz przymknęła oczy i wzięła głęboki wdech, zanim otworzyła je ponownie spoglądając na niego i zaczynając swoją (długą) przemowę.- Dominic, nie chcę zabrzmieć przesadnie, zważając na to, że dopiero wyznaliśmy sobie miłość, ale…- ucięła ponownie zastanawiając się czy może nie zacząć inaczej.- Znasz doskonale moje priorytety w życiu. Myśląc o sobie za dziesięć lat wyobrażam siebie we własnym ogrodzie pełnym kwiatów, obok bawi się dwójka małych dzieci, a w tle jeszcze biega pies i domaga się uwagi. Czy jesteś też i Ty w tym obrazku? Tego teraz nie wiem, ale nie wykluczam tego, że możesz się tam pojawić. Jednak pod jednym warunkiem- jeżeli i Ty tego będziesz chciał- kochała go tak jak żadnego innego mężczyznę wcześniej, ale czy to ten jedyny? Sama jeszcze tego nie wiedziała. - Nie oczekuję od Ciebie dzisiaj żadnych deklaracji i obietnic. Nie oczekuję też za miesiąc pierścionka, za dwa ślubu, a za trzy pozytywnego testu ciążowego. Wiem, że sam związek jest dla Ciebie czymś nowym i pewnie także nieco przerażającym. Musisz pewnie sobie wiele poukładać, przemyśleć. Jedyne czego od Ciebie oczekuję od samego początku, to właśnie pełnej szczerości- jeżeli z miejsca wiesz, że ta przyszłość ze mną nie jest dla Ciebie, powiedz mi to- powiedziała to pewnym siebie głosem, chociaż w środku czuła się jakby miała się rozsypać na samą myśl z tego powodu. Z jednej strony wmawiała sobie, że nie jest pewna czy będzie w jej przyszłości, a z drugiej świadomość tego, że by go nie było ją paraliżowała.- Jeżeli tego nie wiesz, to też jest dobrze. Jesteśmy na początku tej drogi. Nie chcę jednak być zbywana, czarowana obietnicami, które z góry było wiadomo, że będą bez pokrycia. Nie chce za dziesięć lat siedzieć po godzinach w biurze zastanawiając się czy może w kolejną rocznicę mi się oświadczysz, czy to jeszcze nie ten czas- była w stanie na niego poczekać. Może rok może trzy, nie wiedziała tego. Sądziła, że na Logana poczeka dłużej, ale jej limit wyczerpał się znacznie wcześniej .- Ale zostawmy ten temat. Na tym wyjeździe już do niego nie wracajmy. Skupmy się na tym, co tu i teraz. Bawmy się. Przemyśl to, co Ci powiedziałam na spokojnie po powrocie do Toronto. Daj mi znać tylko wtedy, kiedy będziesz całkowicie pewien , że moje cele życiowe kompletnie nie pokrywają się z Twoimi- zarządziła stanowczym głosem uznając, że nawet jeśli mieliby zerwać w poniedziałek, a wyjazd się okazać pierwszym i ostatnim zarazem, to niech będzie on najlepszym wyjazdem w ich życiu. Niech zostawią wszystko za sobą i się bawią.
I właśnie to Skye zamierzała robić - bawić się. Bawić się ze swoim facetem. Drażnić go, pobudzać i sprawiać codziennie, żeby chciał tylko jej. - Możesz mnie też wykorzystać jako swoją wtykę- puściła mu oczko jakby byli parą niczym Bonnie & Clyde. - Zanotowane- przytaknęła z uznaniem głową, gdy nie odmówił jej słabość do starych i pomarszczonych mentorów. Chociaż doskonale zdawała sobie sprawę co miał na myśli.
Uśmiechnęła się szeroko, gdy złapał ją i usadowił na sobie tak, że nie miała wątpliwości, że doskonale na niego działa. Działało to z obu stron, bo gdyby był jej obojętny, nie miałaby ochoty ponownie się do niego zbliżać. - A właśnie może chcę być ukarana?- mruknęła w jego usta, którymi wodził po jej własnych. Skoro tak ją kusił, to ona zaczęła powoli się o niego ocierać. Rękoma , które wcześniej zarzuciła na jego szyję, przybliżyła się jeszcze bardziej do niego. Jednak nie pocałowała go. Walczyła ze sobą, walczyła z nim, aż nagle odchyliła głowę do tyłu i lekko się odsunęła od niego.
- Ale poczekaj poczekaj z tą karą, bo mamy ważny temat do omówienia- zarządziła nagle poważnym tonem, chociaż tlił się na jej ustach lekki uśmiech. - Skoro ja mam nie zaprzyjaźniać się z mentorami, to Ty też nie zaprzyjaźniaj się z asystentkami czy nawet prezesami- posłała mu porozumiewawcze spojrzenie, bo akurat on miał większe pole do (nie)popisu.- Nie chodzimy spać pokłóceni. Nawet jeśli mamy iść spać o czwartej nad ranem, to mamy się pogodzić. Możemy potem mieć ostry seks na zgodę i nie przespać całą noc, ale to jedna z moich zasad- miała jeszcze kilka, ale teraz była jego kolej. On też może coś dorzucić do puli.
Dominic Reyes