How to navigate disaster
Sweetheart, come undone
I'm handing you the dagger
Sen nie nadszedł szybko. Granie silnego i pokazywanie, że to wszystko nie jest takie trudne, tak weszło mu w krew, że kiedy w końcu wydawało się, że jest bezpiecznie, on nie potrafił odpuścić. Jakby adrenalina nadal krążyła w żyłach, zmuszając organizm do nieustającej walki. Leżał więc, sprężyny kanapy wbijały się w kręgosłup (nie, kategorycznie naciskał, by nie kładziono go do łóżka jak pieprzonego trupa, jeszcze nim nie był) i wpatrywał się w sufit. Szwy ciągnęły, skóra pulsowała, a w głowie kręciło się od alkoholu i utraconej krwi. Nie powstrzymywało go to jednak, by nadal agresywnie zamęczać się natrętnymi myślami. Cassie pojechała, by odpocząć i żyć swoim życiem, przy okazji próbując utrzymać The Painted Lady w ryzach, zanim Carlos nie dojdzie do siebie. Nienawidził być bezsilny i zależny, a właśnie tak się czuł. Może byłoby lepiej, gdyby została przy nim, w bezpiecznych czterech ścianach? Z dala od latających kul i drapieżników czyhających w mroku? Nie, przy nim też nie było dobrze, bo co sprowadziło na nią kurczowe trzymanie się Carlosa, oprócz niepokoju i bólu? Powinien dać jej działać, tak jak chciała, był jej winny to zaufanie. Czasami zapominał, że nie była już dzieckiem. Ciężko było patrzeć na Cassandrę jak na dojrzałą kobietę, gdy przez lata trzymał się przykazania Martina – opiekuj się moją małą córeczką.
Była jeszcze Joan, którą wplątał w coś, w czym nigdy nie powinna się znaleźć. Stanęła na wysokości zadania i zdała egzamin, zszywając Carlosa. Musiał wyrównać ten dług, a największą zapłatą będzie zniknięcie z jej życia, jakby nic się nie wydarzyło. Wstanie więc rano, założy kurtkę i pomimo wszelkich medycznych przeciwwskazań po prostu wyjdzie z tego domu. Zostanie po nim jedynie nikłe wspomnienie i plamy krwi na panelach. To gorzkie i niesprawiedliwe pożegnanie bez podziękowania, ale może kiedyś Grainier zrozumie, że był to przejaw troski, a nie niewdzięczna bezczelność.
Sen nadszedł, jednak nie przyniósł ulgi. Światło zgasło, ale drzwi zostały uchylone, a zjawom łatwo przecisnąć się nawet przez niewielką szczelinę. Martin nie musiał się starać, Carlos sam by go wpuścił, nawet jeśli napawało go to niezrozumiałym strachem. Wyglądał dokładnie tak, jak tamtej nocy; podziurawiony od kul, mętne oczy pełne niezrozumienia, ręce skąpane we własnej krwi, gdy próbował zatrzymać uciekające z ciała życie. Zawisł przy oparciu kanapy, obserwując Salazara. Dotknął rozgrzanego policzka przyjaciela, jakby chciał zaoferować mu pocieszenie i ulgę.
Obiecałeś.
Wiem – chciał odpowiedzieć, ale nie potrafił wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Powoli przymknął więc powieki i skinął głową, odsuwając policzek od lodowatych palców Martina. Layton uśmiechnął się, ale ten grymas nie przyniósł ze sobą radości i ulgi. Był niebezpieczny i dziki, zupełnie obcy.
Przyjdą po wszystkich, wiesz o tym. Po nią też.
Nie możesz do tego dopuścić, stary druhu. Winy ojców nie powinny dosięgać córek.
Carlos próbował dostrzec wyraz jego twarzy, ale była skąpana w mroku. Wiedział o tym wszystkim, doskonale zdawał sobie sprawę jakie było jego zadanie i jak istotna jest rodzina. Nie musiał tu przychodzić i o tym przypominać. Nie był nieproszonym gościem, ale zawsze gdy się pojawiał, przynosił ze sobą poczucie winy i niepokój. Nie tak chciał go pamiętać. Martin Layton był przyjacielem, a nie aniołem zemsty.
Jeśli będzie cierpieć to wrócę i sprawię, że sam przyłożysz sobie pistolet do głowy, rozumiesz?
Zaciągnę cię do piekła.
Chłodne palce znów pogładziły policzek, prawie troskliwie i czule, by kilka sekund później zacisnąć się na gardle Carlosa i odebrać mu dech.
Sen urwał się gwałtownie. Próbował złapać powietrze, ale nie mógł oddychać. Powędrował dłońmi do szyi, potarł wilgotną skórę, ale nie było tam śladu po nacisku. Chciał podeprzeć się na kanapie i usiąść, jednak zapomniał, że prawa ręka stała się zbyt słaba, by udźwignąć taki ciężar. Poczuł ból promieniujący wzdłuż obojczyka i opadł z powrotem, łapczywie nabierając tchu. Było mu gorąco, było mu zimno, wszystko wydawało się tak lepkie i wilgotne, całe to trzęsące się słabe ciało, zupełnie bezużyteczne i nieposłuszne. Ubrania kleiły się do skóry, krew krzepła pod opatrunkiem, tworząc niewygodną skorupę. Nie miał siły wstać, ale nie chciał tam być, w tym salonie, na tamtej kanapie, z duchem Martina, którego chłód cały czas czuł. Dlaczego za każdym razem, gdy się pojawiał, wydawał się koszmarem? Nie był nim, był jego bratem i najlepszym przyjacielem. Umysł Carlosa postanowił jednak wypaczyć ten obraz, sięgając głęboko do wyrzutów sumienia, szarpiąc za najdelikatniejsze ze strun. Nienawidził go za to tak bardzo, że czasami chciał uciszyć go całkowicie; rozgrzanym ołowiem, gorzką kokainą, ostrym whisky i znajomym bólem. Zbyt często miał jednak wrażenie, że nawet to nie mogło wystarczyć. Co, jeśli gdzieś daleko stąd, poza ziemską pokutą, czekało na niego jeszcze większe piekło?
Przełknął gulę, która urosła w gardle. Ponownie obrócił się na plecy i zaczął wpatrywać się w sufit. Krople potu spływały po czole, mieszając się z rzadkimi strużkami łez. Nie płakał, niemal nigdy tego nie robił. To tylko mimowolna reakcja ciała na napięcie, które nie mogło znaleźć ujścia. Pozwolił wodzie zbierać się w kącikach oczu i płynąć, aż w końcu źródło się wyczerpie, a on pozostanie pusty.