-
I'm a fan of you,
I'm a fan of love,
I'm a fan of usnieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo na cholerę komu w ogóle była ta szkoła, co? Dobra, mógł zrozumieć, jeśli ktoś miał ambicje, jakiekolwiek chęci stania się w przyszłości porządnym obywatelem dającym dla swojej wspólnoty.. Tyle że on nie chciał. W sumie to niczego tak naprawdę nie chciał, jeśli chodziło o dorosłe życie, to jakby ktoś go zapytał o opinię, wcale mu się nie spieszyło. Lubił się bawić. Lubił być niepoważny. Uwielbiał testować cierpliwość ludzi wokół siebie. Miał zdecydowanie zbyt dużo energii i ani trochę nie mieściła się w jego stosunkowo niewielkim ciele, sprawiając, że częściej niż rzadziej stawał się huraganem. Był dobrymi kolegami dla każdego, z zasady wolał robić przyjaciół niż wrogów i chyba był całkiem charyzmatyczny, bo nawet mu się to udawało. Nie ważne w której sub-grupie szkolnej, znał i lubił kogoś w każdej tak naprawdę. Miał znajomka, który grał w hockeya, znał też kilka cheerleaderek, bujał się kiedyś z jedną z tych dziewczyn, które obracały się jedynie w swojej własnej małej grupce, nie miał nic przeciwko absolutnych księżątek ciemności i potrafił się dogadać z geekami. Żyć nie umierać, każde z nich miało do zaoferowania coś, prawda? Jakieś doświadczenie, jakąś historię, coś, co mogło zająć mu popołudnie albo przynajmniej dłużącą się przerwę między kolejnymi klasami do których nie przyglądał większej uwagi tak czy siak, bo po co? Jego przyszłość należała do rodzinnego biznesu, bo tak miało być, nie? Tak było najłatwiej. Pewna praca, byle tylko mógł się względnie sam utrzymać, prawdopodobnie żyjąc gdzieś w najbliższym otoczeniu swojej starszej siostry, ot, żeby mieć swoją siatkę bezpieczeństwa jakby wyjebał się na głupi ryj bawiąc w dorosłość.
A kiedy jego przystojny kumpel z francusko brzmiącym nazwiskiem pacnął go w ramię, gdy palili kontrabandowego szluga na pół, proponując olać tą budę na ten konkretny dzień, naprawdę nie musiał się nawet wysilać. Tak. Wszystko byle nie zanudzać się na śmierć przez kolejne osiem godzin, jakby nie mieli nic lepszego do roboty. Oczywiście, że mieli. Zawartość ich kieszeni mogła kupić im paczkę fajek i kilka piw z drobną pomocą jakiegoś pana żula, łatwo przekonanego obietnicą poczęstowania jedną z tych fajek albo resztą z zakupów, nie? Totalnie. Ekscytująco nielegalne dwa na głowę, paczka fajek, wszystko schowane w ich plecakach, pozwoliło im znaleźć sobie jakieś wystarczająco obskurne miejsce, bardziej niż pewnie włamując się na ogrodzone boisko, a potem jeszcze odrobinę dalej, do rampy w dół, prowadzącej prawdopodobnie do szatni albo jakiegoś składziku.. Mało istotne. Betonowa nora dawała wystarczającą ilość prywatności dla ich nielegalnego spożywania substancji, znajdując się na tyle daleko od ulicy, by mogli gadać o pierdołach i dawała tyle prywatności, by ukryć ich przed spojrzeniem przechodniów, chroniąc mniej więcej przed ewentualnym policyjnym patrolem. Nadawało się świetnie. - Dobra, cofam to, to nie był dobry pomysł, nie ma nawet gdzie usiąść na dupie, żeby się nie ujebać. - zmarszczył nos, jak przystało na rozpieszczonego gnojka, który naprawdę lubił swoją wygodę.. Ale mimo to odłożył plecak ostrożnie, by nie potłuc butelek. Lepsza brudna, betonowa rampa, niż nic, nie? - A jakby tak wskoczyć na tamtą krawędź? - powierzchnia o której mówił znajdowała się grubo ponad metr nad drzwiami do składziku na samym dole rampy, właściwie stanowiąc cementową krawędź; budynek robił się węższy, dając może ze dwa metry głębokości i cztery szerokości, na których rzeczywiście mogli posadzić dupy.. Tylko trzeba było tam jakoś wskoczyć. Podciągnąć się? I była jeszcze kwestia transportu ich plecaków na górę...
Dante Levasseur
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Póki co… z całą pewnością nie było to coś, czym warto byłoby się jakkolwiek przejmować. Zdecydowanie lepszym pomysłem było skupienie się na tu i teraz. A to sprowadzało się do pogody zbyt przyjemnej na tracenie czasu w szkole, całkiem udanych negocjacji z zarośniętym entuzjastą najtańszych trunków i oferowanych przez nastolatków fajek, zakupionych przez niego piw, a także pokonanego z zaskakującą łatwością ogrodzenia.
Czego mogliby chcieć więcej…?
Chociaż na to niezadane na głos pytanie, Bennett najwyraźniej miał już swoją odpowiedź. W dodatku taką, na którą trudno byłoby zareagować inaczej, jak tylko krótkim rozbawionym parsknięciem i wymownym wywróceniem oczami. No bo umówmy się, nielegalne picie w miejscach stosownie oddalonych od niepożądanych spojrzeń zdecydowanie wymagało przecież pewnych poświęceń. A jeśli tym poświęceniem miało być uwalenie sobie spodni podczas przesiadywania na zasyfiałym betonie… komu miałoby to przeszkadzać?
Ach, no tak. Jeden taki stał przecież obok. I najwyraźniej miał nawet całkiem nie najgorszy pomysł na rozwiązanie tej niedogodności…
– Spodziewasz się tam wygodnej kanapy tylko dla siebie, czy wystarczy ci po prostu tak samo brudny beton, tyle że wyżej…? – zaśmiał się, zerkając w górę, na wskazaną przez kumpla krawędź. Spojrzenie ześlizgnęło się niżej, na drzwi i klamkę, która w zasadzie mogłaby pewnie stanowić jakiś punkt podparcia i pomóc wdrapać się na górę. Przy odrobinie szczęścia – może nawet bez rozbijania przynajmniej jednego durnego łba. Ani butelek. Tych może nawet byłoby szkoda jeszcze bardziej, w końcu w przeciwieństwie do durnego łba, raczej nie dałoby się ich tak po prostu połatać rękoma wykształconych w tym kierunku służb…
Czy był to więc pomysł, który śmiało mogliby zaliczyć do kategorii tych durnych? Pewnie tak. Ale wciąż nie plasował się przecież nawet w pierwszej dziesiątce tych jeszcze durniejszych, co do realizacji których nigdy nie mieli jakoś większych wątpliwości. Nie było więc chyba żadnego powodu, by tym razem miało być inaczej. W końcu… jak na razie żaden z nich nie uderzył się jeszcze w głowę dostatecznie mocno, by dzięki temu doznać jakiejś absurdalnej przemiany i zacząć kierować się tym wątłym głosikiem dobiegającym gdzieś z tyłu głowy, który pewnie można byłoby uznać za zdrowy rozsądek.
– Dobra, włazisz pierwszy – to zdecydowanie nie była decyzja, która wymagałaby jakiegoś większego namysłu. Ten zresztą był na tyle krótki, by śmiało można było podejrzewać, że Dantemu nie zdążyła przejść nawet przez myśl wizja tych potencjalnie rozbitych łbów. Choć chwilowe zatrzymanie spojrzenia na plecaku odłożonym na ziemię przez Lexiego, a także tym własnym, który położył obok, mogło sugerować jednak, że pomyślał przynajmniej o butelkach. – Podam ci plecaki, jak będziesz na górze. Chyba, że wcześniej się wyjebiesz. Wtedy zabieram twoje piwo.
Bo w końcu zawsze lepiej było mieć cztery butelki niż jakieś marne dwie… Chociaż raczenie się nimi w pojedynkę pewnie nie byłoby już takie zabawne, toteż może jednak lepiej byłoby, gdyby Lexie się nie wyjebał. Żeby więc zapobiec temu potencjalnemu nieszczęściu, Dante ustawił się pod ścianą, splatając ze sobą dłonie i zamierzając w ten sposób pomóc kumplowi wdrapać się na górę i zapewnić mu być może trochę pewniejszy punkt podparcia. Tak na wypadek, gdyby ta nieszczęsna klamka miała mimo wszystko nie wytrzymać. Zwłaszcza, że z niej akurat planował za moment samemu skorzystać, nie mając przecież zamiaru zostawiać Bennetta na górze samego. Z dwoma zaopatrzonymi w butelki plecakami. I tym ukrytym w należącym do Dantego ziołem, które mogło dodatkowo umilić im ten wolny od szkoły dzień.
Alexis Bennett