Zaczęło się całkiem niewinnie. Budzik zadzwonił o czasie, tylko że Babe – która poprzedniego wieczoru bardzo odpowiedzialnie nastawiła trzy alarmy – przez sen wyłączyła wszystkie trzy, nie pamiętając nawet momentu, w którym to zrobiła. Otworzyła więc oczy czterdzieści minut później, z uczuciem, że coś jest nie tak. Spojrzała na zegarek i przez kilka kolejnych minut leżała w absolutnej ciszy, próbując negocjować z rzeczywistością. Rzeczywistość nie była zainteresowana negocjacjami. Zerwała się z łóżka i od razu zahaczyła stopą o kabel od ładowarki. Telefon spadł na podłogę z głuchym łomotem. Babe westchnęła, podniosła go i sprawdziła wyświetlacz – na szczęście przeżył – i pobiegła do łazienki. Tam czekała na nią kolejna niespodzianka. Woda pod prysznicem była lodowata. Nie pomogło sfrustrowane kręcenie kurkami, więc w końcu skapitulowała i wzięła szybki prysznic w temperaturze, której nie chciała pamiętać. Potem przyszła kolej na kawę. Niestety ekspres odmówił współpracy i wypluł z siebie coś, co wprawdzie miało kolor kofeinowego napoju, ale zdecydowanie nim nie było.
Wyszła z mieszkania jeszcze bardziej spóźniona i z mokrymi włosami. W windzie utknęła na kilka minut między piętrami. Spędziła ten czas, wpatrując się w swoje odbicie i próbując przypomnieć sobie, dlaczego wybrała zawód aktorki dubbingowej, a nie coś mniej ambitnego, jak hodowla roślin doniczkowych. Miałą dobrą rękę do kwiatów, powinna o tym pomyśleć, jak już wyrzucą ją z pracy na zbity pysk.
Kiedy w końcu wydostała się na zewnątrz odkryła, że samochód nie odpala. Dlaczego? Trudno stwierdzić. Czy ona wyglądała jak mechaniczka? Musiała złapać taksówkę. To znaczy próbowała złapać, bo trzy pierwsze były zajęte, a czwarta zatrzymała się tylko po to, żeby poinformować ją, że właśnie ma inny kurs. Kiedy w końcu udało jej zamówić Ubera, ale utknęła w korku. W międzyczasie dostała wiadomość ze studia.
Czekamy. Pierwsze nagranie za 10 minut.
Wyskoczyła z samochodu kilka ulic wcześniej i ruszyła biegiem.
— Przepraszam! — krzyknęła, wpadając na mężczyznę z teczką. — Przepraszam bardzo! — rzuciła do kobiety, której prawie wytrąciła kawę z ręki. — Naprawdę przepraszam! — dodała, przeciskając się między dwoma osobami stojącymi przy wejściu do budynku.
Biegła, omijała, zahaczała, przepraszała, ale nie zatrzymywała się ani na sekundę! Wpadła do studia z takim impetem, że recepcjonistka aż podniosła wzrok znad komputera.
— Ja... już jestem — wydyszała, próbując jednocześnie wyglądać profesjonalnie i nie jak ktoś, kto właśnie nie przebiegł półmaratonu.
Szef czekał na nią przy drzwiach do sali nagraniowej. Spojrzał na nią, potem na zegarek, a potem z powrotem na nią. Przez chwilę nic nie mówił, co było gorsze niż jakikolwiek komentarz.
— Cieszę się, że dotarłaś — powiedział w końcu nad wyraz spokojnie. — Zaczynamy od razu. I mam dla ciebie dobrą wiadomość.
Babe próbowała złapać oddech. Pochyliła się, zapierając ręce o kolana i zerknęła na Thomasa Sinclaira.
— Dobrą? — zapytała ostrożnie. Potrzebowała dobrej wiadomości.
— Tak. Będziesz pracować przy tym projekcie z Paris Laroche — uśmiechnął się szeroko, jakby to naprawdę była najlepsza nowina na świecie.
Ale nie była.
O Paris Laroche słyszała dużo. Zdecydowanie za dużo, jak na kogoś, z kim miała teraz dzielić studio nagraniowe. I żadna z tych historii nie zwiastowała, że to będzie przyjemna współpraca. Miały już okazję kiedyś na siebie wpaść. I to też nie było miłe doświadczenie. Tom miał naprawdę bardzo dziwaczne określenie na dobre wiadomości.
weź tą gębę stąd, nie chcę patrzeć w nią