Nie istniała granica, której człowiek zakochany nie próbowałby przesunąć. Najpierw robił to ostrożnie, niemal niezauważalnie, tłumacząc sobie, że przecież chodzi wyłącznie o
jeden wyjątek,
jeden kompromis,
jedną decyzję podjętą wbrew sobie. Później przychodziła kolejna, odrobinę większa, łatwiejsza do zaakceptowania, bo poprzednia zdążyła już osiąść na sumieniu i przestała uwierać.
Człowiek uczył się żyć z rzeczami, które wcześniej wydawały mu się niemożliwe. Uczył się tłumaczyć cudze błędy, usprawiedliwiać własne wybory, przesuwać linię dobra i zła tak długo, aż przestawał pamiętać, gdzie znajdowała się pierwotnie. Miłość nie odbierała rozsądku od razu. Robiła to powoli, niemal niezauważalnie, zamieniając granice w coś płynnego, podatnego na ruch, rozciągającego się dalej i dalej. Aż wreszcie docierał do miejsca, w którym nie było już nic do przesunięcia. Do ściany, której nie dało się obejść ani przeskoczyć.
I wtedy pozostawało jedno pytanie - czy próbowałby
mimo wszystko znaleźć inną drogę? Czy dalej szukałby sposobu, by nie stracić tego, co kochał nawet jeśli oznaczało to zgubienie samego siebie?
Pierwsze słowa dotarły do niej w y r a ź n i e. Usłyszała je, przyjęła ich ciężar, lecz umysł odmówił współpracy. Nadal przesuwała dłonią po szklankach stojących na stole, porządkując je w bezmyślnym rytmie, jakby ruch rąk mógł ochronić ją przed tym, co właśnie wydarzyło się w przestrzeni między nimi. Jej ciało działało automatycznie, nieświadome katastrofy, która właśnie rozdarła powietrze.
Drugie zdanie przecięło wszystko.
Szklanka wysunęła się spomiędzy palców i runęła na podłogę. Huk rozbijanego szkła zabrzmiał nienaturalnie głośno, ostro i brutalnie. Drobne odłamki rozsypały się wokół jej bosych stóp, błyszcząc w półmroku niczym fragmenty czegoś, czego nie dało się już poskładać.
Zabiłem kogoś.
Echo tych słów nie milkło. Odbijało się od ścian jej głowy, wracało raz po raz, nie pozwalając myślom ruszyć dalej. Czuła, jak żołądek zaciska się boleśnie, jak coś ciężkiego osiada na jego dnie i odbiera możliwość wykonania pełnego oddechu. Z a s t y g ł a. Nie potrafiła poruszyć ani dłonią, ani nogą; trwała w bezruchu, sparaliżowana nie samym wyznaniem, lecz jego ciężarem.
Powoli wyprostowała plecy i dopiero wtedy zauważyła, jak blisko stał. Nie pamiętała momentu, w którym skrócił dystans; nie wiedziała, czy zrobił krok, czy może ona przestała dostrzegać przestrzeń między nimi. Wystarczyłoby wyciągnąć rękę, by go dotknąć,
wystarczyłoby poruszyć palcami.
Patrzyła na niego długo. Widziała człowieka, którego k o c h a ł a z siłą przekraczającą zdrowy rozsądek. Człowieka, którego obecność uspokajała ją bardziej niż cokolwiek innego. Jednocześnie dostrzegała obcego - kogoś, kto stał przed nią od początku, lecz pozostawał ukryty za starannie budowaną fasadą. Nie wiedziała, co powinna poczuć - czy chłód powinien rozlać się po żyłach i wygasić wszystko, co nosiła dla niego pod skórą? Czy miłość miała umrzeć w tej jednej sekundzie, rozbita o prawdę tak brutalną, że nie pozostawiała miejsca na złudzenia? Czy wściekłość powinna odebrać jej oddech, zastąpić współczucie, odebrać zdolność patrzenia na niego bez obrzydzenia?
N i c z tego nie przyszło. Najpierw pojawiło się coś znacznie gorszego - potrzeba zrozumienia.
Drgnęła gwałtownie, gdy jeden krok naprzód wydarzył się niemal bez jej zgody, dłoń uniosła się odruchowo, pragnąc dotknąć jego spokojnej, zasnutej chłodem twarzy. Zaraz potem cofnęła się dwa razy, zahaczając łydką o kanapę, gdzie zachwiała się, tracąc równowagę. Powietrze utkwiło jej w gardle, a serce zaczęło bić zbyt szybko, nierówno i boleśnie.
- Kurwa, Rhys... - słowa wyszły z niej cicho, bez śladu złości.
Zrobiła kolejny krok w tył, potem następny, a plecami niemal uderzyła o ścianę prowadzącą do sypialni. Nie uciekała przed nim ze strachu, uciekała przed
sobą, przed tym, że mimo wszystkiego nadal chciała zostać. Przycisnęła dłoń do klatki piersiowej, próbując uspokoić oddech. Płuca pracowały chaotycznie, łapczywie, lecz żaden wdech nie przynosił ulgi. Panika zaczęła wspinać się wyżej, rozlewając po żebrach, gardle i karku, podczas gdy świat zwęził się do nierównego pulsu i ciężaru wbitego pod mostek.
- Nie dam rady.
Powinna go wyrzucić, p o w i n n a kazać mu wyjść, zamknąć drzwi i pozwolić, by ta noc skończyła się definitywnie, a jednak dominujące uczucie było
inne. Nie przerażało jej to, że zabił. Przerażało ją, że mimo tej wiedzy nadal pragnęła do niego podejść, objąć go, powiedzieć, że znajdą rozwiązanie, a on nie zostanie z tym sam.
Ta myśl uderzyła mocniej niż wszystko inne.
Odwróciła się gwałtownie i weszła do sypialni, niemal wpadając do środka. Ruchy miała chaotyczne, pozbawione planu. Chwyciła za walizkę stojącą przy ścianie i rzuciła ją na łóżko. Otworzyła ją drżącymi palcami, po czym zaczęła wrzucać do środka przypadkowe rzeczy - bluzę, spodnie, kosmetyczkę, ładowarkę, której nawet nie rozplątała.
Działała na autopilocie, próbując znaleźć zajęcie dla rąk, by nie rozsypać się całkowicie. Potrzebowała ruchu, potrzebowała wyjazdu. P o t r z e b o w a ł a uciec od mieszkania pachnącego nim, od szkła rozsypanego na podłodze, od prawdy, która właśnie rozdarła jej świat na pół.
Najbardziej jednak potrzebowała uciec od faktu, że mimo wszystko nadal nie potrafiła przestać go kochać. Od tej świadomości, że nie istniało n i c, co mogłoby sprawić, że nie wybierze jego.
Rhys Madden