Wszystko zaczęło się od detalu, który długo wydawał się nic nieznaczący. Przy jednej z sekcji, zupełnie pod koniec, kiedy większość rzeczy była już opisana i zamknięta, Zaylee zauważyła coś przy dłoni Tyrone'a Powella cienką warstwa zaschniętego brudu przy paznokciach. To nie była zwykła, ciemna ziemia, jaką widuje się w parkach. Kiedy zaczęła to czyścić i zbierać próbkę, zauważyła, że nie rozciera się tak łatwo i zostawia lekko chropowatą strukturę. Z natłoku obowiązków musiała to odłożyć na później, ale to wciąż nie dawało jej spokoju. W końcu później wróciło, a ona jeszcze raz porównała próbki. Wapń i sól. Dopiero jak zestawiła kilka raportów obok siebie, zaczęło to mieć jakiś większy sens.
W parkach ziemia była ciemniejsza, bardziej miękka i zmieszana z roślinnością. To, co znalazła najpierw pod paznokciami Powella, a później jeszcze na ubraniu Zatanny Hammond, było suche i drobne, jakby przetarte między palcami skały.
I wtedy przyszło to skojarzenie. Najpierw niepewne, ale potem coraz bardziej prawdopodobne. Brzegi jeziora. Dzikie tereny, gdzie grunt się osuwa, a ziemia miesza się z kruszącym podłożem. Klify? Być może. To nie był głupi trop. Musiały to sprawdzić. Późnym wieczorem wpadła do gabinetu Swanson i rzuciła jej dokumenty z analizami na biurko. Przekopała stare raporty środowiskowe, zdjęcia z okolic jeziora, porównała strukturę. Im więcej patrzyła, tym bardziej wszystko się zgadzało.
A potem Evina dorzuciła swój kawałek układanki. Monitoring. Parkingi przy parkach były kiepsko objęte kamerami, ale coś się powtarzało. Jeden samochód, który został uchwycony tylko fragmentami. Zawsze na uboczu, zawsze na krótko. I zawsze wyjeżdżał w tę samą stronę. W stronę jeziora Ontario.
I właśnie dlatego teraz tam jechały. Samochód lekko podskoczył na nierówności, kiedy zjechały z głównej drogi. Szuter zachrzęścił pod oponami, a w radiu coś cicho szumiało, ale żadna z nich nie zwracała na to uwagi. Po lewej stronie zaczęła się pojawiać woda, ciągnąca się aż po linię nieba. Miller przesunęła wzrokiem po brzegu. Szukała już nie widoku, tylko szczegółów. Nachylenia terenu. Koloru ziemi. Tego charakterystycznego, jasnego tonu, który widziała pod mikroskopem.
— To musiał być jeden z klifów blisko drogi — odezwała się i przeniosła spojrzenie na Swanson. — Nie ciągnąłby ich nigdzie daleko, żeby potem podrzucić ciała do centrum — stwierdziła po tym, jak narzeczona zatrzymała samochód i obie wysiadły na zewnątrz o ruszyły na wzniesienie.
Wiatr poruszał ich kurtkami. Zaylee spojrzała w stronę linii drzew, które kończyły się kilkanaście metrów dalej. Dalej był już tylko spadek i woda. I wtedy zauważyła dwie sylwetki - w jednej z nich rozpoznała Brennę Langford, a tuż przy jej boku, jak zawsze, wiernie stał operator kamery.
— To jest, kurwa, jakaś kpina — mruknęła Miller, ale nie zwolniła kroku. Nie lubiła, kiedy ktoś wchodził im w przestrzeń roboczą, ale jeszcze bardziej nie lubiła, kiedy ten ktoś robił to z wyprzedzeniem, jakby wiedział, gdzie będą. — Ty ją widzisz? — spojrzała na Swanson i niewiele brakowało, żeby przetarła oczy dłońmi w obawie, że ze zmęczenia sprawą i przygotowaniami do ślubu, zaczęła mieć już jakieś pierdolone omamy.
Evina J. Swanson