Tego dnia wyszła od legalnego klienta w naprawdę dobrym humorze, chyba dlatego, że spotkanie poszło gładko. System, który miała zabezpieczyć, okazał się pełen idiotycznych luk, więc robota była bardziej żmudna niż trudna. Faktura jednak się zgadzała, a ona szła ulicą z poczuciem dobrze wykonanego zadania.
Magnus.
Pojawił się w jej głowie nieproszony, ale już nie próbowała się przed nim aż tak zaciekle bronić. Szczególnie że i tak wracał w najmniej odpowiednich momentach. Przy porannej kawie, kiedy patrzyła na drugi kubek i nie miała pojęcia, dlaczego w ogóle na niego spojrzała. Przy kwiatach, które stały jeszcze przez kilka dni, zanim zaczęły więdnąć — a ona i tak wyrzucała je z irracjonalnym poczuciem straty, jakby pozbywała się czegoś większego niż tylko bukietu.
Tęsknota była irytująca. Próbowała schować ją głęboko, przykryć zadaniami, rutyną, kolejnymi godzinami spędzonymi przed ekranem i papierami. Nie przyznawała się do niej nawet przed sobą. Jednak czasem łapała się na tym, że zastanawiała się, co robił. Czy nadal o niej myślał. Czy tamta noc była dla niego równie niepokojąco ważna. Czy może wrócił już do swojej wersji świata, w której ona była tylko epizodem.
Właśnie wtedy wyczuła, że coś jest nie tak.
Najpierw był tylko drobiazg — odbicie w szybie, za długie spojrzenie, sylwetka, która nie zniknęła mimo dwóch zmian tempa i jednej nieoczywistej trasy. Potem kolejny. Ktoś utrzymywał dystans dobrze, ale nie idealnie. Wystarczająco dobrze, żeby przeciętny człowiek niczego nie zauważył. Wystarczająco źle, żeby ona wyczuła niepokój. Dobry humor zniknął natychmiast.
— Veronica — Nie zareagowała od razu, ale świat stanął na ułamek sekundy. Dla niej to nie było tylko imię, a coś, co rozdarło jej zbroję budowaną latami. Przez krótką, upiorną chwilę znowu poczuła wilgoć dżungli na skórze, smród błota i krew z rozciętej wargi.
Mężczyzna mówił dalej, ale wypowiadane przez niego słowa do niej nie docierały. Widziała w nim zagrożenie, a strach jak zawsze ją uruchomił. Pierwszy cios poszedł szybko, ciasno, bez ostrzeżenia. Potem drugi. Kostki zapiekły niemal od razu, kiedy trafiła z całą siłą, nie bawiąc się w półśrodki. Chciała dać sobie kilka sekund przewagi i udało jej się — zaczęła biec przed siebie. Parła na przód przez kilka przecznic. Zmieniała kierunek kilka razy i subtelne sprawdzania, czy w szybie ktoś się nie odbija. Oddech rwał jej płuca, a serce waliło tak mocno, że aż bolało.
Jej myśli i tak pobiegły w jedno miejsce — do niego. Co w jej głowie było irracjonalne, ryzykowne i głupie, a jednocześnie jedyne, co miało sens.
Zwolniła przed skrzyżowaniem przy hotelu, chcąc się uspokoić i nie wyglądać podejrzanie. Miała kartę do jego pokoju i poruszała się po tym miejscu jak po swoim własnym domu. Nie spojrzała na recepcję, tylko poszła od razu pod dobrze znane jej drzwi.
Otworzyła je i usiadła na łóżku, pozwalając sobie na bezruch. Oddychała płytko i nierówno, a dłonie zaciskała mocno na paskach skórzanego plecaka, w którym miała laptopa.
Kostki miała delikatnie zdarte i zaczerwienione.
Przymknęła oczy.
To było chore, że przyszła właśnie tutaj. Nie do własnego domu, nie do któregoś z przygotowanych wcześniej miejsc awaryjnych, nie do anonimowego lokalu, którego nie połączyłby z nią nikt.
Tylko do niego.
Do jedynego człowieka, przy którym jej organizm, wbrew rozsądkowi, uznawał, że można na chwilę przestać walczyć samotnie.
Nienawidziła tego, że właśnie Magnus pojawiał się w jej głowie jak odpowiedź na pytanie, którego nie chciała zadawać. Że kiedy obcy głos rozciął powietrze jej dawnym imieniem, to nie pomyślała o broni — tylko o nim.
Pochyliła się, oparła łokcie na kolanach i wplotła palce we włosy. Powinna była zebrać się do kupy. Powinna była być chłodna, analityczna, precyzyjna. Zamiast tego siedziała na jego łóżku i próbowała nie dopuścić do siebie tej jednej, bardzo niewygodnej prawdy, że była przerażona.
Zaśmiała się bezgłośnie, gorzko, bardziej wydechem niż dźwiękiem.
Pięknie, Sierra. Naprawdę, kurwa, pięknie.
Siedziała tak jeszcze chwilę, nieruchomo, ze wzrokiem wbitym gdzieś przed siebie, kiedy usłyszała dźwięk zamka. Całe ciało spięło jej się w jednej sekundzie. Spojrzała w stronę drzwi, a kiedy te się otworzyły, wpatrywała się w Magnusa spojrzeniem czujnym i rozbitym jednocześnie, a przede wszystkim przerażonym. Była niczym spłoszone zwierzę.
Magnus Grimstad