ODPOWIEDZ
22 y/o
For good luck!
173 cm
studiuje medycynę potajemnie inwestując na giełdach
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

1.

Sala wykładowa tonęła w sennym półmroku, rozświetlanym jedynie przez migotanie projektora i blask laptopów. Głos profesora, jednostajny i suchy jak kartka papieru, zlewał się w jedno z szumem wentylacji. Siedział w trzecim rzędzie, podpierając głowę ręką, a notatki przypominały bardziej bazgroły niż wiedzę medyczną. Słowa takie jak „filtracja kłębuszkowa” czy „nefron” odbijały się od ścian mózgu, tracąc znaczenie, zanim zdążyły zapuścić tam korzenie. Czuł jakby powieki ważyły tonę, a walka o utrzymanie pionu była jedynym wysiłkiem, na jaki go było stać. Podczas gdy profesor opowiadał o nerkach, Reeve analizował w głowie przepływ kapitału i o tym, czy dany start up ma szansę na kwantowy skok wartości, czy raczej czeka go zapadnięcie się w czarną dziurę bankructwa. W pewnym momencie, niczym przez grubą warstwę waty, przebiło się jedno hasło: „wpływ nerek na funkcjonowanie całego organizmu”. Brzmiało to poważnie, ale zanim zdążył zapisać choćby słowo, profesor przeszedł do wykresów, które wyglądały jak mapa nieznanej galaktyki. Potem był już tylko dźwięk przesuwanych krzeseł i pakowanych toreb – sygnał, że ta męczarnia dobiegła końca.
Powrót do domu był podróżą w trybie autopilota, i chociaż chłód wieczornego powietrza na chwilę go otrzeźwił, jechał jakby był w jakimś transie. Czuł ten specyficzny rodzaj zmęczenia, który sprawia, że nawet szum własnych myśli wydaje się zbyt głośny.
Kiedy w końcu przekręcił klucz w zamku, jego jedynym marzeniem była cisza. Rzucił torbę gdzieś w kąt, nie dbając o to, czy coś się w niej pogniecie. W ogromnym domu, gdzie czuł się niemal jak ktoś obcy, panował kojący spokój. Kuchnia kusiła herbatą, a kanapa obiecywała natychmiastowe zapomnienie o nerkach, profesorze i całym uniwersytecie. Natychmiast sprawdził telefon, ale nie po to, by o nich doczytać, lecz zobaczyć, jak zamknęła się sesja na Wall Street. Dla kogoś, kto operuje na styku fizyki teoretycznej i wielkich pieniędzy, biologia nerek faktycznie wydaje się... nijaka. Przecież nerka to tylko biochemiczna maszyna, a giełda to żywy organizm sterowany psychologią i czystą matematyką.
Wszedł do salonu, wciąż mając w głowie wykresy giełdowe, a tam siedziała już jego mama, kobieta sukcesu, która zbudowała fortunę na klinikach i widzi w nim swojego następcę. Przywołał na twarz ten specyficzny wyraz „ambitnego studenta medycyny”, który właśnie wrócił z bitwy o wiedzę. Musi uważać, żeby entuzjazm nie brzmiał zbyt sztucznie, bo jego rodzicielka natychmiast wyczuje fałsz szybciej niż on infekcję u pacjenta, tak samo jak wyczuła to, że ojciec miał romans.
Cześć, mamo. Świetny wykład o nerkach dzisiaj mieliśmy... Fascynujące, jak ten organ trzyma w ryzach całą filtrację naszego ciała – rzucił, licząc na to, że to wystarczy, by nie drążyła szczegółów. - A tobie jak minął dzisiaj dzień? - zapytał od niechcenia, by zmienić szybko temat od swojej osoby.

Cordelia LeBlanc
55 y/o
For good luck!
168 cm
Dyrektor szpitala | Zastępca burmistrza Mount Sinai Hospital, Toronto City Hall
Awatar użytkownika
„Granice istnieją tylko do momentu, w którym ktoś decyduje się je przesunąć.”
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOn, jego
typ narracji1 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

002. Reality is relative – especially when you’re faking a passion for medicine | Outfit
Od samego początku ten dzień nie układał się tak, jak powinien. Najpierw obudził mnie ból w plecach, który był tak silny, że już później nie pozwolił mi ponownie zasnąć. Leżałam więc przez jakiś czas bez celu i dopiero po chwili przypomniało mi się, że w szafce nocnej miałam przecież tabletki przeciwbólowe. Potem przeszył mnie jakiś dziwny dreszcz i w kościach czułam, że ktoś gdzieś zawiódł. Moje przeczucie potwierdziło się szybciej niż się spodziewałam. Wystarczył ton pierwszej wiadomości od asystentki, zbyt ostrożny dobór słów i ta irytująca próba złagodzenia problemu, zanim jeszcze zdążył wybrzmieć.
Okazało się, że jeden z ordynatorów na oddziale kardiologii uznał, że pozwolić sobie na własną interpretację moich poleceń. W rezultacie przyczyniło się to do tego, że nowy program został wprowadzony z opóźnieniem. Byłam wściekła, ponieważ nienawidzę tego, gdy ludzie mylą kompetencje z autonomią. To natomiast występuje zaskakująco często.
Już w drodze do szpitala wiedziałam, że nie będzie to dzień na uprzejmości. Mount Sinai jak zawsze pachniał sterylnością i kawą. Lubiłam ten zapach, ponieważ kojarzył mi się z porządkiem. Gabinet ordynatora był duszny od jego nerwów, chociaż starał się on tego nie okazywać. Słuchałam jego wyjaśnień w ciszy. Stałam przy oknie z dłoniami splecionymi za plecami. Im dłużej on mówił, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że ludzie nie boją się konsekwencji, dopóki nie zobaczą ich we własnym życiu.
Opowiadał o komplikacjach, konieczności indywidualnego podejścia oraz o odpowiedzialności za pacjentów. Przyznaję, że były to piękne i bardzo szlachetne słowa, ale zupełnie bezużyteczne. Powiedziałam mu spokojnie, że jeśli jeszcze raz pomyli własne ambicje z polityką tej placówki, to będzie miał dużo czasu na refleksję poza jej murami. Podczas trwania tej rozmowy nie podniosłam głosu ani razu. W zasadzie to nigdy nie musiałam tego robić, ponieważ ludzi najbardziej przeraża cisza.
Ratusz przywitał mnie kolejną porcją niekompetencji. Projekt, który miał zostać zatwierdzony tydzień temu, nadal stał w miejscu, ponieważ dwóch radnych nagle odkryło w sobie moralny kręgosłup i postanowiło komplikować sprawy. Nie cierpiałam takich ludzi. Wybierali oni uczciwość wyłącznie wtedy, gdy była dla nich wygodna i dobrze wyglądała publicznie. Doskonale wiedziałam, że hipokryzja zawsze pachniała tanimi perfumami i strachem. Przez to, że nie mogłam urwać się ze szpitala, spotkanie odbyło się w Mount Sinai.
Ich wizyta trwała absurdalnie długo, a każda minuta była dla mnie stratą czasu. Wypowiadane przez nich zdania utwierdzały mnie w przekonaniu, że większość ludzi powinna mieć znacznie mniej prawa do decydowania o czymkolwiek. Ostatecznie wyszłam stamtąd jeszcze bardziej zdenerwowana niż byłam przedtem.
Wracając do rezydencji obserwowałam miasto zza przyciemnionej szyby samochodu. Uwielbiałam widok miasta wieczorem, a zwłaszcza ludzi spieszących się do swoich wysokich rachunków i nieudanych małżeństw. Ta świadomość zawsze poprawiała mi nastrój.
W domu panowała przyjemna cisza. Zostawiłam płaszcz, odłożyłam torebkę i nalałam sobie kieliszek wina. Stałam przez chwilę przy oknie w salonie i obserwowałam ogród pogrążony w wieczornym półmroku. Po jakimś czasie usłyszałam kroki syna. Odwróciłam się powoli w jego stronę i zaczęłam uważnie obserwować. Nie spodobało mi się to jak szybko podjął temat. Wyczułam, że coś kręci. Upiłam niewielki łyk wina, nie odrywając przy tym od niego wzroku.
- Fascynujące - powtórzyłam po nim spokojnie. - Zwłaszcza, że zwykle nie wracasz do domu z nagłą potrzebą dzielenia się anatomią układu moczowego. - Odstawiłam kieliszek na blat z cichym stuknięciem. Potem padło pytanie jak minął mój dzień. Podeszłam bliżej poprawiając swoje ubranie. - Mój dzień był męczący oraz pełen ludzi, którzy przeceniają własne znaczenie i nie dostrzegają konsekwencji swoich decyzji. Ale nie sądzę, żeby to naprawdę cię interesowało.
Zatrzymałam się tuż przed nim. - Bardziej interesuje mnie, dlaczego próbujesz właśnie teraz odwrócić moją uwagę. - Mój głos pozostawał łagodny i niemal ciepły, co zwykle działało skuteczniej niż chłód. - Więc spróbujmy jeszcze raz. Bez nerek, filtracji i uprzejmych uników. - Spojrzałam mu prosto w oczy. - Co się wydarzyło?

Reeve LeBlanc
Monsieur Morrible
Nie lubię nadmiernego poganiania o posty :)
22 y/o
For good luck!
173 cm
studiuje medycynę potajemnie inwestując na giełdach
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Atmosfera zgęstniała, a cisza, która jeszcze przed chwilą była kojąca, teraz stała się narzędziem nacisku. Reeve drgnął niemal niedostrzegalnie, ale nie spuścił wzroku – zbyt dobrze znał ten ton. Wiedział, że „łagodność” w wydaniu rodzicielki to jedynie aksamitna rękawiczka na stalowej dłoni. Przez moment w pomieszczeniu słychać było tylko miarowe tykanie zegara w salonie. Chłopak przełknął ślinę, a jego pewność siebie, którą próbował budować naukowymi terminami, zaczęła pękać. Zrobił pół kroku w tył, jakby potrzebował więcej przestrzeni do oddechu. Patrzył na matkę, nie zmieniając wyrazu twarzy, pozwalając, by cisza pracowała na jego korzyść. Wahał się przez krótką chwilę między prawdą a kolejną warstwą kłamstwa i wybrał to drugie.
Mamo, naprawdę... – zaczął dość niepewnym głosem. - Po prostu pomyślałem, że ostatnio mijamy się w drzwiach. Ty w pracy, ja przy książkach. Chciałem być miły, pogadać o czymś konkretnym, zanim znowu znikniesz w swoich sprawach. I mylisz się – rzucił cicho, a to nie brzmiało już jak kolejna zasłona dymna. – Interesuje mnie twój dzień. Bardziej niż myślisz. - Przez chwilę patrzył na matkę tak, jakby próbował przeliczyć coś w głowie, analizując parametry swojego zmęczenia niczym inżynier badający wytrzymałość materiału pod zbyt dużym naciskiem. – Wiem, jakich ludzi masz na myśli – kontynuował, a w jego głosie pojawiła się niespodziewana twardość. – Ty zawsze musisz po nich sprzątać, mamo. Naprawiać to, co oni psują swoją bezmyślnością. I to właśnie o to chodzi... o te konsekwencje, których oni nie widzą, a o których ty zawsze mówisz.
Wbił wzrok w podłogę, a potem powoli podniósł go na nią. Ta nagła łagodność w jej głosie była gorsza niż wcześniejsza spokojność. Przez chwilę wyglądał nie jak nastolatek, który coś przeskrobał, ale jak ktoś, kto niesie ciężar, na który nie ma jeszcze atestu wytrzymałości.
Dlaczego mi nie wierzysz? – zapytał nagle, a w jego głosie nie było już ani śladu wcześniejszej gry pozorów. – Dlaczego w tym domu każde „cześć”, każde pytanie o dzień i każda próba rozmowy musi być od razu podszyta śledztwem?
Zrobił krok w tył, jakby jej spojrzenie zaczęło parzyć. Nie rozumiał dlaczego żyjąc obok siebie, niemal ze sobą nie rozmawiają, ukrywają swoje sprawy, zamiast na spokojnie o nich pogadać, starać się znaleźć jakieś rozwiązanie wspólne. Mieszkali pod jednym dachem, a żyli niemal jak zupełnie obcy sobie ludzie.
Czy w twoim świecie naprawdę nie ma już miejsca na to, że syn po prostu mógł zatęsknić za normalną rozmową z matką, która nie traktuje go jak kolejnego pionka, którego może rozstawiać na swojej planszy wedle uznania? Od razu założyłaś, że coś się wydarzyło, że muszę mieć interes, że coś kręcę, że to kolejna warstwa manipulacji. Jakbyś non stop analizowała wszystko politycznie, zamiast po prostu... słuchać. - Przerwał na chwilę, czując jak jego ciało się spina, bo być może kręcił na swoją szyję niewidzialną pętlę. – Może ten twój „męczący dzień” i ludzie, którzy „przeceniają własne znaczenie”, tak bardzo weszli ci w krew, że przestałaś dostrzegać różnicę między polityką, a kliniką – dodał ciszej, uderzył celniej niż zamierzał. – Dlaczego od razu musiało się coś wydarzyć? Czy to naprawdę takie nieprawdopodobne, że po prostu chciałem być miły?
Cordelia LeBlanc
ODPOWIEDZ

Wróć do „#12”