18 y/o
For good luck!
168 cm
licealista w Riverdale Collegiate Institute
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zmiana w mimice twarzy Liana i podłapanie tematu z uśmiechem wystarczyły, by fala ulgi przykryła także i Daniela, do ostatniego momentu niepewnego czy wydukany przekaz był zrozumiały. Każda spędzona w towarzystwie mężczyzny chwila wydawała mu się wyrwaniem nielegalnie czegoś, co nie powinno należeć do niego - działającą na jego korzyść pomyłką na kartach losu - stąd nie czuł się uprawniony do żadnych oczekiwań. A jednak raz po raz Mei dawał radę jednym słowem czy gestem wybić się wysoko ponad wszystko, czego Daniel spodziewałby się w relacjach międzyludzkich. Obchodził się z nim cierpliwie, ostrożnie i zdawał się go rozumieć, bez drwin, wytykania mu nerwów ani traktowania jak niedojrzałego dzieciaka tylko przez brak doświadczenia. Obawiał się, że go zniechęci, a wycofanie się o krok wyczerpie jego cierpliwość, a jednak otrzymał w zamian najpiękniejszy uśmiech jaki widział w życiu i bez przemyślenia dźgnął go palcem wskazującym w dołeczek jakby musiał upewnić się, że ten jest prawdziwy. Przez to z opóźnieniem dotarło do niego o czym tak właściwie teraz rozmawiali, a jego już i tak przyspieszone serce znalazło się na granicy palpitacji.
- Och... umm - skomentował elokwentnie, wcześniej mając na myśli samo całowanie, przez co przepędzenie jego nieco zbyt barwnej wyobraźni o krok dalej wywołało zwarcie. Jeśli samo siedzenie na kolanach Liana i poznanie smaku jego ust wydawało mu się nierealne, co dopiero bliżej nieokreślone więcej. - Milo mi zakazał na pierwszej randce, a-ale mogę chcieć... kie-kiedyś - potwierdził, z nieco zbyt zamglonym umysłem by poprawnie wyfiltrować co powinien, a czego nie powinien mówić na głos. Zapewnienie zawierające magiczne zawsze brzmiało obiecująco i było to więcej niż Daniel byłby w stanie poprosić. Nie miał pojęcia jak to działało, na ile ludzie robili takie rzeczy i później rozchodzili się w swoje strony, a na ile faktycznie miało to coś oznaczać. Dla niego znaczyło, zostawała mu tylko nadzieja, że nie był w tym sam. Łagodnie przechylił głowę w stronę dłoni na swoim policzku i uniósł pytająco brwi, gdy mężczyzna przerwał w połowie zdania, a dopiero wraz z nim zdał sobie sprawę z faktu spontanicznego zmienienia mu fryzury. Posłał mu nieco speszony, przepraszający uśmiech kiedy skończył łączyć kropki.
- Co to znaczy? Wcześniej nazwałeś mnie inaczej - zauważył, śledząc wzrokiem jak ten poszukuje we włosach gumki i korzystając z tej szansy na oglądanie jak czarne, luźne kosmyki okalają jego twarz i szyję. - I parę minut... od czego? - mruknął, nie do końca rozumiejąc o czym ten tak właściwie mówił. Nie oczekiwał od niego powstrzymywania się przed czymkolwiek, jednak wlał tę kwestię rozjaśnić w razie jakby umknęło mu drugie dno.
Pomimo wcześniejszej chęci usunięcia się z potencjalnie zakazanego miejsca, zapatrzył się na niego dostatecznie by chwilowo o tym zapomnieć. Nie miał pojęcia, że proces wiązania włosów jest w stanie zaprzeć dech w piersiach. Najnowsza ksywka, tym razem w języku, który rozumiał, dała radę wyciągnąć z niego ten sam niewinny uśmiech, jaki przybierał kiedy rodzice pytali go czy ten dziwny zapach w domu nie dochodzi czasem z jego piwnicy.
- Ja? Przecież nic nie robię - wytknął, wyrównując oprawki na nosie i w międzyczasie przegrywając nierówną walkę z szerszym uśmiechem rozciągającym jego usta na sugestię jakoby miał w jakikolwiek sposób wpływać na jego prezencję. Przy okazji zwrócił też uwagę na czarne, połyskujące kółeczka, zwykle daleko poza jego zasięgiem. Ostrożnie odgarnął luźniejsze kosmyki za ucho by mieć lepszy widok i musnął kciukiem jeden z kolczyków z nieskrywanym urzeczeniem, zastanawiając się po cichu jakim cudem Lian cały czas stawał się coraz bardziej atrakcyjny. Nie do końca pewny na ile przebita skóra bolała po zagojeniu, niedługo później zabrał rękę i korzystając z faktu, że Lian skończył wiązać włosy, przesunął obie dłonie w dół jego rękawów by przepleść palce między jego. Miał wrażenie, że spaceruje gdzieś wysoko nad ziemią i nie chciał schodzić na dół. Lub w tym wypadku - z kolan Liana.
- Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek będziesz chciał... Myślałem, że to głównie z mojej strony - przyznał enigmatycznie, bez konkretów, za to z nadzieją, że to także zostanie zrozumiane bez potrzeby dalszego potykania się o słowa. Był oszołomiony, prawie że pijany nowymi doświadczeniami, a wypowiedzenie tego na głos by trochę ułożyć sobie sytuację zdawało się najlepszym co mógł aktualnie zrobić.

Lian Mei
24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Lian nie mógł o tym jeszcze wiedzieć, ale w niedługim czasie, zaraz po powrocie do domu, miał spędzić dłuższą chwilę nad poszukiwaniem powodu osobliwego bólu w szczęce i policzkach.
Potrafił oczywiście uśmiechać się na zawołanie, w bezruchu cierpliwie czekać, aż kamera weźmie co zechce, aż znaczenie gestu rozmyło się niemal całkiem. Od kilku lat ilekroć ktoś prosił go by zarzucił zwyczaj i spróbował wyglądać przynajmniej trochę weselej niż dusza pokutująca za wyjątkowo paskudne przewinienia, pierwszą emocją jaka się w nim budziła było rozdrażnienie.
Daniel, z drugiej ręki, nie próbował zmuszać go do tego idiotycznego wysiłku dla samej zasady. Nie prosił, nie boczył się kiedy Mei zbyt długo pozostawał oporny na najlichszy przejaw ekspresji, a sam Lian nie odczuwał presji zwykle towarzyszącej mu w takich sytuacjach. Przeciwnie - Moore stał się powodem dla którego wąskie wargi krzywiły się mimowolnie, dołeczki pojawiały się w policzkach, a oczy też zdawały się zyskiwać jakąś większą przejrzystość. Nie starał się niczego na nim wymusić, po prostu trafiał za każdym razem w miejsca, co do których Lian był niemal pewien, że są od dawna jałowe i wskazywał na nowe, zielone pędy.
Dźgnięcie w dołeczek doczekało się znaczącego umarszczenia brwi, mimo to Lian nie skarcił go w żaden sposób. Tak jak już wcześniej skonstatował, o zgrozo, niewiele było rzeczy, na które by mu nie pozwolił.
Milo? Ale że zakazał czego? 一 Nie miał pojęcia skąd nagle w rozmowie pojawił się Rivera, ale bardzo powoli Mei zaczynał łączyć fakty i kojarzyć kontekst. Zmarszczka między jego brwiami rozprostowała się, oczy zaokrągliły na krótko w nagłym zrozumieniu i z westchnieniem na pograniczu rozbawienia i zażenowania odchylił głowę w tył, wciąż uczepiony bioder Daniela palcami. 一 To jest... zaskakująco dobra rada jak na gościa, który całe życie spędził w celibacie. Szczerze mówiąc zastanawiałem się nawet czy on cokolwiek z Dylanem...? 一 zawiesił znacząco głos, spojrzeniem wracając do Daniela ogrzewającego mu kolana. Jeszcze nie zdecydował, czy za taką nieufność powinien odciąć Riverę od dostaw kwaśnych żelków jakie zwoził mu czasami z Japonii czy zignorować. 一 I to ten sam Milo, który zabrał cię na studencką imprezę, zostawił na pastwę losu i puścił na noc pod mój dach bez tej złotej rady? Nagle przypomniało mu się z okazji randki w oceanarium? Serio?
Znów obrócił głową, w pewnym momencie nawet odchylił ją tak, by móc przez kilkanaście sekund wpatrywać się w ciemny sufit, na którym rozpląsały się refleksy odbijające się od tafli pustego akwarium.

W ramach sprostowania 一 ocknął się nagle, ponownie skupiając tak spojrzenie jak i uwagę na Danielu, zaraz po tym jak związał włosy gumką. 一 Nie miałem żadnych aż tak daleko idących intencji 一 skłamał częściowo bez mrugnięcia powieką. W ciągu ostatniego kwadransa aż nazbyt intensywnie wyobrażał sobie co mógłby znaleźć gdyby podwinął mu ten ciężki sweter, jakie tajemnice opowiedziałyby mu jego uda, jeżeli zbliżyłby się dość aby ich posłuchać. Z drugiej strony nie planował wcielać tych wyobrażeń w życie ani dzisiaj ani w najbliższym czasie. Miał nieco inne priorytety.
Bǎo bèi? 一 Okrągłe słowa układały się na języku tak miło jak ich wydźwięk, a widząc jak niecierpliwie Daniel oczekuje klaryfikacji z jego strony, Lian celowo nie spieszył się z wyjaśnieniem. Mamrocząc pod nosem coś o niedokładnych interpretacjach oraz dosłowności wytracającej pierwotne znaczenie odwlekał złośliwie byle uzyskać satysfakcjonującą reakcję. 一 W dużej mierze zależy od kontekstu, wymowa też bywa problematyczna. Na przykład gdyby przenieść akcent na bào bèi uzyskałbyś zwrot oznaczający rejestrację w urzędzie, a nie o to nam chodzi, prawda?
Przekrzywił głowę na bok widząc, że Daniel zainteresował się jego uchem; delikatny dotyk palców badających brzeg uzbrojony w kolczyki łaskotał, mimo to nie był nieprzyjemny.

Ale bǎo bèi to już zupełnie co innego. Nawet brzmi inaczej.
Przyjął jego palce między swoje gdy Moore sam odszukał jego dłonie, a efekty zachęt i cierpliwości zaczynały owocować większą pewnością siebie. Znał go od kilku miesięcy, chociaż i po kilku godzinach dało się stwierdzić co oczywiste: Daniel był najbardziej nieśmiałą osobą w towarzystwie, z czasem Lian zaczął również dostrzegać, że powód nie był tak jednoznaczny jak mogłoby się wydawać. Owszem, musiał mieć to po prostu w swojej naturze i Mei nie zamierzał z tym polemizować uznając to zresztą za pasujące i jako coś, co było nieodzownym elementem Moore'a z jakim należało go przyjąć. Podejrzewał jednak, że środowisko mogło przyłożyć rękę do jego katastrofalnie niskiej samooceny, nie wiedział tylko jeszcze w jak dużym stopniu.
W końcu podjął jakąś decyzję, a pomimo że dołeczki chwilę temu zniknęły z jego policzków ustępując miejsca bardzo lakonicznemu uśmiechowi, nie wydawał się w żaden sposób przygnębiony. Dźwignął Daniela uważając, by ten nie zjechał mu z kolan z rozpędu i choć wyjątkowo ociągał się z odstawieniem go na nogi, w końcu obydwaj opuścili ławkę choć Lian nie wykonał ani kroku w stronę zamkniętych drzwi.

Podsumowując twoje ostatnie dwa pytania 一 kontynuował patrząc na niego z góry, a na widok podwiniętego pod spód kołnierzyka płaszcza pedantycznie odgiął mu go schludnie z powrotem na właściwe miejsce. 一 Nie sądzę żebym był w stanie utrzymać ręce przy sobie dłużej niż parę minut, ale jeżeli bardzo tego chcesz, możemy spróbować iść na rekord. Co do bǎo bèi myślę, że chyba najlepiej przełożyć to na coś bardzo bliskiego sercu. Coś drogiego. Rozumiesz?
Samo wyobrażenie użycia tego zwrotu kiedykolwiek wywoływało w nim jakąś niedookreśloną tęsknotę, może nawet przedwczesny żal, bo szczerze wątpił aby miał zyskać do tego okazję. W gruncie rzeczy bardziej niż braku możliwości zwrócenia się do kogoś tym konkretnym terminem uwierało go to, co ów brak oznaczał; to, że być może miał nigdy nie poznać osoby, która mogłaby stać się dla niego czymś tak bliskim, że aż nierozerwalnie związanym.
Nie wspomniał mu o tym w swoim krótkim wywodzie o samej semantyce i wymowie czując, że skoro on sam do tego doszedł, Daniel zrobi to samo we właściwym czasie.

Jeżeli chcesz możemy porozmawiać o tym jak bardzo przestrzeliłeś w tej wizji o jednostronności przy czymś słodkim. Mamy tę kawiarnię po drodze, zróbmy przystanek a ja postawię ci co tylko zechcesz, zgoda?


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
18 y/o
For good luck!
168 cm
licealista w Riverdale Collegiate Institute
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Potrzeba wyklarowania wytycznych uzyskanych od przysposobionego starszego brata spotkała się z wypuszczeniem zbolałego dźwięku sugerującego, że ta rozmowa nie do końca mu leżała. Zwłaszcza, że potrzeba dopytania sugerowała łagodne rozminięcie się w znaczeniu wcześniejszych tajemniczych komunikatów.
- No... wiesz... - mruknął opuszczając wzrok na fascynujące guziki lianowej koszuli, fizycznie niezdolny do podania większej ilości szczegółów bez spłonięcia jak zamoczona w benzynie zapałka. Już żałował, że nie ugryzł się w język kiedy jeszcze miał na to okazję. - Umm... Nie pytałem. I chy-chyba nie chcę wiedzieć - rzucił od razu w chęci wybrnięcia z niewygodnego tematu, kiedy poczuł na sobie jego wzrok, kręcąc głową w niemalże panicznym podkreśleniu jak bardzo nie chciał myśleć o życiu intymnym Milo. Już starczyło, że ten czuł się w obowiązku by przeprowadzić z nim ten typ rozmowy jaki zainicjowali z nim rodzice, kiedy skończył piętnaście lat. Wtedy prawie się zabił, gdy po kilku mechanicznych zapewnieniach zbiegał po schodach do piwnicy w rekordowym tempie, a by skutecznie uciec przed SMS-em musiałby chyba wyrzucić telefon przez okno i urwać kontakt. Na wspomnienie o pamiętnej (pomijając te momenty, których nie pamiętał) imprezie, nieznacznie pochylił głowę z cisnącym się na usta, zmieszanym uśmiechem. - Akurat sam chciałem tam iść - przyznał w obronie osoby, dzięki której w ogóle znaleźli się w jednym pomieszczeniu po raz pierwszy. Kto wie, być może w innym wypadku do teraz widywaliby się tylko przez płot z Danielem uciekającym z powrotem do środka na każdy przypadkowo złapany kontakt wzrokowy. - I zapewniłem, że sobie poradzę - dodał, bynajmniej nie uważając by ten go w jakiś sposób porzucił. Sam wpakował się w tę sytuację i przypadkowo osiągnął więcej niż planował.
Następne słowa Liana dotarły do niego z krótkim opóźnieniem, uderzając jak rozpędzona ciężarówka w niefortunnie ustawione przy drodze drzewo. Praktycznie usłyszał w głowie pisk opon i wbił w mężczyznę przerażone spojrzenie na informację, że najwidoczniej zapędził się zdecydowanie za daleko ze swoimi założeniami. Otworzył usta i ponownie je zamknął, z rumieńcem odchodzącym od nieśmiałego różu i wchodzącym w głęboką czerwień czystego wstydu.
- J-ja nie... Uh... Zapomnij. Ni-nie było te-te-tematu - wycofał się na pełnym gazie, nagle zdecydowanie za bardzo wystawiony na widok. Chciał się schować, najlepiej za grubą ścianą, i przeczekać aż Mei łaskawie zapomni o jego barwnej nadinterpretacji i przyznaniu się do dotychczas chowanych na trzy spusty zachcianek. Temat językowy przyszedł mu zbawiennie, podobnie jak zachęta do wstania z miejsca, którą przyjął bardziej entuzjastycznie niż zrobiłby chwilę wcześniej. Ze zwiększonym dystansem czuł się nieco mniej zauważalny niż kiedy siedział mu przed twarzą, co aktualnie widział za zbawienne i po dwóch oddechach był w stanie nawet posłać mu niedowierzające, sfrustrowane spojrzenie na brak konkretnej odpowiedzi co do tłumaczenia.
- Nie dowiem się o co chodzi jak mi nie powiesz - wymamrotał tonem wchodzącym w naburmuszone narzekanie na machanie mu przed nosem wiedzą, którą chciał posiadać. Zwłaszcza, że odnosiła się ona bezpośrednio do niego i ciekawość niecierpliwie podgryzała go od środka. Zerknął w dół, gdy palce Liana wczepiły się w jego kołnierz i utrzymał tam wzrok nawet po tym, jak mężczyzna go puścił. Słuchał go, nawet bardzo uważnie, chociaż poza lekką zmarszczką ponad okularami nie zareagował na jego słowa przez dłuższą chwilę. Bliskość serca dała radę go zaskoczyć, łapiąc jego własne w ciasnym uścisku i zmuszając go do akceptacji, że być może, jak wskazywały na to wszystkie werbalne i niewerbalne sygnały na niebie i ziemi, miał do czynienia z osobą patrzącą na niego jakby faktycznie coś znaczył. Być może właśnie doczekał swojej własnej komedii romantycznej.
Zamiast odpowiedzi, objął palcami dłoń Liana i obszedł go naokoło, ciągnąc go za rękę aż ten stanął przodem do ławki, którą właśnie opuścili, po czym robiąc sobie z niego asekurację wdrapał się na nią by chociaż raz nad nim górować. Nie czuł się do końca stabilnie na własnych nogach, jednak miał dość pewności co do swojego bezpieczeństwa by bez zbędnych lęków pochylić się nad mężczyzną i przycisnąć krótki, ciepły pocałunek do jego policzka.
- Chyba rozumiem - przyznał, tym razem nie próbując powtarzać po nim uroczo brzmiącej ksywki by ponownie się nie zbłaźnić, nawet jeśli miał ochotę odpowiedzieć mu czymś podobnym. - I nie chcę. Znaczy... Nie musisz się powstrzymywać, tylko... hm, tak jakby, w granicach rozsądku? - zaproponował, posyłając mu nieśmiały uśmiech. Polubił jego dotyk, nie było nic czego chciał by w tym momencie bardziej niż ponowne pocałowanie go, jednak wśród ludzi wolał powstrzymać się przed wszystkim, co za bardzo skupiłoby na nich nieproszoną uwagę. Aż za dobrze znał niewygodne gryzienie w kark i chęć zapadnięcia się pod ziemię na zbyt wiele pogardliwych spojrzeń skupionych na nim na raz, wolał ich uniknąć.
Odwrócił się w stronę drzwi i łapiąc równowagę jak dziecko balansujące na krawężniku przeszedł do końca ławki, ciągnąc za sobą Mei'a. Zeskoczył na podłogę i porzucił dalsze ociąganie się na rzecz ostatecznego wyjścia z pomieszczenia. Niczym Alicja opuszczająca Krainę Czarów, potrzebował chwili by zorientować się w swoim otoczeniu. Zgadywał, że odmawiający współpracy trzylatek trzymający się za kolano i kręcący głową na błagania swoich rodziców był tym samym, który wcześniej dał radę gwałtownie przywrócić go do rzeczywistości.
- Coś słodkiego brzmi jak doskonały plan. Oczywiście, że zgoda, ale nie musisz. W sensie stawiać. Mogę... Już i tak kupowałeś bilety, mogę przejąć kawiarnię - zaoferował się w zamian, próbując odnaleźć się między drogą, którą przyszli, a która prowadziła do następnych salek. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że wszędzie naokoło znajdowały się strzałki. - Jestem praawie pewny, że to tędy - zauważył odkrywczo, wymuszając ton odkrywcy Ameryki i rozbawiony własnym roztrzepaniem ruszył w kierunku kawiarenki.

Lian Mei
24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Widział jak Daniel niemal zapadł się pod ziemię na jego oczach, pąsowiejąc i w kolejnych próbach okrężnych wyjaśnień zacinając się na słowach jak pokiereszowana płyta. W odpowiedzi uśmiechnął się nikle, z pewnym pobłażaniem i jasnym sygnałem, że swoje i tak wiedział, ale nie oceniał. Byłby skończonym hipokrytą gdyby wycelował w Moore'a jakąkolwiek krytyczną uwagą.
Może inaczej 一 podjął na sam koniec, uznając, że mógłby się podłożyć dla dobra ogółu i gwoli sprawiedliwości. 一 Intencji nie miałem, ale nie mogę powiedzieć, że o tym nie pomyślałem.
Gdyby tylko Daniel wiedział jak często i w jakich odsłonach oglądał go pod własnymi powiekami być może zmieniłby zdanie na jego temat, więc Mei wolał wychodzić z takimi rewelacjami ostrożnie, odsłaniać fragment i chować go z powrotem za kurtyną ciszy, a resztę pozostawić dla wyobraźni.
Z podobnego założenia - choć tym razem wyniku przekory - wyszła również jego mała wykładnia lingwistyczna, bo przecież Moore nie musiał dostać od razu wszystkiego pod nos, a Lian nie spieszył się ze zdaniem swojej osobistej recenzji. Okazało się nawet, że w jego odczuciu rozsądek wciąż jeszcze wiódł prym nad dążeniem do szczerości, mimo to wcale jej nie przekreślał; ot, najwyżej patynował, nadając czemuś ciężkiemu od znaczeń formę lżejszą, bardziej przezroczystą, choć o twardości hartowanego szkła. Znaczenie ukryte za pozornie bezpieczną warstwą brzmieniową - uroczo okrągłą i prosto sylabowaną - stawało się widoczne pod kloszem, który Daniel w każdym momencie mógł uchylić i go dotknąć by przekonać się, że Lian miał na myśli dokładnie to o czym mówił.
Moore był więc bliski jego sercu nie jednotorowo a wielokształtnie. Jak ktoś, kogo Lian nigdy nie spodziewał się zastać za metaforycznym progiem, ale wpuścił go do środka bez zawahania, mimo że zwykle tego nie robił, z pełną świadomością, że niektóre pokoje powinny pozostać zamknięte, a to co psuło przyjemne doświadczenie tak chcianej obecności należało tymczasowo zatrzasnąć w piwnicy.
Terapia zaczynała odnosić efekty, bo nauczył się, że wierność sobie nie była tożsama z zamknięciem się na świat. Nie cały, w każdym razie.
Patrzył uważnie na Daniela wspinającego się z powrotem na ławkę i z początku nie rozumiał co chciał tym osiągnąć. W akwarium nie pływało nic, co mogłoby okazać się warte zachodu, ale gest przypomniał mu w jakim celu spędzili więcej czasu na terenie zamkniętej wystawy niż w innych miejscach w jakich z każdej strony połyskiwały kolorowe łuski czy koralowce. Z jakiegoś powodu pocałunek jaki miękko wylądował na jego chłodnym policzku rozgrzał go raz jeszcze od środka tym ciepłem, które pozostało na dłużej.

W granicach rozsądku 一 powtórzył za nim zgodnie jak echo, nie do końca świadom gdzie wspomniane granice leżały. Asystując Danielowi przez cały spacer wzdłuż ławki podał mu obie ręce przed zeskokiem, nawet jeśli raz czy dwa widział z ogrodu jak śmigając przez osiedle wykonywał o wiele groźniejsze manewry. Za którymś miał nawet ochotę rzucić węża którym zraszał piwonie, wybiec przed dom i opieprzyć go za lekkomyślność zanim przypomniał sobie, że nie miał do tego prawa i wyszedłby na idiotę. 一 Jasne.
Specjalnie ociągając się i zostając w tyle pozwalał mu się ciągnąć za rękę w stronę reszty głośnego, tłumnego świata którego niechętnie stawał się ponownie częścią. Jego niechęć do wymuszonego rezonowania z otoczeniem wypłynęła na wierzch krzywizną ust na widok rodziców pochylających się nad hałaśliwym trzylatkiem, ale nie znalazła ujścia w komentarzu. Zamiast tego skorzystał z okazji i przymknął oczy na moment, Daniela chwycił za rękę mocniej i przez chwilę odliczał bezgłośnie od piętnastu do zera.
Ponowne zakorzenienie się w tu i teraz sprawiło, że przegapił propozycję, która dotarła do niego z tak wielkim opóźnieniem, że prawie na nią przystał.

Wykluczone 一 odmówił kategorycznie, lokując znów przytomne spojrzenie w Danielu starającym się rozpracować skomplikowany system strzałkowy. 一 Ja cię zaprosiłem, więc ten przywilej jest na mnie. Wyciągnij mnie gdzieś innego dnia, wtedy nie będę dyskutował.
Ta forma wydała mu się najbardziej właściwa, bo o ile nie widział powodu dla którego miałby umniejszyć mu w kwestii współdzielenia rachunku tak w tym wypadku zamierzał trzymać się konwencji.


Kawiarnia okazała się być małą wyspą pośród innych akwariów drobnicy wielobarwnych rybek, które można było obserwować siedząc przy niskich stolikach wyplatanych z trawy morskiej. Z przepierzeniami w postaci wybielonego rattanu zyskali własną enklawę ciszy, swoją niemal prywatną ławicę błazenków stacjonujących w ich okolicy i jedną elektroniczną kartę, więc Lian skorzystał z okazji i przysiadł się na krótką, pluszową sofę zaraz obok Daniela.

Jeżeli zobaczę w menu sushi przysięgam, że zwątpię w ludzkość.
Kolanem trącił go lekko żałując, że stolik nie był wyższy i nie zapewniał im prywatności pod blatem.



Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
18 y/o
For good luck!
168 cm
licealista w Riverdale Collegiate Institute
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po garści drobnych kryzysów, nabawieniu się stanu podgorączkowego i znalezieniu się o krok od stanu przedzawałowego, Daniel przyjmował świat w zmienionych barwach. Krótka, nieplanowana przerwa w zwiedzaniu przypominała bardziej gościnne wskoczenie do odmiennej rzeczywistości, z której wyszedł odmieniony na kilku różnych płaszczyznach. Byli w trakcie tego samego spotkania co wcześniej, poruszali się z tym samym połączeniem dłoni już naturalnie odnajdujących komfortowe ułożenie, a jednak wszystko zdawało się być dużo bardziej klarowne. W teorii przyswoił sens słowa randka po trzynastym przeczytaniu go na ekranie swojego telefonu, dla całkowitej pewności, że nie miał omamów wzrokowych, w praktyce różnica między tym, a każdym innym przyjacielskim wyjściem, była dla niego mętna. Nie znał zasad, mógł jedynie zgadywać jakie oczekiwania względem niego miał Lian, a chociaż media układały mu w głowie dość prostą formułkę, nie miał pojęcia jak zastosować ją w prawdziwym życiu. Przekroczenie pierwszej granicy, nie tak dawno temu przypominającej majaczący mu wysoko ponad głową mur, zaowocowało splotem palców i poznaniem ciasnego objęcia ramion Mei'a. Przekroczenie drugiej przypominało bardziej skok na bungee bez liny i raz a dobrze przestawiło pstryczek w głowie Daniela, wyostrzając jego rozumienie sytuacji jakby po latach noszenia zbyt słabych okularów w końcu otrzymał poprawne szkła.
Z niezachwianym uśmiechem na ustach i głową w chmurach wpatrywał się właśnie w ławicę pomarańczowych rybek krążącą przy koralowcach, całkowicie ignorując resztę otoczenia, dopóki głos i kolano Liana nie wyrwały go z równoległego wymiaru, do którego zawędrował. Odwrócił głowę by spojrzeć to na niego, to na kartę i z powrotem, z rozbawionym prychnięciem nadganiając za sensem usłyszanych słów.
- Dopiero teraz? - upewnił się i odwzajemnił lekkie stuknięcie w nogę. W czasie ich znajomości wyłapał u niego pewną niechęć do znacznej części społeczeństwa, a po dzisiejszej wycieczce mógł dodać do listy także dzieci. Nachylając się do jego przestrzeni osobistej nieco bardziej niż było to konieczne, zerknął na pozycje w menu. Pozwolił mu postawić na swoim w kwestii rachunku, przyjmując w miarę sensowną argumentację, nawet jeśli całkowita bierność niewygodnie leżała mu pod skórą. Przede wszystkim przez to zerkał na niego niepewnie podczas drogi do kawiarni, aż nie oswoił się z faktem, że Mei być może faktycznie chciał za niego płacić.
Otwierało to także nowe możliwości, bo wraz z podkreśleniem szansy na odpłacenie się w przyszłości. Moore w końcu dopuścił do siebie myśl, że nie było to ich jedyne wspólne wyjście czy spotkanie - kolejna rzecz, którą wcześniej przyswoił tylko w teorii. Nagle na głowę zwaliły mu się dziesiątki pomysłów na potencjalne randki i to właśnie sortowanie między nimi oderwało go od chwili obecnej aż do komentarza o sushi.
- Żadnych ciastek w kształcie ryb? Koralowych babeczek? Mają takie możliwości i ich nie wykorzystują - westchnął zawiedziony brakiem tematycznego menu. - Podobną zasadę powinni mieć w ZOO, wiesz, brownie w kształcie niedźwiadków, frytki à la żyrafy, zrobiliby furorę. Och! Chcesz skoczyć kiedyś do ZOO? Byłeś już w naszym? - dopytał, zerkając na mężczyznę z nowymi pokładami entuzjazmu. Mógłby zaprosić go do kina, restauracji, na spacer do parku, a to wszystko otwarcie i bez niezręcznych prób przedstawiania mu tego jako najbardziej swobodnego wyjścia między znajomymi. Usilne krycie się z uciekającym spod kontroli zauroczeniem nie było mu już potrzebne. Potrzebował czasu by w pełni się do tego przyzwyczaić, ale pierwsze kroki wydawały się przychodzić mu naturalnie jak oddychanie.
- O mój... Oo-kay, sernik słony karmel, tak, odwołuję wszystko, najlepsze menu, nie mam uwag - zadecydował z rozszerzonymi w zachwycie oczami przyklejonymi do niepozornego zdjęcia kawałka ciasta, najwidoczniej znaczącego dla Daniela więcej niż najpiękniejsze dzieło sztuki. - I zwykle biorę gorącą czekoladę, jak mają - dodał już spokojniej, prostując się z pochyłu, skoro nie potrzebował już więcej informacji z menu. Zakładał, że Lian znajdzie dla niego informację o dostępnych napojach podczas wybierania czegoś dla siebie.

Lian Mei
24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Stuknięcie jego kolana w odpowiedzi wywołało nieznaczne poruszenie - nie sensu stricte, po prostu Mei poczuł jak coś przeskakuje z miejsca na miejsce wywołując nowe wrażenie komfortu. To była głupota, ale uzyskanie reakcji po raz, cóż, nie wiedział który tego dnia, ale zwracał uwagę na większość, za każdym sprawiała, że wydawało mu się jakoby na chwilę stawał się mniej przezroczysty.
Aż tak widać?
Udało mu się utrzymać powagę zaledwie przez kilka sekund, zanim jego spojrzenie ociepliło się rozbawieniem. Kącik ust najpierw poderwał się ku górze by następnie zanurkować z powrotem w dół, jakby Lian nie był pewien czy oficjalnie temat nadawał się do żartu czy nie. W innym przypadku nie zrobiłoby mu to różnicy, możliwe, że zgrzytnąłby jakąś nieprzyjemną uwagą w odpowiedzi, ale Daniel nie był innym przypadkiem i Lian nie potrafił traktować go szorstko.

Mają chyba... hmm. Sałatkę z wodorostów 一 stwierdził po pobieżnych oględzinach oferty. Brak motywu rozczarował go wyłącznie z tego powodu, że Moore najwyraźniej liczył na inspirowane oceanarium menu, więc w efekcie obydwaj minęli się z oczekiwaniami nad stolikiem. 一 ZOO? Nie, w Toronto nigdy, więc chętnie o ile przejmiesz rolę przewodnika. 一 Jego niegasnąca sympatia do encyklopedycznego trybu w jaki Daniel wchodził ilekroć przypominało mu się coś na temat (lub całkowicie obok tematu, przy czym Lianowi nie robiło to żadnej różnicy) traciła powoli status sekretu. Resztę jego rozmyślań przejął nieoczekiwany entuzjazm nad sernikiem, przez co wybity z rytmu Mei spojrzał w kartę mrużąc oczy, próbując zrozumieć jak można było do tego stopnia ekscytować się ciastem. Przeoczył jakiś zabawny opis? Nie załapał się na hermetyczny żart?
Ale po którymś z kolei spojrzeniu w kierunku Daniela, wyłapaniu dziecięcego wręcz zachwytu od którego ciemne oczy krągliły mu się zauważalnie, a policzki szybko wyłapywały kolor (bo wedle obserwacji Liana wychodziło na to, że kiedy Daniel przeżywał coś wewnętrznie robił to całym sobą) zrozumiał, że to nie miało najmniejszego znaczenia. Nie dla niego, tak długo jak wolno mu było świadkować i uczestniczyć w wyjątkowości zupełnie powszedniej chwili przynajmniej z boku.

Spoiler
trigger warning
eating disorders
Miał mniej niż czternaście lat gdy zaczął przejawiać nieśmiałe przebłyski buntu.

W Los Angeles słońce z jakiegoś powodu dokuczało mu dotkliwie, mimo że nie dalej jak dwa, może trzy miesiące wcześniej wrócił z Barcelony. Nie wiedział co dokładnie sprawiało, że w jego grę i przewidziane przez agencję standardowe aktywności wynikające z grafika wkradała się irytacja. Wiedział natomiast, że doba zdawała mu się zbyt długa, a utrzymujące się od paru tygodni problemy ze snem stawały się coraz uciążliwsze. Czuł się również w dziwny sposób wystawiony na widok, tak, że nawet prosta przyjemność wygrzewania się w słońcu na tarasie hotelowego apartamentu przypominała bezlitosne smażenie się pod lampą fotograficzną.
一 Bierz melatoninę 一 radziła Serena, gdy wieczorami poza migdałem i szklanką wody dostawał jeszcze pastylkę. Na spodeczku o szerokim rancie wyglądała jak wyjątkowo mały Saturn z ogromnymi ceramicznymi pierścieniami i Lian nie potrafił przestać o tym myśleć.
Sen jednak nie przychodził, a chociaż początkowo winą obarczał głód pchający go w nocy prosto w stronę pojemnika z lodem, szybko doszedł do wniosku, że powód musiał być inny.

Do bankietu charytatywnego został mu jeden dzień, a chociaż sam nie uczestniczył bezpośrednio w przygotowaniach, chętnie oglądał z boku doskonale zorkiestrowaną pracę zespołów odpowiadających za estetyczne upięcia lekkich, muślinowych kotar i bukiecików w kolorze pogodnego błękitu, przysłuchiwał się przyciszonym głosom dyskutującym o rozmieszczeniu stolików na planie przestronnego parkietu, najchętniej natomiast przypatrywał się wózkom cateringowym upchniętym dyskretnie w kącie.
Naprawdę nie chciał o tym myśleć, ale jego wzrok uciekał co chwilę w kierunku ustawionych piramidkami francuskich makaroników, pulchnych ptysiów wypełnionych kremem i cienko krojonych plastrów tortów, a on łapał się co chwilę na mimowolnym gdybaniu: jak mogły smakować?
Starał nie plątać się pod nogami widząc, że nie powinien przeszkadzać, dlatego przewędrował na drugi koniec sali, byle dalej od wózka, byle poza zasięg zapachów przyprawiających jego pusty żołądek o spontaniczny skręt. Do sesji zdjęciowej mającej na celu zwieńczyć zgrabnym podsumowaniem przebieg całej imprezy zostało mu jeszcze kilka godzin, mimo to już kazano mu być gotowym, więc czekał.
Przez parę minut wgapiał się we florystkę, która porządkowała frezje w wiadrach według koloru, klnąc zapamiętale pod nosem bez dyskrecji, więc Lian słyszał ją wyraźnie i z chwilą na chwilę ciekawość brała górę.

一 ...idioci. Toż to wszystko weźmie padnie w tej duchocie do wieczora, a oni chcą na jutro? No kurwa, dramat...
一 Dramat 一 powtórzył za nią, gdy zbliżenie się o parę kroków nie przyniosło rezultatu i musiał zaskarbić sobie jej uwagę w jakiś inny sposób. Udało się - ruda florystka łypnęła na niego oceniającym spojrzeniem, prychnęła pod nosem i pokiwała głową.
Ucieszył się. Właśnie nawiązał kontakt.

一 I pewnie ty też zeschniesz w tej koszulinie do jutra, co nie, konwalijko?
Lian zmarszczył brwi; czy to było kierowane do niego?

一 Konwalijko?
一 No tak. Umiesz tylko powtarzać czy będzie coś więcej?
Zawahał się, zwłaszcza gdy jej spojrzenie raz jeszcze smagnęło go gdy rozglądała się za odżywką do kwiatów.

一 Umiem grać na instrumentach 一 pochwalił się, czując potrzebę zrehabilitowania swojej reputacji w jej oczach. 一 I potrafię przeklinać.
Tylko po cichu, kiedy nikt nie słyszał, właściwie bezdźwięcznie, ale nie bezmyślnie.
Ruda gwizdnęła z udawanym podziwem dla jego odwagi, w międzyczasie zaglądając pod skrawki błękitnych obierek materiału, który nie zakwalifikował się do przeobrażenia w falbankę. Przerwała jednak, wsparła przedramię o kolano i tym razem spojrzała mu prosto w oczy, już bez pośpiechu i z intensywnością jaka sprawiła, że przez chwilę Mei poczuł się jakby prześwietlała mu tym spojrzeniem duszę. Jego dłoń odruchowo wylądowała na piersi, tam, gdzie pod koszulą mógł wygnieść palcami podarowany przez babcię krążek.

一 Słuchaj, konwalijko 一 odezwała się wreszcie i palcem posukała plakietkę na własnej piersi; napis informował krótko: Diana W. Florystka, All in Bloom. 一 To jest moje imię. A ty jesteś konwalijka, boś wiotki jak łodyżka i głowa ci ciąży jak dzwoneczek. Dobrze się czujesz?
Jego mózg zaciął się mniej więcej w połowie, pomiędzy bardzo ładną, choć brutalnie prawdziwą metaforą trafiającą w samo sedno jego mizerności, a pytaniem jakiego nikt mu od dawna nie zadał. Nie pamiętał nawet kiedy ostatnio słyszał coś podobnego.
Nie znajdując dobrej odpowiedzi, Lian wzruszył tylko ramionami.
Diana westchnęła.

一 To ty będziesz grał dla tych wszystkich burżujów?
一 Kim jest... burżuj?
一 Zobaczysz jak przyjdą. 一 Diana wróciła do poszukiwań odżywki, tym razem na nogach i z większym zaangażowaniem niż gdy przesuwała to co znalazło się pod ręką z miejsca na miejsce. 一 Stare dziady i dorobkiewicze, co to nawet nie wiedzą ile aktualnie kosztuje paliwo na stacjach.
Lian mrugnął i czując się nie do końca na miejscu wcisnął obie dłonie do kieszeni spodni.

一 Ja chyba też nie wiem 一 przyznał nieśmiało, obawiając się, że też mógłby być burżujem o jakim mówiła pogardliwie Diana. 一 Czy to znaczy, że...?
一 Och nie, nie! 一 kobieta parsknęła śmiechem i pokręciła głową energicznie. 一 Ty nie musisz jeszcze wiedzieć, jesteś dzieciakiem. Dzieciaki... właśnie. Nie powinieneś czasem kleić się do wózka? Nie lubisz słodkiego?
Jak na zawołanie jego żołądek wydał z siebie agonalny dźwięk sprawiający, że zachowany z dziennej racji migdał zaczynał ciążyć mu w woreczku schowanym w kieszeni. To musiało wystarczyć za odpowiedź, bo florystka uśmiechnęła się do niego zachęcająco.

一 Mają tort czekoladowy.
一 Ale ja nie mogę 一 zaprotestował słabo, chcąc powiedzieć coś jeszcze lecz zabrakło mu przekonania. Mimo to zerknął w stronę najbliższego wózka, a na widok apetycznie zaprezentowanego na talerzu kawałka ciasta belgijskiego poczuł jak suchość w ustach zaczyna ustępować.
一 No co ty. Dorośli pracują, ty możesz sobie spróbować. No idź, bo w tym tempie to ja nie skończę do przyszłego tygodnia. Sio!
Puszczone w jego kierunku oczko było tym jednym impulsem jakiego potrzebował. Poczucie działania w konspiracji, tajemność misji jaka została mu powierzona przykryło wizje potencjalnych konsekwencji i Lian momentalnie odkleił się z miejsca w jakim sterczał przez ostatni kwadrans, bardzo uważnie rozglądając się dookoła.
Nikt nie patrzył. Może rzeczywiście nie byłby to znowu taki koniec świata, gdyby...?
Pierwszy kęs tortu smakował nijak. Pewnie dlatego, że Lian zamiast skupić się na cieście pospiesznie przełknął i z walącym mocno sercem oraz papierowym talerzykiem w dłoni czuł się jak złodziej. Dlatego schował się bardziej za wózkiem i pozwolił sobie na kolejny kęs już bardziej świadomie, a mocno czekoladowy krem smakował lepiej niż cokolwiek, co jadł w ostatnim czasie. Nie pozwalano mu na desery, miał ścisłą dietę.
Był mniej więcej w połowie drogi do zostawionej celowo dla wyostrzenia apetytu górnej części tortu kiedy czyjaś ręka zacisnęła mu się na ramieniu tak mocno, że aż zrobiło mu się słabo. Krew odpłynęła mu z twarzy i zapomniał na krótko jak się oddycha na widok Sereny patrzącej na niego tym znajomym spojrzeniem rozwścieczonego sępa.

Ostatnią godzinę przed sesją zdjęciową spędził na górze, w łazience apartamentu do którego agentka zaciągnęła go z taką siłą, że wydawało mu się jakby co raz fruwał nad ziemią przy mocniejszych szarpnięciach.
Ledwie osiągnęliśmy zerówkę, a ty chcesz przestać mieścić się w rozmiar!?
Myślisz, że jak cię rano zważą to nikt nie zauważy różnicy!?
Chcesz wszystko zrujnować na dzień przed!?

Serena wepchnęła mu palce do gardła i zmusiła, by wyrzygał cały ten tort pocąc się i płacząc, z bólu kurczącego się w konwulsjach żołądka, podrażnionego jej akrylowymi paznokciami gardła i ze wstydu, który przyszedł przy drugiej fali mdłości.
Następnego dnia zmieścił się w swoją zerówkę i zagrał koncert, na którym po raz pierwszy zasłabł gdy schodził ze sceny, zaraz obok informacji o wysokości wpłat na kwestę.
Zawiesił się nad menu dłużej niż zamierzał, a chociaż w rzeczywistości zdążył ledwie mrugnął kilka razy tak wydawało mu się, że we wspomnieniu spędził o wiele więcej czasu.
Suchość w ustach była nieprzyjemna i podgoniła go z wyborem, który pomimo odrętwienia i chwilowego poczucia odrealnienia padł dość szybko na americano oraz pierwszą sałatkę owocową jaką znalazł w karcie.
Dopiero pod koniec, kiedy pod hasłem „czekolada“ poza napojem jakiego życzył sobie Daniel wyskoczyło mu ciasto przekładane kremem, Lian poczuł jak robi mu się słabo, a poza suchością w ustach rozwinęła mu się jakaś gorycz.
Palcem poluzował sobie kołnierz pod szyją i odetchnął głębiej przez nos, poruszając jego skrzydełkami podczas wydechu.
Od kiedy jeździsz na desce? 一 Ulżył sobie pytaniem, chcąc ominąć nie do końca przepracowaną relację z jedzeniem. Zamówienie według obracającej się na ekranie klepsydry oczekiwało na realizację, więc równie dobrze mógł wykorzystać moment na podłapanie kilku nowych informacji. 一 Widziałem cię kilka dni temu przed domem, a później przypomniałem sobie jak wyrąbałeś czołem o framugę jak wychodziliśmy z imprezy. Jak to się łączy?


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
18 y/o
For good luck!
168 cm
licealista w Riverdale Collegiate Institute
Awatar użytkownika
singing Radiohead at the top of our lungs, with the boom box blaring as we're falling in love
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Część menu obejmująca pozycje obiadowe oraz wytrawne równie dobrze mogłaby dla niego nie istnieć. Uwiesił się propozycji czegoś słodkiego dostatecznie, by nawet nie rozważać jakiejkolwiek innej opcji, stąd samo wspomnienie o przystawce wydało mu się doskonałym żartem i posłał mężczyźnie rozbawiony uśmiech.
- Ciekawe czy zbierają je z akwariów podczas wymiany wystaw - podrzucił, zerkając znacząco na falujące, zielone liście zdobiące zbiornik, przy którym właśnie siedzieli. - Och... Znaczy chętnie, tylko też tam nigdy nie byłem - przyznał z lekkim zakłopotaniem przez fakt, że nie mógł spełnić podrzuconego przez Liana warunku. - Ale mogę spróbować - dodał od razu, podkolorowując ofertę uśmiechem. Oczywiście nie mógł obiecać mu zdolności odnajdywania się w terenie lepiej niż tutaj, jednak miał w zanadrzu trochę informacji na temat różnorakich stworzeń, nie tylko wodnych. Pomimo spędzenia w mieście większości życia i niewątpliwych chęci by zobaczyć na własne oczy te wszystkie zwierzęta, które oglądał w programach przyrodniczych, większość szkół w okolicy organizowała wycieczki do ZOO dla niższych klas niż ta, w której był, gdy formalnie zaczął edukację po raz drugi. Teoretycznie mógłby wybrać się tam z rodzicami jak wiele innych dzieci, jednak kilkugodzinny spacer po ścieżkach z uklepanej, pylącej ziemi wydawał im się zbyt dużym ryzykiem dla jego astmy. Czy była to tylko wymówka, czy naprawdę do tego stopnia bali się o jego bezpieczeństwo, nie zmieniało to faktu, że okazja przeminęła aż do czasu, gdy mógł wybrać się tam na własną rękę. I właśnie trafiły mu się na to idealne okoliczności.
- Ciepło ci? - dopytał mężczyznę, gdy podczas oczekiwań aż ten skończy składać zamówienie zwrócił uwagę na zachowanie sugerujące pewien dyskomfort. Sam w końcu zrzucił z siebie płaszcz, gdy rozsiadali się przy stoliku, i ten aktualnie zwisał przerzucony przez podłokietnik kanapy, oferując mu znacznie lepszy przewiew niż w trakcie zwiedzania. Nawet nie zwrócił uwagi na to jak bardzo było mu ciepło, wcześniej zbyt zaaferowany oglądaniem ryb, wygrzebywaniem faktów, o które nikt nie pytał, i dzieleniem przestrzeni osobistej z Lianem. Był gotowy odpowiedzieć na pytanie o deskorolkę praktycznie od razu, jednak pociągnięcie tematu dało radę wybić go z rytmu.
- Ja nie... Jaką framugę? - mruknął niepewnie, wyraźnie zażenowany wspomnieniem jego niezbyt trzeźwych przygód. Do teraz myślał, że zobaczenie go rano w łazience, kiedy klęczał nad muszlą, było najbardziej wstydliwym wydarzeniem związanym z ich pierwszym oficjalnym spotkaniem. - A-ale jeżdżę jakoś... Będzie osiem lat, chociaż... Okay, bo mam teorię. Wydaje mi się, że jeździłem już wcześniej. W sensie... przed wypadkiem - przyznał, wypowiadając końcówkę z lekkim zawieszeniem, jakby spodziewał się wyśmiania swojej bezpodstawnej hipotezy. - I no, nie pamiętam tego, oczywiście, ale kiedy się uczyłem to miałem już jakby... pamięć mięśniową? Nie wiem jak to opisać, ale nie było to całkowicie obce uczucie, chociaż sporo musiałem wyćwiczyć od zera, żeby się nie przewracać. I nawet jak mi nie szło to nie chciałem przerywać, bo to wydawało się tak znajome - podzielił się marszcząc czoło, nie do końca pewny czy cokolwiek co właśnie powiedział miało sens. - Wciąż się wydaje, a przynajmniej samo stanie na desce, reszty nauczyłem się już sam i lubię ćwiczyć nowe rzeczy, bo to głównie fizyka i... i nie sądziłem, że ktokolwiek to widzi - dodał po chwili, gdy dotarła do niego reszta kwestii poruszonych przez Mei'a. Oczywiście jeździł po ulicach na osiedlu i wiedział, że nie jest niewidzialny, jednak nie spodziewał się że ktokolwiek faktycznie zwracał na niego uwagę. - Próbowałeś kiedyś? - odbił pytanie, po części z ciekawości, po części z chęci odwrócenia skupienia od siebie po kilku nowych rewelacjach.

Lian Mei
24 y/o
Welkom in Canada
188 cm
Pianista | Student w York University
Awatar użytkownika
social battery at 1% and nobody brought a charger
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Mrugnął zaskoczony gdy Daniel oświadczył mu, że nigdy wcześniej nie był w tutejszym ZOO. Lian, naturalnie, również nigdy nie widział go od środka choć ilekroć przejeżdżał obok alternatywną trasą w drodze na terapię, jego spojrzenie wędrowało w stronę wysokiego muru chroniącego enklawę egzotycznej fauny pośrodku dusznego miasta.
Mam wrażenie, że nie ma takiej dziedziny w której nie miałbyś czegoś do powiedzenia. W pozytywnym sensie 一 dodał przyciszonym głosem, kiedy nawyk wyrobiony w trakcie obcowania z Danielem, czy to przez elektroniczne medium telefonu czy in vivo, kazał mu zaznaczyć, że nie była to uwaga godząca w delikatną poduszeczkę jego wrażliwości. 一 O hienach, na przykład, wiedziałeś aż za dużo.
Przypadkowa informacja wciąż kołatała mu się po głowie i jak przewidywał, miała zostać z nim na dłużej, niczym natrętnie odtwarzany w pamięci przebój zeszłego lata.
Z chwilowego tournée po wspomnieniu pociągniętym przez bodziec w postaci ciasta wyrwało go pytanie, którego przyczyny do końca nie zrozumiał, ale też nie musiał. To było jedno z tych, których w ciągu swojego życia otrzymał niewiele.
Po małym jet lagu w reakcji i z towarzyszącym mu zupełnie neutralnym wyrazem twarzy, Lian przysunął się sztywno - tym razem celowo, wiedząc że Moore odczyta ten gest z przymrużeniem oka - i przykleił się udem do jego uda, sugerując że jednak nie odmówiłby odrobinie ciepła.

Nie wygrasz z moimi niedoborami żelaza. Ale 一 zaakcentował by dać znać, że ewentualne próby nie były z góry skazane na porażkę i chciał podsunąć mu potencjalne wyjście. 一 Możesz próbować. Nie wiem czy zauważyłeś, ale przez ostatnią godzinę okradałem cię z temperatury i nie 一 przerwał raz jeszcze, bezczelnie patrząc mu prosto w oczy dla podkreślenia wagi tego wyznania. 一 Nie jest mi wstyd. Po kawie pewnie zrobię to znowu, grzejesz jak supernova.
Wsparł łokieć o oparcie kanapy, na dłoni złożył brodę i uśmiechnął się tryumfalnie; nie żartował mówiąc, że gdyby tylko mógł, mieliłby go w rękach bez przerwy. Pytanie o framugę skomentował pobłażliwym drgnięciem ust, jakimś chwilowym przejaśnieniem w spojrzeniu i dla ulżenia Danielowi w katuszach przypominania sobie owego felernego wieczora wziął to za wystarczający komentarz.
Mniej więcej w połowie, gdy z poniwierzchownego liźnięcia kwestii jazdy na deskorolce Moore wychylił się z przedstawieniem swojej teorii, Lian jedynie pochylił się głębiej i zmrużył oczy; był ciekaw.

Masz na myśli... w tym okresie, którego nie pamiętasz? 一 podłapał pospiesznie, wyprzedzając fakty. Był w stanie w to uwierzyć, znał możliwości pamięci mięśniowej i podejrzewał - choć bez pokrycia w argumentacji naukowej - że wyrastała z czegoś innego.
Pod koniec, kiedy Daniel przyznał z pewnym zawahaniem, że kontynuacja prób wydała mu się właściwa ze względu na niejasny sentyment, Lian przesunął dłoń na jego kolano i delikatnie poklepał je samymi palcami, ale szybko zaczął wykreślać na nim kciukiem spontaniczne wzory.

Widziałem. Kilka razy chciałem cię z niej ściągnąć i zapytać czy cię pojebało, jeździsz jak wariat, następnym razem może zaryzykuję.
Pomimo że Lian podczas swoich być może zbyt paranoicznych obserwacji zauważył, że Daniel zdawał się czuć na desce wystarczająco pewnie i stabilnie na gimnastykę jaką na niej uprawiał i prędkość, wciąż miał ochotę wyjść z siebie i stanąć obok ilekroć widział zza płotu jak ten wyjeżdżał z garażu prosto w miasto.

Ja? 一 Pytanie musiało go zaskoczyć, bo aż uniósł głowę z koszyczka swojej dłoni. 一 No co ty, za duże ryzyko kontuzji. Moje ręce są ubezpieczone na pół miliona dolarów, ale w razie trwałego urazu żadne pieniądze nie zagwarantowałyby mi powrotu do pełnej sprawności. W tej branży nawet głupie zwichnięcie bez faktycznego wpływu na grę obciąża reputację, człowiek staje się praktycznie... hmm. Bezwartościowy? 一 podsunął z pełną neutralnością wobec dość przykrej konsekwencji dla czegoś, co mogło w każdej chwili zdarzyć się zupełnym przypadkiem. 一 Ja nigdy nie jeździłem nawet na rowerze, nigdy nie grałem w żadną z tych gier z piłkami, a drzwi do samochodu zamykam łokciem 一 zakończył nieco pogodniejszym, humorystycznym akcentem, choć rzeczywiście w ten sposób obchodził się z potencjalnym ryzykiem w aucie.
Ich zamówienie przerwało serię „nigdy nie“ w jego wykonaniu, hojna porcja sernika przypadła Danielowi, on natomiast z dającym się zignorować, niezbyt dokuczliwym aczkolwiek wciąż obecnym ściskiem na dnie żołądka zaprzyjaźnił się ze swoimi owocami krojonymi w estetyczną kostkę. Pomylił jedynie filiżanki i zorientował się dopiero gdy smak czekolady zaskoczył go po pierwszym płytkim łyku.

Wybacz, to twój ulepek.
Dokonał małej roszady na stoliku, kątem oka zerkając w stronę widelczyka wbijanego gładko w puszysty sernik. Prowadził spojrzeniem kawałek wędrujący do ust, to, jak Moore potrafił cieszyć się w tak beztroski sposób z czegoś tak prostego.
Lian odkrył również, że pomimo głęboko zakorzenionej niechęci do słodkiego, przyglądanie się Danielowi kiedy ten jadł coś, co akurat mu smakowało, sprawiało mu trudną do wyjaśnienia przyjemność, która pozwalała wyprzeć negatywne skojarzenia.

Więc słony karmel to twoja słabość 一 stwierdził, jednocześnie skrupulatnie budując na widelcu zestaw pitaja-truskawka-borówka. 一 Co jeszcze lubisz tak poza tym?


Daniel Moore
default (dc: default_1010)
my standards are low but my delusions are high
ODPOWIEDZ

Wróć do „Ripley's Aquarium of Canada”