ODPOWIEDZ
30 y/o
For good luck!
183 cm
Bailiff; egzekutor długów. Pracuje w firmie The Collectors
Awatar użytkownika
You never know how strong you are, until being strong is your only choice.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

mama, come here
approach, appear
and daddy, i'm alone
‘cause this house don't feel like home


I.


Ludzie wcale nie byli tak skomplikowani, jak sugerowano. Pod maską grzeszników niosących na barkach ciężar kompleksów, zaburzeń i słabości kryło się jedno, to samo pragnienie bycia zrozumianym. Każda jednostka w społeczeństwie poszukiwała komfortu w nadziei, że czyjeś oczy będą w stanie odzwierciedlić te same odczucia. Wiara wkładana w znalezienie bratniej duszy podnosiła morale do pewnego stopnia, zapobiegając strachowi przejąć kontrolę nad zdrowym rozsądkiem. Ludzie potrzebowali wiedzieć, że gdzieś na świecie znajduje się osoba, która myśli, czuje, doświadcza w dokładnie taki sam sposób. Wówczas cięte rany na duszy, popękane w pół serce i ból przyprawiający ludzkie ciało o dreszcze powolnie zanikały, pozwalając na regenerację. Uzdrawianie było niesamowitym procesem, podczas którego człowiek wydobywał z siebie nowe prawdy, uświadamiał sobie, jak długą i krętą drogę przeszedł, aby znaleźć się w danym miejscu. Ambrose bardzo często wracał myślami do momentu, w którym odrzucił możliwość dzielenia swojego umysłu z kimkolwiek. Wyobrażenie drugiego człowieka mającego dostęp do intymnych wspomnień kompletnie zaburzało otoczkę prywatności i spokoju, którą zbudował na przestrzeni lat. Vaillant ściśle pielęgnował, aby jego emocjonalna część pozostawała zamknięta, niedostępna. Można powiedzieć, że mężczyzna bardzo dobrze wypełniał złożoną obietnicę, dotrzymując słowa samemu sobie sprzed dwudziestu lat. W wielu przypadkach Ambrose był w stanie zachować kontrolę, wycofać się bądź postawić nową granicę. Mężczyzna był bardzo dobrze zbudowany, swoją umięśnioną posturą wzbudzał lęk w towarzystwie, niestety na jego nieszczęście nie każda napotkana osoba była w stanie się podporządkować. Co gorsze, sam Vaillant nie potrafił przejść obojętnie obok kogoś, kogo aura krzyczała o miłosierdzie i litość.

Cassandra Layton była jedną z tych osób, które tworzyły wokół siebie bańkę informacji, podając na tacy swój nastrój, poziom zadowolenia bądź upojenia alkoholowego, jak to wyglądało w obecnym przypadku. Kobieta znajdowała się na skraju stromych klifów, pozwalając aby chłodny wiatr owiewał bladą skórę oblepioną w gęstych, ciemnych kosmykach włosów. Malutka piąstka zaciskała się na butelce whiskey, która ani nie była droga, ani pełna. Zapach marihuany unoszący się w powietrzu był na tyle mocny, że od samego przebywania w pobliżu można by poczuć się od razu inaczej. Na zegarku dochodziła godzina dwudziesta trzecia, co dodatkowo wprowadziło mężczyznę w zakłopotanie bowiem Ambrose ostatnie cztery lata swojego życia spędził na ciągłym upewnianiu się, że ta dziewucha pozostanie bezpieczna i doskonale wiedział, że późna pora zawsze zwiastowała kłopoty. Cassandra za każdym razem dawała rozpaczliwy, pełen agresji i wrzasków teatrzyk, wprawiając swoją widownię ― w większości przypadków byli nią mężczyźni, którzy powiedzieli coś, co nie przypadło jej do gustu bądź kobiety, które krzywo się na nią spojrzały ― w szał. Ta dziewczyna potrzebowała nieustannej rozrywki, nakazując normalnemu człowiekowi, aby dołączył i razem z nią odtworzył bardzo odważną choreografię, która w większości przypadków kończyła się uszczerbkiem na zdrowiu. Stąd również Ambrose wiedział, że dzisiejsza noc zapowiadała się na pełną wrażeń, ale w złego tego słowa znaczeniu. Kombinacja alkoholu i narkotyków z osobą Cassandry tworzyła tykającą bombę, która potrzebowała jedynie maleńkiej iskry, aby wybuchnąć ― a w tym przypadku iskrą miał być Ambrose.

Mężczyzna powolnie wysunął się z cienia, po raz pierwszy ujawniając swoją tożsamość. Vaillant zawsze trzymał się na odległość, zawsze reagował w ciszy, zawsze doradzał w milczeniu. W przeciągu czterech bardzo długich lat widział więcej, niż najbliższe osoby Cassandry. W jego pamięci tkwiły obrazy, które chciałby wyrzucić; pamiętał słowa, które chciałby zapomnieć; czuł emocje, które przypominały współczucie. Ambrose nieświadomie rozpoczynał konflikt umysłu z sercem, ponieważ nie potrafił zignorować głośnego błagania o pomoc, wiedząc że sam był przyczyną tak destrukcyjnego zachowania. Być może Cassandra Layton była złamana wcześniej, być może od małego miała złe pobudki, prowadzące ją w otchłań ciemności. Przeszłość dziewczyny stanowiła zagadkę, ale była również wielką częścią tego, dlaczego Ambrose wciąż dotrzymywał jej równego kroku od czterech lat. Niewiedza zamieniała się w niekończący się głód poznawania Cassandry, utrzymywania jej w bezpiecznym miejscu. Aczkolwiek było to bardzo trudne zadanie, ponieważ Layton należała do osób stwarzających problemy z niczego. Z nią zabawa trwała dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie było chwili, aby Ambrose mógł spokojnie odetchnąć z myślą, że dziś Cassandra zostanie w domu i włączy do bólu nudny film. Dlatego dzisiejszy wieczór zapowiadał się ciekawie, bowiem oprócz nich nie było ani jednej żywej duszy w pobliżu. Do tego wszystkiego dochodziły alkohol i narkotyki, stanie nad krawędzią i prawdopodobnie zbliżające się załamanie psychiczne. Sama sceneria przyprawiała o dreszcze, a w powietrzu unosiło się coś na wzór bardzo złego przeczucia.

― Nie wydaje mi się, żeby był to najlepszy pomysł ― powiedział w końcu.

To nie było ich pierwsze spotkanie, aczkolwiek Ambrose z pewnością nie miał zamiaru dopuścić, aby było ostatnim. Mężczyzna zawsze zwlekał do samego końca, cierpliwie czekając aż sytuacja samoistnie się rozwiąże. Niestety w obecnym przypadku koniecznością była interwencja, ponieważ Cassandra stwarzała zagrożenie dla samej siebie. Vaillant doskonale wiedział, że ta dziewucha byłaby w stanie skoczyć, aby zapewnić sobie chociaż trochę adrenaliny.





Cassandra Layton
Ostatnio zmieniony sob kwie 25, 2026 9:48 pm przez Ambrose Vaillant, łącznie zmieniany 2 razy.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
hawajska
26 y/o
For good luck!
161 cm
Krupierka oraz kasjerka kasynowa, dorabi Casino & Racetrack Woodbine/The Painted
Awatar użytkownika
I'm not clearing any rumours. I probably did do it, and if I didn't I might.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

You're holding me and holding back
I don't really care for that
Just you
There's a pause between every minute
Feelin' like I need something

It's just you



Księżyc tej nocy pozostał w cieniu, pozwalając innym wyjść ku światłu. Stała na krawędzi, lekko pochylona do przodu, ledwie dostrzegając wodę uderzającą o skały. Rozciągająca się przed nią przepaść zdawała się nie mieć końca, a to, co spoczywało na jej dnie, nawoływało ją z niepokojącą cierpliwością. Zamarła w bezruchu, uparcie patrząc w dół, oczekując znaku, który by ją powstrzymał. Nie przed skokiem, bo nie z takim zamiarem tu przyszła. Potrzebowała znaku zwiastującego zmianę, której desperacko potrzebowała.
Była gotowa powierzyć swoje życie losowi, poddać się sile wyższej, przed którą nie było ucieczki. Nie zamierzała dłużej walczyć z tym, co zostało zapisane w gwiazdach, skoro z góry była to przegrana walka. Przy składaniu życzeń ku świetlnym konstelacjom należało ostrożnie dobierać słowa. Uniosła głowę, czując przeraźliwy skurcz w brzuchu, któremu towarzyszył świdrujący pisk, ogłuszający ją z obu stron.
Kiedy się obejrzała, on już tam był. Choć nie odstępował jej na krok, dopiero teraz pozwolił się dostrzec. Ogarnęło ją dziwne uczucie, że ta chwila już kiedyś miała miejsce. Patrzyła na mężczyznę, ale jego twarz nie wydawała się obca, a obecność — nieproszona, nie niemile widziana. Spojrzała znowu przed siebie, w dół, ku przepaści, która po raz pierwszy odkąd tu stanęła wydała jej się złowieszcza. Odsunęła się, robiąc krok do tyłu, bliżej niego, a niepokój zelżał, ustępując miejsca nowej emocji, której nie potrafiła nazwać.
Uśmiechnęła się, słysząc jego słowa, i uniosła ręce do góry, dając znać, że nie zamierza tego zrobić.
Nie chciałam cię przestraszyć — odpowiedziała, sama zaskoczona łagodnością własnego głosu.
Brzmiała niemal przepraszająco, jakby wyczuła stres, który odczuwał na widok jej stojącej tak blisko kolejnego upadku. Kim był mężczyzna stojący przed nią? Nie bała się zrobić kolejnego kroku w jego stronę, aż znaleźli się w odległości wyciągniętej ręki. Poczuła drewniano-kadzidlany zapach — mocny, wyraźny, drapiący w nozdrza — perfumy skomponowane raczej po to, by odstraszać, niż zachęcać do zbliżenia. Wdarły się w jej przestrzeń, gasząc nuty piwonii, wanilii i gruszki osadzone na piżmowej bazie. Otaczała go wielobarwna aura, spektrum tańczących kolorów, których sama zdawała się dyrygentką.
Nie rozumiała tego, co się działo, i bardzo chciałaby zrzucić to na stan nietrzeźwości, ale od dawna jej umysł nie był tak klarowny, a myśli tak wyraźnie zapisane.
Jestem Cassandra — przedstawiła się, nieświadoma, że on już znał jej imię.
Nie wiedziała, kim był, ale nazwanie go obcym wydawało się niewłaściwe, bo wcale się nim nie wydawał. Zaśmiała się cicho, bardziej do siebie, rozbawiona myślą, że może właśnie był znakiem, którego oczekiwała. Nie wierzyła w przypadki. Uważała, że wszystko, co działo się w ich życiach, miało swój powód.
Usiadła na ziemi, ignorując chłód bijący od skał. Uniosła butelkę, żeby wziąć kolejny łyk, ale coś ją powstrzymało. Zakręciła ją i schowała do torby obok. Niedopalonego blanta, który już zdążył zgasnąć, wsunęła do paczki po papierosach. Nie była jeszcze gotowa opuścić tego miejsca, bo chyba właśnie tutaj zatrzymała się jej dusza cztery lata temu. Była tu tamtej feralnej nocy, popijając tę samą whisky, gotowa skoczyć, ale wtedy nie było nikogo, kto by ją powstrzymał. Decyzja, którą wtedy podjęła, wydawała się jedynym rozwiązaniem. Dziś jej obecność tutaj miała charakter wołania o pomoc. Czyżby została wysłuchana?
Jak w zegarku, jej życie znów obrało kurs ku autodestrukcji, a ona szła wydeptaną ścieżką prosto ku zniszczeniu. Wyjęła papierosa, potrzebując czymś zająć ręce. Trzęsła się z zimna, jak zwykle ubrała się za lekko, ale wcześniej jej to nie przeszkadzało. Straciła czucie. Piła, żeby wrócić do tego stanu otępienia, wiedząc, że zaraz zacznie szukać zwady, by znowu cokolwiek poczuć.
Nie od razu rozpoznała to uczucie, bo dawno go w sobie nie miała. Spokój. Taki prosty, zwyczajny, należący do tych, których nie dotknęła rozpacz. Był intruzem, wprosił się do środka tam, gdzie nie było dla niego miejsca. A jednak go przyjęła. Pozwoliła mu zostać, ale tylko na chwilę, tylko na tę noc. Rano będzie musiał się spakować i opuścić ją. Nie była gotowa, żeby rozgościł się w niej na dobre. Nie teraz. Nie wtedy, gdy wciąż nosiła w sobie tyle niewypowiedzianej złości.
Zamierzasz usiąść obok mnie i porozmawiać, czy po prostu nie chciałeś mieć mnie na sumieniu?

Ambrose Vaillant
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
30 y/o
For good luck!
183 cm
Bailiff; egzekutor długów. Pracuje w firmie The Collectors
Awatar użytkownika
You never know how strong you are, until being strong is your only choice.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

don't put the blame on me
don't ask my opinion, don't ask me to lie
then beg for forgiveness for making you cry

Można powiedzieć, że strach towarzyszył mężczyźnie od urodzenia. Wraz z wzięciem pierwszego oddechu nieznane osiedliło się w jego płucach, powodując reakcję łańcuchową ― dławiący płacz, sine wargi, fioletowe policzki, załzawione i spuchnięte oczy. Późniejsza nieobecność rodziców maskowana udziałem i nieudolną, lecz szczerą chęcią pomocy starszego brata w wychowywaniu malucha przekładała się oczywiście na odczucie pustki. W domu rodzinnym Vaillant nie brakowało miłych słów czy wsparcia duchowego, lecz obecności rodziców, którzy byliby w stanie zwiększyć częstotliwość okazywania miłości swoim dzieciom. Ambrose dorastał w przekonaniu, że dorośli nie mieli obowiązku spędzania wolnego czasu z pociechami, za to ciekawskie, domagające się bodźców dzieci potrzebowały eksplorować świat na własną rękę, choćby niewiadomo jak niebezpieczne miało to być. Dlatego dzieciństwo mężczyzny opierało się na częstych wyprawach w pojedynkę, które niosły za sobą satysfakcję, ale również strach przed niepowodzeniem. Konwersacje z dorosłymi zamieniały się w godne uwagi przedstawienia, zwiedzanie okolicy piastowało się wysoko w rankingu jako podróż na koniec świata i jeszcze dalej. Czy można powiedzieć, że niepokój powstrzymywał Vaillant przed poruszaniem się na przód? Oczywiście, że tak. Czy chociaż raz podjął decyzję o poddaniu się i zaprzestaniu doświadczania ściśle strzeżonych tajemnic świata, które oferowało życie w nieustannym ruchu? Z pewnością, jednak za każdym razem świadomie podjęty postój wynikał z niewiedzy, niepewności, strachu przed popełnieniem błędu. Ambrose niekiedy pozwalał negatywnym myślom zasiedlić się w umyśle, zwalniał, brał głęboki oddech, ale jeszcze ani razu nie zgodził się na to, aby wyżej wspomniane, złe i ponure myśli zakiełkowały na stałe, zapuszczając korzenie głęboko w jego duszy. W takich momentach niezbędnym było towarzystwo drugiej osoby, która oferowała bezgraniczne wsparcie, niezbędny doping.

Cyrill Vaillant był odważnym, pewnym siebie, nieco złośliwym człowiekiem, któremu bardzo zależało na rodzinie. Więzy krwi były dla niego świętością, nic nie było w stanie złamać jego lojalności i miłości do rodziców, brata. Mimo dzieciństwa spędzonego na opiekowaniu się innymi, mężczyzna wciąż pozostawał bardzo barwną postacią, która odgrywała niezwykle ważną rolę w historii Ambrose'a. Najważniejsze wybory życiowe zostawały podejmowane pod osłoną mądrości i ukrytego egoizmu, ponieważ pobudki Cyrilla, mimo że szczere, nie zawsze uważano za najbardziej moralne. W związku z czym codzienna rutyna braci zaczynała układać się w znaną każdemu grę kotka i myszkę. Ambrose, mimo swojego przyzwyczajenia do bycia w ciągłym strachu, wciąż przyłapywał się na skubaniu palców, zaciskaniu powiek czy odliczaniu w myślach do dziesięciu. Całość nasiliła się po niefortunnym wypadku w restauracji rodziców, którzy zginęli śmiercią tragiczną. Oczywiście z biegiem czasu ustalono sprawcę wydarzenia, co obdarowało braci w nowy cel. Utrzymywanie równego kroku bratowi było ciężkie, wymagające wysiłku i zabierające dech w piersiach. Wchodzenie w cień Cyrilla było niczym dryfowaniem na mrocznych falach, natomiast wychodzenie przed szereg rzucało chwilowy blask sławy, która znikała po paru minutach. Strach bardzo powolnie stawał się nieodłączną częścią Vaillant, który zwyczajnie nauczył się, jak go kontrolować i wykorzystywać przeciwko innym. Dlatego w momencie, kiedy Cassandra grzecznie poinformowała, że nie chciała go wystraszyć, mężczyzna spuścił głowę w dół, próbując ukryć delikatny uśmiech.

W takim razie zgaduję, że jesteś seryjną morderczynią, która przyszła w najbardziej osamotnione miejsce w Scarborough, aby wykonać swój następny krok, a ja ci w tym przeszkodziłem. Zdążyłaś już zrzucić ciało z klifu, czy nie udzielisz mi na to pytanie odpowiedzi, aby nie wystraszyć mnie bardziej?

Była to o wiele bardziej stonowana wypowiedź, jednak oboje doskonale wiedzieli, że Ambrose miał na myśli coś zupełnie innego, zabierając głos za pierwszym razem. Mężczyzna wysnuł pochopne wnioski, które równie dobrze mogły okazać się trafieniem w dziesiątkę, ponieważ jako jedyny potrafił kwestionować zdrowy rozsądek Cassandry. Bardzo dobrze wiedział, że dziewczyna nie była w stanie trzymać się z daleka od problemów, co ostatnie cztery lata udowodniły w brutalny, niekiedy nawet zabawny sposób. Podejmowanie dobrych decyzji było trudne, leżało to w ludzkiej naturze, jednak Cassandra była wyjątkiem spośród wybranych osób, które nie miały ani za grosz instynktu samozachowawczego. Dlatego zważając na okoliczności, Ambrose odczuwał potrzebę interwencji, aby dzisiejsza noc skończyła się przyzwoicie dla niej.

Czy miałbym cię na sumieniu, gdybym nie oznajmił swojej obecności? ― odpowiedział pytaniem na pytanie, lecz w męskim głosie ukryte zostały wszystkie powody, dla których zdecydował się zrobić pierwszy krok. Ambrose zajął miejsce tuż obok dziewczyny, siadając i mimowolnie spoglądając na twarz Cassandry. Doskonale znał każdy pieprzyk, rysę, niedoskonałości ― Vaillant godzinami studiował dziewczęcy wizerunek, zapamiętując wszystkie szczegóły. Robił to bardzo często, ale jeszcze nigdy, kiedy Cassandra była w pełni przytomna i zdawała sobie sprawę z jego obecności. Powodowało to ekscytację, a zarazem przerażenie do tego stopnia, że Ambrose zdecydował się złamać zasadę numer jeden i zostać z Cassandrą chociaż przez chwilę. Dłonią sięgnął po paczkę papierosów leżącą na trawie i wyciągnął jednego, aby następnie włożyć go sobie między wargi. Nie bardzo interesowało go to, że nie należały one do niego, ponieważ umówmy się, ale ta dziewczyna była mu winna dożywotni zapas papierosów przez to, jakie problemy nie raz sprawiała.




Cassandra Layton
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
hawajska
ODPOWIEDZ

Wróć do „Scarborough Bluffs”