approach, appear
and daddy, i'm alone
‘cause this house don't feel like home
Ludzie wcale nie byli tak skomplikowani, jak sugerowano. Pod maską grzeszników niosących na barkach ciężar kompleksów, zaburzeń i słabości kryło się jedno, to samo pragnienie bycia zrozumianym. Każda jednostka w społeczeństwie poszukiwała komfortu w nadziei, że czyjeś oczy będą w stanie odzwierciedlić te same odczucia. Wiara wkładana w znalezienie bratniej duszy podnosiła morale do pewnego stopnia, zapobiegając strachowi przejąć kontrolę nad zdrowym rozsądkiem. Ludzie potrzebowali wiedzieć, że gdzieś na świecie znajduje się osoba, która myśli, czuje, doświadcza w dokładnie taki sam sposób. Wówczas cięte rany na duszy, popękane w pół serce i ból przyprawiający ludzkie ciało o dreszcze powolnie zanikały, pozwalając na regenerację. Uzdrawianie było niesamowitym procesem, podczas którego człowiek wydobywał z siebie nowe prawdy, uświadamiał sobie, jak długą i krętą drogę przeszedł, aby znaleźć się w danym miejscu. Ambrose bardzo często wracał myślami do momentu, w którym odrzucił możliwość dzielenia swojego umysłu z kimkolwiek. Wyobrażenie drugiego człowieka mającego dostęp do intymnych wspomnień kompletnie zaburzało otoczkę prywatności i spokoju, którą zbudował na przestrzeni lat. Vaillant ściśle pielęgnował, aby jego emocjonalna część pozostawała zamknięta, niedostępna. Można powiedzieć, że mężczyzna bardzo dobrze wypełniał złożoną obietnicę, dotrzymując słowa samemu sobie sprzed dwudziestu lat. W wielu przypadkach Ambrose był w stanie zachować kontrolę, wycofać się bądź postawić nową granicę. Mężczyzna był bardzo dobrze zbudowany, swoją umięśnioną posturą wzbudzał lęk w towarzystwie, niestety na jego nieszczęście nie każda napotkana osoba była w stanie się podporządkować. Co gorsze, sam Vaillant nie potrafił przejść obojętnie obok kogoś, kogo aura krzyczała o miłosierdzie i litość.
Cassandra Layton była jedną z tych osób, które tworzyły wokół siebie bańkę informacji, podając na tacy swój nastrój, poziom zadowolenia bądź upojenia alkoholowego, jak to wyglądało w obecnym przypadku. Kobieta znajdowała się na skraju stromych klifów, pozwalając aby chłodny wiatr owiewał bladą skórę oblepioną w gęstych, ciemnych kosmykach włosów. Malutka piąstka zaciskała się na butelce whiskey, która ani nie była droga, ani pełna. Zapach marihuany unoszący się w powietrzu był na tyle mocny, że od samego przebywania w pobliżu można by poczuć się od razu inaczej. Na zegarku dochodziła godzina dwudziesta trzecia, co dodatkowo wprowadziło mężczyznę w zakłopotanie bowiem Ambrose ostatnie cztery lata swojego życia spędził na ciągłym upewnianiu się, że ta dziewucha pozostanie bezpieczna i doskonale wiedział, że późna pora zawsze zwiastowała kłopoty. Cassandra za każdym razem dawała rozpaczliwy, pełen agresji i wrzasków teatrzyk, wprawiając swoją widownię ― w większości przypadków byli nią mężczyźni, którzy powiedzieli coś, co nie przypadło jej do gustu bądź kobiety, które krzywo się na nią spojrzały ― w szał. Ta dziewczyna potrzebowała nieustannej rozrywki, nakazując normalnemu człowiekowi, aby dołączył i razem z nią odtworzył bardzo odważną choreografię, która w większości przypadków kończyła się uszczerbkiem na zdrowiu. Stąd również Ambrose wiedział, że dzisiejsza noc zapowiadała się na pełną wrażeń, ale w złego tego słowa znaczeniu. Kombinacja alkoholu i narkotyków z osobą Cassandry tworzyła tykającą bombę, która potrzebowała jedynie maleńkiej iskry, aby wybuchnąć ― a w tym przypadku iskrą miał być Ambrose.
Mężczyzna powolnie wysunął się z cienia, po raz pierwszy ujawniając swoją tożsamość. Vaillant zawsze trzymał się na odległość, zawsze reagował w ciszy, zawsze doradzał w milczeniu. W przeciągu czterech bardzo długich lat widział więcej, niż najbliższe osoby Cassandry. W jego pamięci tkwiły obrazy, które chciałby wyrzucić; pamiętał słowa, które chciałby zapomnieć; czuł emocje, które przypominały współczucie. Ambrose nieświadomie rozpoczynał konflikt umysłu z sercem, ponieważ nie potrafił zignorować głośnego błagania o pomoc, wiedząc że sam był przyczyną tak destrukcyjnego zachowania. Być może Cassandra Layton była złamana wcześniej, być może od małego miała złe pobudki, prowadzące ją w otchłań ciemności. Przeszłość dziewczyny stanowiła zagadkę, ale była również wielką częścią tego, dlaczego Ambrose wciąż dotrzymywał jej równego kroku od czterech lat. Niewiedza zamieniała się w niekończący się głód poznawania Cassandry, utrzymywania jej w bezpiecznym miejscu. Aczkolwiek było to bardzo trudne zadanie, ponieważ Layton należała do osób stwarzających problemy z niczego. Z nią zabawa trwała dwadzieścia cztery godziny na dobę, nie było chwili, aby Ambrose mógł spokojnie odetchnąć z myślą, że dziś Cassandra zostanie w domu i włączy do bólu nudny film. Dlatego dzisiejszy wieczór zapowiadał się ciekawie, bowiem oprócz nich nie było ani jednej żywej duszy w pobliżu. Do tego wszystkiego dochodziły alkohol i narkotyki, stanie nad krawędzią i prawdopodobnie zbliżające się załamanie psychiczne. Sama sceneria przyprawiała o dreszcze, a w powietrzu unosiło się coś na wzór bardzo złego przeczucia.
― Nie wydaje mi się, żeby był to najlepszy pomysł ― powiedział w końcu.
To nie było ich pierwsze spotkanie, aczkolwiek Ambrose z pewnością nie miał zamiaru dopuścić, aby było ostatnim. Mężczyzna zawsze zwlekał do samego końca, cierpliwie czekając aż sytuacja samoistnie się rozwiąże. Niestety w obecnym przypadku koniecznością była interwencja, ponieważ Cassandra stwarzała zagrożenie dla samej siebie. Vaillant doskonale wiedział, że ta dziewucha byłaby w stanie skoczyć, aby zapewnić sobie chociaż trochę adrenaliny.
Cassandra Layton