You're holding me and holding back
I don't really care for that
Just you
There's a pause between every minute
Feelin' like I need something
It's just you
Księżyc tej nocy pozostał w cieniu, pozwalając innym wyjść ku światłu. Stała na krawędzi, lekko pochylona do przodu, ledwie dostrzegając wodę uderzającą o skały. Rozciągająca się przed nią przepaść zdawała się nie mieć końca, a to, co spoczywało na jej dnie, nawoływało ją z niepokojącą cierpliwością. Zamarła w bezruchu, uparcie patrząc w dół, oczekując znaku, który by ją powstrzymał. Nie przed skokiem, bo nie z takim zamiarem tu przyszła. Potrzebowała znaku zwiastującego zmianę, której desperacko potrzebowała.
Była gotowa powierzyć swoje życie losowi, poddać się sile wyższej, przed którą nie było ucieczki. Nie zamierzała dłużej walczyć z tym, co zostało zapisane w gwiazdach, skoro z góry była to przegrana walka. Przy składaniu życzeń ku świetlnym konstelacjom należało ostrożnie dobierać słowa. Uniosła głowę, czując przeraźliwy skurcz w brzuchu, któremu towarzyszył świdrujący pisk, ogłuszający ją z obu stron.
Kiedy się obejrzała, on już tam był. Choć nie odstępował jej na krok, dopiero teraz pozwolił się dostrzec. Ogarnęło ją dziwne uczucie, że ta chwila już kiedyś miała miejsce. Patrzyła na mężczyznę, ale jego twarz nie wydawała się obca, a obecność — nieproszona, nie niemile widziana. Spojrzała znowu przed siebie, w dół, ku przepaści, która po raz pierwszy odkąd tu stanęła wydała jej się złowieszcza. Odsunęła się, robiąc krok do tyłu, bliżej niego, a niepokój zelżał, ustępując miejsca nowej emocji, której nie potrafiła nazwać.
Uśmiechnęła się, słysząc jego słowa, i uniosła ręce do góry, dając znać, że nie zamierza tego zrobić.
—
Nie chciałam cię przestraszyć — odpowiedziała, sama zaskoczona łagodnością własnego głosu.
Brzmiała niemal przepraszająco, jakby wyczuła stres, który odczuwał na widok jej stojącej tak blisko kolejnego upadku. Kim był mężczyzna stojący przed nią? Nie bała się zrobić kolejnego kroku w jego stronę, aż znaleźli się w odległości wyciągniętej ręki. Poczuła drewniano-kadzidlany zapach — mocny, wyraźny, drapiący w nozdrza — perfumy skomponowane raczej po to, by odstraszać, niż zachęcać do zbliżenia. Wdarły się w jej przestrzeń, gasząc nuty piwonii, wanilii i gruszki osadzone na piżmowej bazie. Otaczała go wielobarwna aura, spektrum tańczących kolorów, których sama zdawała się dyrygentką.
Nie rozumiała tego, co się działo, i bardzo chciałaby zrzucić to na stan nietrzeźwości, ale od dawna jej umysł nie był tak klarowny, a myśli tak wyraźnie zapisane.
—
Jestem Cassandra — przedstawiła się, nieświadoma, że on już znał jej imię.
Nie wiedziała, kim był, ale nazwanie go obcym wydawało się niewłaściwe, bo wcale się nim nie wydawał. Zaśmiała się cicho, bardziej do siebie, rozbawiona myślą, że może właśnie był znakiem, którego oczekiwała. Nie wierzyła w przypadki. Uważała, że wszystko, co działo się w ich życiach, miało swój powód.
Usiadła na ziemi, ignorując chłód bijący od skał. Uniosła butelkę, żeby wziąć kolejny łyk, ale coś ją powstrzymało. Zakręciła ją i schowała do torby obok. Niedopalonego blanta, który już zdążył zgasnąć, wsunęła do paczki po papierosach. Nie była jeszcze gotowa opuścić tego miejsca, bo chyba właśnie tutaj zatrzymała się jej dusza cztery lata temu. Była tu tamtej feralnej nocy, popijając tę samą whisky, gotowa skoczyć, ale wtedy nie było nikogo, kto by ją powstrzymał. Decyzja, którą wtedy podjęła, wydawała się jedynym rozwiązaniem. Dziś jej obecność tutaj miała charakter wołania o pomoc. Czyżby została wysłuchana?
Jak w zegarku, jej życie znów obrało kurs ku autodestrukcji, a ona szła wydeptaną ścieżką prosto ku zniszczeniu. Wyjęła papierosa, potrzebując czymś zająć ręce. Trzęsła się z zimna, jak zwykle ubrała się za lekko, ale wcześniej jej to nie przeszkadzało. Straciła czucie. Piła, żeby wrócić do tego stanu otępienia, wiedząc, że zaraz zacznie szukać zwady, by znowu cokolwiek poczuć.
Nie od razu rozpoznała to uczucie, bo dawno go w sobie nie miała. Spokój. Taki prosty, zwyczajny, należący do tych, których nie dotknęła rozpacz. Był intruzem, wprosił się do środka tam, gdzie nie było dla niego miejsca. A jednak go przyjęła. Pozwoliła mu zostać, ale tylko na chwilę, tylko na tę noc. Rano będzie musiał się spakować i opuścić ją. Nie była gotowa, żeby rozgościł się w niej na dobre. Nie teraz. Nie wtedy, gdy wciąż nosiła w sobie tyle niewypowiedzianej złości.
—
Zamierzasz usiąść obok mnie i porozmawiać, czy po prostu nie chciałeś mieć mnie na sumieniu?
Ambrose Vaillant