When silly thoughts go through my head
About the bugs and alphabet
And when I wake tomorrow, I'll bet
That you and I will walk together again
Na wydziale medycyny University of Toronto kilka razy w roku zdarzały się wieczory, które miały udawać radosną celebrację nauki, w rzeczywistości będąc raczej bezwzględną, surową selekcją tych, którzy uznawani byli za wybitnych, i upokorzeniem innych, którym jedynie się wydawało, że cechowali się jakimś wyjątkowym, medycznym talentem.
Coroczny finał The Grand Clinical Challenge, konkursu, w którym startować mogli teoretycznie studenci wszystkich lat i specjalizacji, ale ostatecznie brali udział zazwyczaj tylko ci już porządnie zaprawieni w akademickich bojach, był oczywiście jednym z nich.
Aula starego gmachu — zwykle pachnąca kurzem, formaliną i tym szczególnym rodzajem typowej dla wiekowych budynków wilgoci, której nie dało się pozbyć niezależnie od wysiłków ogrzewania albo klimatyzacji — została tego wieczoru przemieniona w coś niemal eleganckiego. Białe obrusy. Złote światło lamp odbijające się w lakierowanych parkietach. Malutkie, fikuśne tartinki podawane przez kelnerów na posrebrzanych tacach, a do tego muzyka na żywo. Wśród tego wszystkiego, profesorowie śmiali się z własnych anegdot, zaprawionych niepierwszą już porcją wina podawanego im na koszt uniwersytetu, a studenci krążyli małymi, spłoszonymi nieco stadami, udając, że przyszli tu dla towarzystwa, nie dla wyników.
Joe, co nie powinno nikogo dziwić przez wzgląd na fakt, że na zajęciach tak samo zawsze wolała trzymać się na uboczu, i nie potrafiła zanadto bratać się z resztą studenckiej gawiedzi (głównie dlatego, że kilka jej prób zostało kiedyś boleśnie ukróconych jakąś złośliwością zaserwowaną jej przez popularniejsze, ale akademicko gorsze, i z tego powodu niezwykle zazdrosne koleżanki z roku), stała samotnie w miejscu z przyzwoitym widokiem na podest z którego rektor wydziału miał niedługo ogłosić zwycięzców konkursu. I z kieliszkiem białego wina, którego wcale nie tknęła. W sukience, za której wybranie Cassandra urwałaby jej chyba głowę (nudnej, ciemnozielonej kiecce z długim rękawem, i o niefortunnej długości, jakby nie chciała się zdecydować, czy chce być mini, czy maksi, i w efekcie zatrzymywała się tuż poniżej kolana, nadając właścicielce staropanieńskiego
Obok, niemal na wyciągnięcie ręki, znajdowała się Millie. Oczywiście. Joe powinna była się tego spodziewać, bo przecież dziewczyna pojawiała się wszędzie tam, gdzie zaczynała się rywalizacja.
Choć z tego co Grainier wiedziała, blondynka była rok lub dwa niżej od niej, już od pierwszego dnia studiów szła przez nie jak burza, zdobywając sobie podziw innych studentów, i sympatię profesorów. Co dla osoby tak jak Joe przyzwyczajonej, że akademicko nie ma na wydziale sobie równych, było wystarczającym powodem, żeby znielubić ją szybko i z prawdziwą pasją.
Choć tak naprawdę... Nigdy nawet w zasadzie ze sobą nie rozmawiały. Ich zimny dialog odbywał się bez słów, z dwóch stron sali na której przeprowadzano kolejne zadania w naukowym konkursie, za pomocą zimnych spojrzeń i wymownych westchnień. Była to "konwersacja" zawsze wyłącznie o jednym i tym samym: Która z nich jest bardziej opanowana. Która zbyt skupiona. I, wreszcie, najważniejsze: która z nich więcej wie.
Joe, oczywiście, znała odpowiedź.
A przynajmniej tak jej się wydawało.
Jej projekt - ostatni etap konkursu - był naprawdę dobry. Najlepszy.
Joe była pewna zastosowanej przez siebie metodologii, pewna wykonanej przez siebie prezentacji, pewna nadchodzącego sukcesu w ten niebezpieczny sposób, który rodzi się wtedy, kiedy człowiek zbyt długo wygrywa.
Dlatego kiedy mikrofon zapiszczał, a podekscytowany gwar zebranej na sali publiki ucichł, zapewniając odpowiednie tło dla nadchodzącego przemówienia rektora, dziewczyna zadarła głowę z oczami rozbłyszczanymi nie tylko nadzieją, ale i z trudem ukrywaną pewnością, że za chwilę to ją mężczyzna wezwie na scenę po odbiór głównej nagrody. Jej serce zaczęło wybijać znacznie szybszy rytm, a palce zacisnęły się odruchowo na szyjce kieliszka.
Najpierw były podziękowania za przybycie, zwłaszcza dla profesorów i przyjaciół uczelni; potem słowa wdzięczności skierowane ku wszystkim uczestnikom konkursu, nawet tym, którzy wiedzieli już, że nie otrzymają choćby wyróżnienia. Potem, wreszcie, nagroda za trzecie miejsce. Oklaski, w uszach Joe zlewające się w jeden, nieznośny hałas. I, zupełnie niespodziewanie, głos niosący się z głośników:
— Drugie miejsce, ex aequo, zajmują Millie Blythe i Joan Grainier.
Joe zamrugała tak, jakby ktoś wymierzył jej siarczysty, zamraczający policzek. Ktoś zaczął bić brawo, ktoś chyba nachylił się ku niej ze słowami uznania, ktoś inny szepnął: wow!, jeszcze inna osoba zaś odwróciła się przez ramię by posłać Joe szeroki uśmiech i uprzejme skinienie głową. Ale Joe nie mogła się poruszyć, jakby jej ciało odmawiało przyjęcia zasłyszanego przed chwilą komunikatu.
Drugie miejsce!? Ex aequo!?
Kiedy wreszcie się poruszyła, jej ciało pozwoliło Joe wyłącznie na jeden, krótki ruch: zwrócenie się w stronę Millie, stojącej obok, i wyglądającej mniej więcej tak, jakby miała ochotę popełnić zaraz przestępstwo.
- Co!? - udało jej się chyba tylko wyszeptać, zanim rektor, być może nieco zniecierpliwiony bezruchem obydwu
- Serdecznie zapraszam obydwie panie na scenę zanim ogłosimy zdobywcę pierwszego miejsca...
Millie Blythe