ODPOWIEDZ
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Usłyszała jego słowa, choć bardzo chciałaby, by nigdy do niej nie dotarły. By zatrzymały się gdzieś pomiędzy jego zaciśniętą szczęką a chłodnym powietrzem parkingu.
Czy naprawdę to ona go zostawiła? Czy wyjazd był zdradą, odejściem, wyborem łatwiejszej drogi? Przez cały ten miesiąc nie myślała o sobie w ten sposób. Nie widziała siebie jako osoby, która odwróciła się plecami. Uciekała, owszem, ale nie od niego; od wszystkiego, co przestała rozumieć, od własnych emocji, od świadomości, że kochała człowieka, którego nie potrafiła ani potępić, ani uratować.
Krążyła po mieście bez celu, pozwalając samochodowi prowadzić ją tam, gdzie akurat skręcała kierownica. Nie zwracała uwagi na mijane światła, na ludzi przechodzących przez pasy, na witryny sklepów odbijające przedpołudniowe słońce. W głowie miała wyłącznie jego głos, tę wściekłość, która sączyła się z każdego słowa oraz własne odbicie w lusterku.
Walczyła z potrzebą rzucenia tego wszystkiego, wycofania się raz na zawsze, odejścia z komisariatu bez pożegnania. Wyobrażała sobie moment, w którym składa odznakę, zostawia broń, podpisuje dokumenty i zamyka za sobą drzwi. Wizja wydawała się kusząca, niemal kojąca, ale równie szybko pojawiała się druga myśl - nie chciała być kolejną osobą istniejącą wyłącznie dzięki nazwisku ojca.
A przede wszystkim chciała udowodnić j e m u, że to nie ona odpuściła.
Dopiero po dłuższej chwili zerknęła na teczkę leżącą na siedzeniu pasażera. Palce zacisnęły się mocniej na kierownicy, gdy dostrzegła zapisany adres. Nie zauważyła nawet momentu, w którym znalazła się na odpowiedniej ulicy. Domy stały blisko siebie, równo ustawione, z zadbanymi ogródkami i identycznymi podjazdami. Miejsce wyglądało spokojnie, wręcz nudno, jakby nic złego nigdy nie miało prawa wydarzyć się w tej okolicy. Zaparkowała przy krawężniku i dopiero wtedy pozwoliła sobie na głębszy oddech. Rozejrzała się odruchowo, szukając jego samochodu, jego sylwetki, czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że już tu był.
Nie dostrzegła n i c z e g o.
Wysiadła powoli, zatrzaskując drzwi ciszej niż zwykle, poprawiła marynarkę, wsuwając dłonie do kieszeni. Czuła się pusto. Nie spokojnie - p u s t o. Emocje wypaliły się wcześniej, pozostawiając po sobie zmęczenie i mechaniczne działanie.
Zatrzymała się tuż przed wejściem, przez moment po prostu patrząc w głąb wnętrza. Nie czuła ciekawości, nie czuła napięcia. Miała wrażenie, że wykonuje ruchy wyłącznie dlatego, że ciało pamiętało, co należało zrobić. - Detektyw Mercer? - odezwał się młody policjant, podchodząc bliżej. - Patrol zabezpieczył tył posesji, a sąsiadka z naprzeciwka... - przerwała mu, wchodząc w zdanie nim zdołał je wypowiedzieć do końca. - Jeśli masz coś naprawdę ważnego, to mów - przeniosła na niego spojrzenie. - A jeśli chcesz streścić mi raport, który sama przeczytam za pięć minut, to przestań marnować mi czas - mężczyzna zamilkł natychmiast, cofając się pół kroku.
Przekroczyła próg domu i zatrzymała się w salonie. Wzrok przesunął się po rozsypanych dokumentach, przewróconym krześle, pustej szklance na stole. Stała nieruchomo, chłonąc ciszę miejsca, które jeszcze niedawno należało do czyjegoś życia.
I wtedy t o poczuła.
Nie usłyszała auta. Nie zwróciła uwagi na kroki za sobą. Była zbyt skupiona na własnych myślach, na zmęczeniu, które oblepiało ją od środka. A jednak w i e d z i a ł a.
Ta świadomość przyszła nagle, znajomo i niemal instynktownie. Powietrze zgęstniało, kark napiął się mimowolnie, a serce wykonało jeden cięższy ruch.
Nie musiała się odwracać.
Wiedziała, że był za jej plecami.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

go on, draw a line
we can cross this time
Nie wiedział jak długo tkwił tam, na tym pieprzonym parkingu z papierosem w dłoni, zapalniczką w drugiej i niemożnością poruszenia się, dzięki której jedno zetknęłoby się z drugim. Wiedział, że gorąco na jego policzku nie ustępowało - tylko wzmogło, gdy pojawił się na nim czerwony ślad.
Stał na zewnątrz wystarczająco, by chłodny wiatr przywrócił jego skórę do właściwego kolorytu, pozostawiając wyłącznie świadomość odcisku jej dłoni zaszytą gdzieś pod spodem.
Nie zamierzał zmieniać zdania - zamierzał doprowadzić tę sprawę do końca, samemu, podstawiając jej raport do podpisania byle tylko nie musieć z nią współpracować i byle udobruchać kapitana na tyle, by pozwolił im się od siebie u w o l n i ć. Dlatego zamiast do samochodu, wkroczył z powrotem na komisariat, złapał pierwszą, lepszą biurową osobę i poprosił o kopię akt, które Margo ze sobą zabrała - co, oczywiście, potrwało zdecydowanie zbyt długo.
Ponieważ na miejscu zdarzenia pojawił się po niej.
Słyszał echo jej wściekłych słów, wymianę zdań z policjantem, który mógł przywyknąć do takiego traktowania ze strony Maddena, lecz nigdy wcześniej nie zaznał go ze strony jego partnerki. Wkraczając do środka, do wnętrza salonu noszącego ślady szarpaniny, objął beznamiętnym spojrzeniem całość, a jego spojrzenie zgrabnie uniknęło stojącej obok kobiety.
- Mów, Jones - rzucił krótko, choć on też mógł przeczytać raport, chociaż się z nią zgadzał w tym, że zbędne pierdolenie nie było im potrzebne. Wyłącznie na przekór temu, co mówiła wcześniej. - Chętnie posłucham.
Policjant odchrząknął, zerkając nerwowo na ich dwójkę. Miejsca zbrodni nigdy nie były łatwe ani lekkie, a jednak gdy wkroczyli do pomieszczenia, napięcie stało się tak wyczuwalne, że można by kroić je nożem.
- O godzinie 05:57 dyżurny otrzymał zgłoszenie od mieszkańców budynku o głośnej kłótni dochodzącej z tego lokalu. Według świadków w zdarzeniu uczestniczył mężczyzna oraz kobieta. Po kilku minutach hałas nagle ustał - zaczął, podczas gdy Madden ruszył wzdłuż ścian pomieszczenia, wybierając jako pierwszą tą znajdującą się najdalej od Margo. - Na miejsce przyjechał patrol. Drzwi były zamknięte, ale nie na klucz. W środku znaleźliśmy mężczyznę - leżał w salonie, obok stołu. Bez oznak życia. Ratownicy stwierdzili zgon na miejscu. Wstępnie wygląda na uraz głowy, możliwe uderzenie tępym narzędziem, do potwierdzenia przez sekcję.
Powiódł wzrokiem po zrzuconych ze stołu naczyniach. Jego but nadepnął na szkło z rozbitej szklanki - na jedno uderzenie serca zawiesił na niej swoje spojrzenie, jakby znalazł się w innym miejscu, innym czasie.
- Nie było śladów włamania. Wszystko wskazuje na to, że sprawca znał ofiarę. No i najważniejsze: żona. Sąsiedzi mówią, że to z nią się kłócił. Problem w tym, że jej teraz nie ma. Zniknęła. Telefon wyłączony - kontynuował, dyplomatycznie stojąc w przejściu, jakby mówił do ich obojga, ale gdyby Margo miała się na niego wściec to mówił głównie do Rhysa. - Zabezpieczamy dowody. Technicy jeszcze pracują.
Detektyw przytaknął, dziękując mu w ten niemy sposób za streszczenie.
- Zajmę się tym - rzucił, sięgając po rękawiczki, swoje słowa kierując zarówno do policjanta, jak i stojącej obok Margo.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie słuchała policjanta. Jego głos przelatywał gdzieś obok, rozciągał się w tle niczym jednostajny szum, którego obecność rejestrowała wyłącznie dlatego, że nie dało się go całkowicie wyciszyć. Poszczególne słowa wpadały do świadomości i znikały niemal natychmiast, nic z tego nie zatrzymywało jej uwagi na dłużej. Stała pośrodku salonu, pozwalając spojrzeniu przesuwać się po wnętrzu domu bez prawdziwego skupienia.
Przez krótką chwilę miała wrażenie, że wszystko wyglądało zbyt zwyczajnie. Dom przypominał setki innych, do których wchodziła przez ostatnie lata - z tym samym zapachem detergentów, ciepłego powietrza zamkniętego między ścianami i ledwie wyczuwalną nutą czegoś, czego nie dało się pomylić z niczym innym. Śmierć nigdy nie krzyczała, zawsze była cicha, niemal niezauważalna, ukryta w drobnych szczegółach.
Wiedziała jednak, po co Madden zadał pytanie policjantowi.
Nie potrzebował raportu. Nigdy nie był człowiekiem, który polegał na cudzych obserwacjach, zanim sam nie zobaczył wszystkiego własnymi oczami. Nie robił tego dla sprawy. Zrobił to dlatego, że stała obok - kolejny ruch wykonany z przekory, z tej dziwnej potrzeby udowadniania czegoś, nawet jeśli żadne z nich nie potrafiło już nazwać, o co właściwie walczyli.
Mógł powtarzać, że miała dla niego znaczyć coraz mniej. Mógł budować wokół siebie mur z chłodu, ignorancji i gniewu, ale znała go z b y t dobrze. Widziała te drobne odruchy, ledwie zauważalne napięcia, ten sposób w jaki reagował bardziej, niż chciał przyznać.
P o w i n n a zostać przy wejściu. Pozwolić mu chodzić po salonie samemu, udawać, że jego obecność nie miała znaczenia. Wciąż była zła za parking, za jego słowa, za tę łatwość z jaką próbował przepisać całą historię na własną wersję wydarzeń. A jednak ciało podjęło decyzję szybciej niż rozsądek.
Ruszyła za nim.
Powoli, bez pośpiechu, niemal leniwie, jakby w c a l e nie zależało jej na utrzymywaniu bliskości. Szła kilka kroków z tyłu, obserwując sposób w jaki przesuwał spojrzeniem po ścianach, jak zatrzymywał się przy stole, jak pochylał nad rozsypanym szkłem. Było w tym coś znajomego. Rytm pracy, który znała niemal na pamięć, to, jak ignorował otoczenie, gdy zaczynał się skupiać.
Zatrzymała się przy nim, wystarczająco blisko, by widzieć, na czym skupił wzrok. Pochyliła lekko głowę, zaglądając ponad jego ramieniem. - Nie odkryjesz tam sensu życia - rzuciła cicho, zupełnie nie kryjąc się z własną ironią. - To nadal tylko rozbita szklanka - też wróciła na moment do t e g o momentu, do tamtej chwili.
Przykucnęła po drugiej stronie stołu, opierając przedramiona o kolana. Nie dotykała niczego. Patrzyła na ślady przesuniętych mebli, na drobne zadrapania w panelach, na rozsypane dokumenty częściowo przykryte cieniem stołu.
Uniosła wzrok na niego. - Co teraz? - zapytała spokojnie. - Zrobisz tę minę, którą zawsze robisz, zanim dojdziesz do oczywistego wniosku? - podniosła się i obeszła go wolno, podchodząc bliżej okna. Jej spojrzenie przesunęło się po ogrodzie, na płot oddzielający posesję od sąsiadów, po krzewach poruszanych lekkim wiatrem.
Nie odsunęła się, nie pomagała mu, była jak natrętny obserwator, który nie wie kiedy się usunąć w cień. Krążyła wokół niego z pełną premedytacją, z cichą złośliwością, która pojawiła się naturalnie, niemal instynktownie.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trzymała się nieznośnie blisko, choć przecież nie było ku temu żadnego powodu. Mogła ruszyć w stronę innego kąta pomieszczenia - lub w ogóle do innego pomieszczenia, szukając poszlak na własną rękę. Zamiast tego d e c y d o w a ł a się być tu obok, niemal dyszeć mu w kark, ponieważ był boleśnie świadomy każdego kroku, który wykonywała w jego stronę - ale wyłącznie po tym, gdy on wykonał własny.
Jej złośliwe słowa wyrwały go z transu, cień przemknął przez jego spojrzenie gdy skierował je w stronę kobiety. Pokręcił głową, wyrażając swoje niezadowolenie z tego sięgnięcia przez nią po nisko wiszący owoc, lecz na swój sposób, dało mu to narzędzie do nierozpamiętywania tamtego momentu zbyt wiele.
Wsunął się do aneksu kuchennego, czując ją nieustannie za swoimi plecami. Funkcjonariusz Jones już poszedł po rozum do głowy i cofnął się przez przejście, zajmując się swoimi obowiązkami i dając im namiastkę prywatności.
Tutaj, pośród śladów oznaczonej na podłodze krwi, stłuczonych naczyń i echa awantury, która rozległa się w tych ścianach kilka godzin wcześniej.
- Pomyślałem, że może ty przejmiesz tę sprawę - odpowiedział nonszalancko, ignorując jej przytyk, wyłącznie dlatego, że z tyłu jego głowy natychmiast pojawił się własny. Odwrócił się, gwałtownie, gdy podążała za nim - tym samym zatrzymując ją w miejscu, znajdując się znacznie bliżej niż wcześniej. - Wejście w skórę niestabilnej kobiety nie powinno sprawiać ci problemu.
Uśmiechnął się złośliwie, niemal prowokacyjnie odwracając się ku niej t y m policzkiem, który zdzieliła wcześniej. Żałował, że nie została na nim czerwona pręga, by przypomniała jej o tej chwili w dobitny sposób.
Cofnął się chwilę później, nie kusząc losu. Rozglądał się po kuchni z zainteresowaniem - odruchy, które utrzymywały go w tej robocie wskoczyły na swoje miejsce, odsuwając wiele rzeczy daleko w tył. Praca zawsze była dla niego sposobem na unikanie problemów w życiu osobistym.
Nawet, jeśli te problemy kroczyły wraz z nim po miejscu zbrodni.
- Jakbyś to zrobiła? Poczekałabyś, aż twój mąż odwróci się tyłem? - kontynuował, przesuwając schowanym w rękawiczce palcem po jednej z półek, z zaskoczeniem dostrzegając na nim warstwę kurzu. Odwrócił się, zerkając na nią gdy sama rozpoczęła jakieś oględziny, bądź tkwiła nadal obserwując wyłącznie jego. - A może stanęłabyś na wprost, waląc go prosto w głowę?

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odpowiedziała mu tym samym uśmiechem - złośliwym, ledwie dostrzegalnym, ale wystarczająco wyraźnym, by zrozumiał, że jego słowa nie przeszły obok niej obojętnie. Trafił dokładnie tam, gdzie chciał. Nie odwróciła wzroku, nie pozwoliła sobie na najmniejszy grymas zdradzający, że zabolało. W tej jednej chwili przypominała jego bardziej, niż chciałby przyznać; spokojna, opanowana, ukrywająca reakcje pod chłodem twarzy.
Ten uśmiech był obietnicą. Cichą, niewypowiedzianą, ale niepozostawiającą miejsca na pomyłkę. Jeśli chciał widzieć w niej chaos, jeśli zamierzał nazywać ją n i e s t a b i l n ą - dostanie dokładnie to, czego się spodziewał. Tak jak kiedyś półżartem obiecała, że stanie się jego karą, tak teraz przysięgała sobie, że to dopiero początek; że jeszcze zatęskni za wersją niej, którą próbował od siebie odsunąć.
Nie odpowiedziała na pytanie o sprawę. Dawniej podobne miejsca wywoływały w niej zawodowy instynkt, potrzebę rozbierania wszystkiego na części pierwsze. Teraz stała pośród cudzego bałaganu i nie czuła nic poza obojętnością. Była tutaj, bo musiała. - Nie sądzę, żebym musiała się nad tym zastanawiać - odezwała się spokojnie, opierając ramię o framugę drzwi. - Mąż n i g d y nie będzie moim problemem - ostatnie słowo wypowiedziała ciszej, z pełną premedytacją. Spojrzała mu w oczy tylko na moment, po czym znów przybrała ten chłód, którego nauczyła się od niego z zadziwiającą łatwością.
- Może powinieneś stanąć przed lustrem - dodała po chwili, odrywając się i robiąc krok bliżej. Wskazała podbródkiem na niewielkie, owalne szkło wiszące przy wejściu do kuchni. - I zadać to pytanie sobie - uniesiona brew, spokojny ton, prowokacja ukryta pod pozorną lekkością - wszystko to wróciło naturalnie. - Zdajesz się mieć większe doświadczenie ode mnie w pozbywaniu się przeszkód - nie użyła słów, które oboje mieli w głowie. Wypowiedziała to cicho, stojąc zbyt blisko, by mógł zignorować jej obecność. Chwilę później odsunęła się i zostawiła go samego.
Ruszyła w głąb mieszkania, zaglądając do kolejnych pomieszczeń bardziej z obowiązku niż ciekawości. Dopiero ostatnie drzwi zatrzymały ją na dłużej. Pokój był niewielki, jasny, przygotowany z ostrożną starannością. Przy ścianie stało łóżeczko, obok przewijak i półki z dziecięcymi książkami. Wszystko wyglądało na gotowe, jakby ktoś czekał na początek nowego życia albo właśnie wszedł w ten rozdział z niesamowitą radością.
Nie weszła do środka. Stała przez chwilę w progu, czując dziwny ucisk pod mostkiem. Wróciła kilka minut później, odnajdując go tam, gdzie go zostawiła. - W aktach od Stonesa nie było wzmianki o dziecku ani o ciąży - rzuciła, zatrzymując się kilka kroków od niego. Brzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie. - Mają urządzony pokój dla niemowlaka - słowa padły odruchowo. Po prostu podała mu informację, dokładnie tak, jak robili to przez miesiące wspólnej pracy, zanim wszystko między nimi przestało być wyłącznie zawodowe.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Właśnie takie chwile pokazywały, jak doskonale się znali.
Chwile, w których każde z nich było w stanie znaleźć punkt, w który należało uderzyć, by drugie się cofnęło. Odnaleźć miękkość schowaną pod całą skorupą, którą obrastali w swoim towarzystwie. Na samym początku, by ten zajadły uśmiech niemający nic wspólnego z uprzejmością pojawił się na jej twarzy, myślał, że to był jej odwet. Wspomnienie o mężu, którym on nigdy nie miałby dla niej być, choć przecież niczego nie planowali, a ich związek nigdy nie wkroczył w etap, w którym myślało się o formalnościach.
Mylił się.
Odwet nadszedł później, słowami uderzającymi prosto w to jedno miejsce, które trzymał przed nią zamknięte najdłużej. To, w którym był najbardziej wrażliwy, najbardziej podatny na złamanie. I jego usta zacisnęły się w wąską linię na krótką chwilę, której potrzebował by nabrać rezonu, by otrząsnąć się z tego, z jaką łatwością wypowiedziała to, co jemu przychodziło z tak ogromnym trudem wcześniej.
Chwila trwała zaledwie ułamek sekundy. Po nim obojętność wtargnęła na jego twarzy, przybrał ją niczym kolejną maskę, do której nawykł. Oddzielała go od reszty świata.
- Nie mów takich ostatecznych rzeczy, Margo - odpowiedział sucho, odsuwając się również we własną stronę, bo ten jeden krok, który wykonała w drugą, był niewystarczający. Musiał odpowiedzieć jej własnym. - Może zrobisz jeszcze z kogoś takiego jak Evans materiał na męża.
Pozwolił jej wyjść do innego pomieszczenia, samemu udając zainteresowanie kuchnią i dopiero gdy przechodziła przez próg, uniósł ku niej swój wzrok. Patrzył na jej włosy, unoszące się przy każdym kroku, wystające ze zgrabnego kucyka. Na plecy, które nawet mimo narzuconej na nie kurtki zdradzały napięcie.
Kiedy to wszystko się tak z m i e n i ł o?
Gdy wróciła, on tkwił przy stole kuchennym, na którym rozłożył zgromadzoną przez rodzinę prasę i listy. Przeglądał je bardziej mechanicznie, niż z prawdziwym zainteresowaniem, odkładając te, które mogły się przydać na jedną kupkę.
- Nie ma żony i nie ma dziecka - odparł, równie bezosobowo jak ona. Sięgnął do kupki możliwie przydatnej korespondencji. - Gdzieś musiała się podziać - dodał, wyciągając jeden z nich. List nie był istotny, ale ważny był adres zapisany w rogu. - Na przykład u matki w The Junction.
Znajoma nazwa dzielnicy zapiekła gdzieś z tyłu głowy. Dzielnicy, w której wciąż tkwił jego własny dom, choć rzadko kiedy w nim bywał.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mogłaby odpowiedzieć. Miała przecież w zanadrzu dziesiątki ripost, gotowych paść dokładnie w chwili, w której wspomniał o Evansie. Daniel był łatwym celem, mężczyzną, którego znała ledwie powierzchownie, z którym odbyła kilka randek, ugotowała jeden i p ó ł obiadu, który im przerwał, i którego zwyczajnie lubiła. N i c więcej.
Nie było tam wielkiej historii ani emocji zdolnych konkurować z tym, co wydarzyło się między nimi, a jednak wracał do niego uporczywie, używał jego nazwiska jak narzędzia, którym próbował ją drażnić, sprawdzać, czy nadal potrafi wywołać reakcję.
Przynosiło to wyłącznie jedną odpowiedź, nie była mu obojętna, choć starał się ją do tego usilnie przekonać. Sama myśl, że mogłaby z kimś być wystarczała, by wbijać kolejne szpilki. Evans nigdy nie był problemem. Problemem pozostawała wizja jej obok k o g o k o l w i e k innego.
Dlatego uśmiechnęła się tylko - tym razem bez ironii, bez tej ostrości, którą wymieniali się od rana. Było w tym odrobinę rozbawienia, cichego triumfu, którego nie próbowała ukrywać. Jej potencjalna przyszłość z innym człowiekiem pozostawała jego słabym punktem, tkwiącym pod skórą znacznie głębiej, niż chciałby przyznać.
Wróciwszy, podeszła do stołu od przeciwnej strony, opierając dłonie o blat. Spojrzenie przesuwało się po rozłożonych listach i rachunkach bez dawnej dokładności. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej wyłapywała szczegóły niemal natychmiast, łączyła fakty szybciej niż większość ludzi na wydziale. Teraz analizowała wszystko wolniej, bez dawnego napięcia i instynktu, który pchał ją do działania. - Jakim cudem to przeoczyli? - odezwała się w końcu, nie odrywając wzroku od papierów. - Jeśli urodziła niedawno dziecko, to powinna być n a j w a ż n i e j s z a informacja zaraz po tym, że pozbyła się niewygodnego męża.
Przedostatnie słowo zabrzmiało spokojnie, ale intencja nie zniknęła. Przesunęła palcami po jednej z kopert, obracając ją między dłonią a blatem.
Pokój dziecięcy nie wyglądał na opuszczony w pośpiechu. Nic nie sugerowało paniki. Łóżeczko stało równo, półki były uporządkowane, a rzeczy przygotowane tak, jakby ktoś planował wrócić. - Jeśli zabrała dziecko, nie uciekła impulsywnie - mruknęła ciszej. - Musiała wiedzieć, dokąd jedzie - zatrzymała wzrok na jednej z kopert. Papier był grubszy, bardziej elegancki z niewielkim logo w rogu. Wyciągnęła ją spomiędzy rachunków i przeczytała nadruk. - Toronto Women’s Care Centre - uniósłszy głowę, spojrzała na niego po raz p i e r w s z y od dłuższej chwili.
- To jedna z najlepszych prywatnych klinik położniczych - odłożyła dokument na stół, przesuwając go w jego stronę. - Pojedziemy osobno? - zapytała, unosząc brew, nie mogąc się zdecydować, czy bardziej chce go sprowokować, czy jednak być w tym szczera. - Możesz sprawdzić w The Junction. Ja pojadę pogadać z lekarzem.
Jeszcze przez chwilę patrzyła na kopertę, jakby próbowała odnaleźć w niej coś więcej niż adres.
Albo nie podnosić wzroku w górę z obawy, że zobaczy w jego oczach ulgę wywołaną jej propozycją. Tą wolnością pchniętą w jego kierunku.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego maski zawsze były skuteczne. Odcinały go od reszty świata w sposób, który był trudny do podważenia. Gdy okazywał obojętność, nikt nie podejrzewał go o przejmowanie się jakąś sprawą bądź osobą. Gdy unosił swoją gardę w postaci wrogości, ludzie w odwecie unosili własne dłonie - w uspokajającym geście, nim wycofywali się powoli do przodu.
Nie przywykł do tego, by ktoś potrafił przez tę maskę zajrzeć.
Miesiąc osłabił jego instynkty, otępił jego zmysły - te, które były wyczulone na n i ą, świadome j e j możliwości. Bo Margo zawsze była o krok dalej, zawsze dostrzegała więcej, niż chciałby jej pokazywać, a on wcześniej brał to pod uwagę. Teraz robił to wyłącznie po części.
Z jednej strony dlatego, że to znużenie, które ogarnęło go w tym miesiącu nie odpuściło gdy pojawiła się obok - nie całkiem. Wciąż obejmowało jego skostniałe ciało, jego zgarbione barki i pochyloną głowę, tak samo jak przykrywało swoją gęstą pokrywą jego myśli i emocje. W pewien sposób nie dbał o to, co widziała, a przynajmniej nie dbał w taki sposób, jak wcześniej.
Z innej zaś, mur, który wzniósł tym razem nie tylko oddzielał go od reszty świata - oddzielał jedną jego część od innej. Upakował za niego wszystkie te emocje, którymi ją darzył, schował za nią serce z całą miłością, która wciąż w nim tkwiła, razem z bólem, który ta miłość wywołała.
Widziała w nim więcej niż on widział w tej chwili w sobie.
Dla niego Evans był tylko prztyczkiem w nos, czymś, co rzucał by przypomnieć jej, z jakim typem mężczyzny przebywała wcześniej. Nie mógł być niczym więcej, bo przecież gdyby wciąż pragnął jej bliskości każdą komórką swojego ciała, znów skazałby się na zagładę.
Dlatego zignorował to szarpnięcie, które pojawiło się w jego sercu gdy wspomniała o rozdzieleniu się. Zatrzymał nad stołem, po którym wcześniej wędrował palcem i wzrokiem. Na jedno uderzenie serca wyłącznie tkwił w miejscu, szukając racjonalnej wymówki odpowiedzi, czegoś, co usprawiedliwiłoby to, jak n i e s w ó j był słysząc jej propozycję.
- A co z twoim podpisywaniem raportu, Mercer? - rzucił wreszcie, ponuro, zdejmując z siebie rękawiczki i zwijając je w swojej kieszeni. - Nagle chcesz bawić się w policjanta?
Złość była łatwa. Nawet, jeśli skłaniała go do podłych słów i jeszcze gorszych czynów. W jej oczach już i tak upadł na samo dno, więc jaką robiło to im różnicę?
- Nie kłopocz się. Sam to mogę załatwić - wycedził, wsuwając rękę do drugiej kieszeni po to, by wyjąć z niej paczkę papierosów. - Nie będziesz musiała brudzić sobie rąk.
Gdyby Jones słuchał, mógłby zastanawiać się czy ich śledztwo będzie od nich tego wymagało - dokonywania trudnych do zniesienia moralnie czynów.
Nie mógł wiedzieć, że kobiece dłonie brudziły się samą koegzystencją z Maddenem, który z jej pomocą umykał sprawiedliwości.

margo mercer
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Myśl o tym, jak bardzo jej się nie chciało wracała uporczywie od chwili, w której przekroczyła próg komisariatu i zajęła miejsce przy swoim biurku. Nie chciało jej się analizować dowodów, rozmawiać ze świadkami, szukać motywów ani budować teorii. Wszystko, co jeszcze kilka miesięcy wcześniej uruchamiało w niej zawodowy instynkt, teraz pozostawało obojętne, przytłumione, odsunięte gdzieś daleko. Przyszła tutaj, ponieważ ktoś wyznaczył granicę, której nie mogła już przekroczyć bez konsekwencji.
Jednocześnie nie była w stanie wrócić na komisariat i usiąść przy biurku, czekając, aż Madden załatwi wszystko sam, choć to właśnie mu sugerowała. Nie mogła pozwolić, by przyniósł jej gotowy raport, który podpisałaby bez pytania, udając przed całym światem, że wykonała swoją część pracy.
Kapitan zauważyłby to natychmiast. Nie potrzebował wiele, by znaleźć kolejny powód do wściekłości, a konsekwencje nigdy nie zatrzymywały się tylko na jednej osobie. Ich kara była prostsza i bardziej okrutna zarazem - stali się układem połączonym. Błąd jednego automatycznie obciążał drugiego. Nie istniała już osobna odpowiedzialność.
I choć ta wizja miała w sobie coś kuszącego, myśl, że mogłaby pociągnąć go za sobą na dno, że nie byłaby jedynym tonącym, przemykała przez głowę z niepokojącą łatwością. A jednak nie potrafiła zrobić tego do końca. Coś w niej w c i ą ż pozostawało żywe, choć przygaszone. Nie był to dawny zapał ani potrzeba ratowania świata. Bardziej cichy, ledwie wyczuwalny ruch pod powierzchnią. Tego rodzaju ciekawość, która pojawia się mimowolnie, gdy ktoś zaczyna historię i urywa ją w połowie.
Spojrzała na niego, słysząc kolejne słowa i uśmiechnęła się krzywo. - Robię to wyłącznie dla tych biednych ludzi - odpowiedziała, mierząc go pobłażliwym spojrzeniem. - Żeby uchronić ich przed koniecznością przebywania w twoim towarzystwie - sięgnęła po kopertę z adresem i wsunęła ją do kieszeni czarnej marynarki, jakby decyzja zapadła już wcześniej, zanim zdążył ją odrzucić.
- Nie radzisz sobie z jedną niestabilną kobietą - uniosła brew, celowo wracając do słowa, którego użył wcześniej. Wiedziała, że będzie mu to wypominać długo. Zawsze przywiązywała wagę do rzeczy pozornie najmniej znaczących. - Jak wyobrażasz sobie wejście do kliniki położniczej? Wyglądasz, jakbyś planował porwać kilkoro noworodków i sprzedać je na czarnym rynku - nie przesadzała. Z bliska wyglądał jeszcze gorzej niż rano; bardziej zmęczony, bardziej napięty, jakby od tygodni nie znalazł chwili, by naprawdę odpocząć.
Pochyliła się nad stołem, opierając łokcie o blat. Nie odwróciła się, nie ruszyła do wyjścia. Patrzyła na niego uważnie, spokojnie, z uporem, którego nigdy nie potrafił w niej złamać. Wiedziała, że tej małej bitwy nie odpuści. Nie po to wróciła, żeby teraz pozwolić mu zepchnąć się z powrotem na bok. - Bardziej brudne nie będą. Świetnie o to zadbałeś.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wściekłość tliła się pod jego skórą, niemożliwa do zignorowania ani do schowania gdzieś głęboko, gdzie nie mogłaby jej dostrzec. Spędził miesiąc wyczekując tej chwili, chwili, w której wreszcie wróci do Toronto, wejdzie na posterunek i będzie mógł ją zobaczyć. Wiedział, że nie spostrzeże w niej niczego poza nienawiścią, z którą wyjechała cztery tygodnie wcześniej, ale to nie miało znaczenia.
Pragnął tylko na jeszcze jeden moment ją d o s t r z e c. Taką, jaką była, na żywo, nie w fotografiach oferowanych mu przez Carbone'a, męczącego go niewiedzą o jej poczynaniach.
Ale teraz, gdy przed nim stała, jakże łatwo było zignorować to szarpnięcie serca, które rwało się w jej kierunku, na rzecz nienawiści. Tej, której się spodziewał, a która uderzyła go z całą mocą pomimo tego, że miał być na nią przygotowany.
Która wzbudzała jego własną złość, podsycaną jedynie przez jej słowa. On, ubrudził jej ręce. Wiedział to, był to fakt, którego nie mógł się wyprzeć. Ale po tym wszystkim, co wydarzyło się między nimi, po miesiącu nieustannego biczowania się za bycie osobą, która wszystko zniszczyła, nie chciał już tego s ł u c h a ć. Wszystko było jego winą, żadna konwersacja z nią nie miała znaczenia ani sensu, bo mogła się sprowadzić do tego prostego faktu.
I miało tak być już na zawsze.
- Cóż, w takim razie ja podpiszę raport - wycedził, gdy jej ostatnie słowa przelały jakąś czarę goryczy, która cały ten czas tkwiła wypełniona po brzegi. - Bo nie zamierzam z tobą pracować.
Koperta, którą trzymał w dłoni - adres matki kobiety, która zniknęła - znów znalazła się na stole. Rzucił ją ku niej, jak tę teczkę, którą przepychali przez krawędź mebla, w dziecinny sposób. Tym razem jednak nie zamierzał pochylać się po to, by ją podnieść, choć adres wyrył się już w jego podświadomości, zapamiętany co do linijki.
- I gówno mnie obchodzi, co się z nami stanie - warknął, cofając się do tego, co wychodziło mu najlepiej - kłamstwa.
Ponieważ wiedział, że tak czy inaczej załatwi tę sprawę - już po tym, gdy wypali d z i e s i ę ć fajek i odsiedzi swoje w pustym samochodzie. Na razie jednak nie był w stanie zmusić się do przyznania tego przed nią.
Odwrócił się, ruszając do wyjścia - znów winny, ale do tej roli miał okazję już nawyknąć.
koniec
margo mercer
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”