Salazar często zastanawiał się czy to w ogóle prawdopodobne, żeby być ze sobą tak długo i wciąż być w tym związku szczęśliwym i zakochanym z taką samą intensywnością, jak cztery dekady wcześniej. Na zdrowy rozsądek wydawało mu się, że to nieprawdopodobne - w końcu minęło czterdzieści lat (mniej więcej) odkąd się ze sobą związali i nie licząc tej przerwy wymuszonej przez managerów byli praktycznie nierozłączni. Już samo to, że jego ukochany przeprowadził się do Toronto za nim, dosłownie w ciągu kilku chwil zaczynając szukać pracy w nowym mieście, ogarniając poprawki w CV i umawiając się na rozmowy rekrutacyjne jeszcze na pokładzie samolotu. Sal nie musiał go o nic prosić - tego samego dnia, którego Salazar przybył do Toronto, w godzinach nocnych, Sergio dołączył do niego w hotelu.
Wiedział, że Martinez jest mężczyzną jego życia i był tego pewien jak niczego na świecie - gdyby nie był pewien, to nie wychodziłby za niego za mąż. Był też chyba najbardziej cierpliwym facetem na świecie, najbardziej wspierającym i chyba jedynym człowiekiem na ziemi (no dobra, poza bratem, Alvaro i nielicznymi osobami), który miał realny wpływ na zachowanie Sala - bo jego opinia i to, jak Sergio go postrzegał naprawdę się dla Sala liczyły.
Raczej nie odwiedzał ukochanego w pracy, w każdym razie nie robił tego zbyt często, ale tego dnia chciał zobaczyć się z mężem wcześniej, niż dopiero wtedy, gdy ten wróci do domu, przyszedł więc do przychodni, w godzinach późnopopołudniowych, z nadzieją, że ukochany niedługo przyjmie ostatniego pacjenta, a potem wspólnie wrócą do domu. Usiadł sobie grzecznie w poczekalni, zgarniając jakąś gazetkę ze stolika - coś o tym, żeby szukać pomocy, gdy robi się w twoim życiu źle i żeby nie zamykać się w sobie i w swoich czterech ścianach - i zaczął ją przeglądać, zakładając nogę na nogę. Poluzował jedynie szalik pod szyją, bo jednak w przychodni było trochę cieplej, niż na zewnątrz i podnosił wzrok wyłącznie wtedy, gdy po poczekalni zaczynała krzątać się jakaś nowa osoba.
Sergio Martinez