Sam ślub nie budził w nim emocji, których świat tak desperacko oczekiwał po ludziach stojących u progu małżeństwa. Nie odliczał dni, nie czuł podniosłości chwili, nie rozważał znaczenia przysięgi ani tego, jak bardzo zmieni się jego życie po wypowiedzeniu kilku formułek w obecności świadków. Dla niego był to przede wszystkim ruch strategiczny, formalność o wyjątkowo użytecznej wartości, która porządkowała kilka kwestii jednocześnie. Nazwisko, status, ochrona, oficjalne włączenie Navi podochronny parasol la famiglii.
Nie oznaczało to jednak obojętności, jak zapewne założyłaby większość ludzi. Obojętność nie poświęcała uwagi Obojętność nie włączała nikogo do własnego świata tak głęboko, aby od tej chwili każde zagrożenie wobec jednej osoby było traktowane jak zagrożenie wobec całej struktury.
Organizację wydarzenia pozostawił Navi w całości, co dla kogoś z zewnątrz mogło wyglądać jak brak zainteresowania, lecz prawda była zupełnie inna i niezmienna. Było to zaufanie, czyli coś,czego nie rozdawał tak po prostu i zbyt łatwo. Nie sprawdzał dekoracji, nie interesował się odcieniem materiałów, choć bez większego wysiłku potrafiłby znaleźć błędy organizacyjne szybciej niż zatrudnieni do tego ludzie. Nie robił tego, bo uznał, że jej decyzje w tej przestrzeni były wystarczające i były dobre, nie wymagające kontroli, a przecież w jego języku był to komplement większy niż jakiekolwiek, nawet najpiękniejsze słowo.
Poranek dnia ślubu rozpoczął bez zbędnego pośpiechu i bez ciśnienia; bez tej ciężkiej otoczki. Wstał o stałej godzinie, odbył krótki trening dla własnego ciała, wziął chłodny prysznic, zjadł śniadanie i przejrzał raport z pracy pozostawiony mu jeszcze nocą. Po drodze odpisał na dwa maile, które wymagały odpowiedzi, a potem odłożył telefon; choć nie wyciszył go całkowicie.
Dopiero później pozwolił służbie wnieść przygotowany garnitur; szyty u tego samego, sprawdzonego krawca, który bezbłędnie od lat spełniał wymogi, jakie stawiał Salvatore. Był droższy, niż którykolwiek z tych, które miał już w garderobie I był perfekcją krawieckiego kunsztu.
Spojrzał w lustro, kiedy wiązał krawat. Nie wyglądał jak człowiek przejęty ceremonią, a prędzej wyglądał jak ktoś, kto za chwilę podpisze kolejny ważny kontrakt. Tyle że ten kontrakt spał obok niego każdej nocy i nosił pod sercem konsekwencję sytuacji, której nie przewidział.
Opuścił swój pokój i ruszył korytarzem posiadłości w stronę pomieszczenia, w którym szykowała się Navi. Jego, a raczej: ich, rezydencja w Kalabrii z jednej strony wypełniona była ciszą, a z drugiej strony wyczuwalną zmianą czegoś w powietrzu. Po drodze mijał w milczeniu ludzi, którzy zaangażowani byli w ostatnie przygotowania – nosząc skrzynki z winem lub kwiatami; przecierając raz kolejny parapet, aby nie można było znaleźć ani jednej drobiny kurzu. Bo wszystko miało być idealne. Tak, jak pan domu lubił.
W końcu zatrzymał się pod drzwiami pokoju, w którym przygotowywała się Navi.
Zapukał w drewno dwa razy, po czym nie czekając w zasadzie na odpowiedź, nacisnął klamkę i uchylił je na tyle, by wsunąć do środka spojrzenie, a siebie połowicznie za nim, nie przekraczając jednak progu.
— Nie uciekłaś — stwierdził, choć oczywiste, to ton swojego głosu barwiąc suchym humorem. — A niedługo będzie za późno — dodał, z tym samym brzmieniem. Podniósł minimalnie kącik ust, w nikłym, kontrolowanym półuśmiechu. Oboje o tym wiedzieli doskonale. I wiedzieli też, że nawet gdyby uciekła, to nie przestałaby być jego. — Jeszcze masz szansę.
Navi Yun