Just a couple sinners makin' fun of hell
Toronto było jednym z tych miast, które nigdy zupełnie nie milkło, a jedynie zmieniało rytm, jak potężny organizm, który nie zasypia, tylko przechodzi w inną fazę czuwania. O tej porze nocy -
poranka? -
- naprawdę trudno było stwierdzić, czy to jeszcze poprzedni dzień, czy już ten kolejny. W szpitalu i tak czas płynął zazwyczaj zupełnie inaczej niż poza jego murami, a już szczególnie w chwilach jak ta, na granicy ciemności i świtu.
Światło korytarzy pozostawało tak samo bezlitosne; rozmowy natomiast stawały się krótsze, bardziej rzeczowe, jakby wszyscy nagle uznali, że słowa są zasobem, którym trzeba gospodarować wyjątkowo oszczędnie. Pielęgniarki poruszały się wolniej, choć ich ruchy wciąż były precyzyjne, a lekarze mieli w oczach ten specyficzny rodzaj skupienia, który pojawia się dopiero po wielu godzinach pracy — kiedy ciało jest już zmęczone, ale umysł wciąż jeszcze próbuje trzymać się na baczności.
Joe - mimo wszystkiego, co spotkało ją w przeciągu ledwie pojedynczego tygodnia - w takim właśnie stanie funkcjonowała z zadziwiającą sprawnością. Dopóki przełożony nie położył jej dłoni na ramieniu i prośbą graniczącą z rozkazem nie zasugerował jej, że może już na dziś wystarczy, jej dłonie nadal były pewne, głos równy, a wszystkie podejmowane przez nią decyzje szybkie, poprawne, i dokładnie takie, jakich od niej oczekiwano. I dopiero gdy wyszła ze szpitala, pierwszy, chorobliwie blady błysk poranka sprawił, że zmęczenie uderzyło ją z brutalnością bezwzględnego oprawcy.
Chłodne, wiosenne powietrze, wydawało jej się nagle zbyt świeże. Nieliczni ludzie mijani przez nią w drodze na przystanek - albo wracający z nocnych zmian, albo udający się na te pierwsze, bardzo wczesne w ciągu dnia - wydawali jej się zbyt spokojni, zbyt zwyczajni, zbyt nieświadomi sztormu, który dopiero co targnął jej życiem, niosąc za sobą zaraz kilka bolesnych wstrząsów wtórnych. Czuła się tak, nie pierwszy raz w tym tygodniu, zresztą, jakby nie uczestniczyła we własnym życiu, a jedynie oglądała film o absurdalnym scenariuszu. Fuzję tragedii i komedii, bez jednoznacznego zakończenia.
Próbowała nie myśleć o Carlosie i o tym, jak wyglądał na posadzce w jej własnym, rodzinnym domu - z rozdartą skórą i gorączką, która bezlitośnie zabierała go gdzieś poza zasięg jej rozedrganych dłoni. Próbowała nie myśleć o Johnny'm, który od trzech dni znajdował się na oddziale zamkniętym, w pomieszczeniu wolnym od okien, wolnym od klamek, i wolnym od jej obecności - której przecież musiał teraz tak bardzo potrzebować. I, wreszcie, próbowała nie myśleć o Cassie - na którą była wściekła, i o którą bała się bardziej niż o siebie, a o siebie bała się teraz silniej niż kiedykolwiek wcześniej.
Powtarzała sobie, że musi wrócić do domu. Że potrzebuj prysznica, gorącej, kojącej herbaty, kilku godzin nieprzerwanego snu i porządnego, domowego śniadania. Że dobrze jej zrobi cisza i samotność; spędzenie dnia wolnego od pracy na doprowadzeniu domu do względnego porządku, upewniając się, że w żadnym jego kącie nie znajdują się już żadne zastygłe strużki cudzej krwi. Że powinna być rozsądna i zachowywać się jak dorosły człowiek. A jednak jej nogi zdawały się mieć własne zdanie i zupełnie inny plan, skręcając w znajomą ulicę nim Joe zdołałaby jeszcze powstrzymać pierwsze kroki.
Diner, w którym w minionych latach spędziła z Cass niejeden świt i niejedno popołudnie, wyrósł przed nią jak zjawa - niezmienny od kilku dekad, jakby wehikuł czasu, do którego wsiąść można było za dziesięć dolców i jeden uśmiech. Gdy je otworzyła, drzwi wprawiły w ruch zawieszony u framugi dzwonek, a znajomy zapach kawy, smażonego masła i syropu klonowego otulił Joe natychmiast, ciężki jak ciepły koc, pod którym można się ukryć przed całym światem. Kobieta rozlewająca za ladą kawę do białych, porcelanowych kubków, uniosła na nią wzrok tylko na sekundę, obdarzając Joe stoickim uśmiechem i ledwie słyszalnym dzień dobry. Joe zatrzymała się na moment przy wejściu, pozwalając oczom przyzwyczaić się do znajomych przestrzeni, i dopiero po chwili wysupłała się z owiniętego wokół szyi szalika, zaróżowionymi porannym chłodem palcami rozpinając guziki płaszcza.
Tutaj nie musiała być dorosła. Nie musiała być lekarką. Nie musiała być nawet człowiekiem, który musi bezustannie podejmować
Jajecznica, frytki i dodatkowa porcja tabasco dla Joe.
Parujące naleśniki z syropem i posypką w kształcie małych, złotych gwiazdek dla Cassie.
Zupełnie, jakby to było wczoraj. I zupełnie, jakby to było w kompletnie innym życiu. Coś w klatce piersiowej Joe rozluźniło się, a potem zacisnęło jak pięść.
Cassandra Layton